Wyznam Wam, że zapierdalam. W sensie, że jak dzika mróweczka. Za mało śpię – a raczej: śpię zbyt nieregularnie. Ale najgorsze jest to, że chyba jestem z tego zadowolony. Znów nie rozstaję się z moim kalendarzem. [w tle słyszę słowa „I am ready for love” z piosenki „Just a girl” i musiałem to napisać] Znów mam świetną organizację.

W poniedziałek, poza tym, że byłem normalnie na zajęciach – wysłałem kilka maili z propozycjami badań, jakie chcę zrobić. Muszą zostać zatwierdzone. A ile się nasiedziałem, żeby za pomocą jednego badania zbadać kilka rzeczy! Musiałem więc najpierw poważnie przysiąść i napisać to wszystko. A potem ubrać w słowa, które sprawią, że będę mógł to zrealizować za zgodą prowadzących zajęcia. Wszystkie właściwie dotyczą transgresji płciowej. I będą się opierać na wywiadach pogłębionych. Muszę je teraz wymyślić, znaleźć chętnych/chętne i zrobić z nimi te wywiady. Ideałem byłoby gdybym znalazł: geja, cross-dressera, transgenderystę, transwestytę i transseksualistę. Idealnie.
Napisałem też hand-out z referatu przedstawianego przeze mnie kilka tygodni temu, bo się okazało, że trzeba. Umówiłem się na wywiad (kiedy napiszę pytania do tego wywiadu?) Napisałem i wydrukowałem reklamację w sprawie okularów, znalazłem ciasto na Floor-Sitting Party, przygotowałem upominek dla Napalonych na czwartek, przygotowałem do druku rzeczy na Floor-Sitting Party…

A we wtorek wstałem koło 5. Półtorej godziny później byłem w studio tvn24. Wiem, że jak będę pracował, to będę musiał się zjawiać przed 6. No cóż, takie życie, taki los. Siedziałem tam mniej więcej do 11. Sympatycznie, czuję się coraz swobodniej. Ale wciąż mam wrażenie, że nie będę wiedział co zrobić, jak nie będę wiedział co zrobić :) W sensie, że tak naprawdę jak pracuję, to nie mam nikogo nad sobą, nikt nie zatwierdza tego, co robię, ale też nikt nie podpowiada mi, jak nie wiem co zrobić w danej sytuacji. A ludzie tam posługują się jednak pewnym kodem, profesjonalizmami. I tego się obawiam. We wtorek właśnie była megamgła i postanowiono nagle, że będziemy podpisywać „obrazki” z miast, któe pokazywane są na żywo, bo kompletnie na nich nic nie widać. I ja bym nie wiedział jak to zrobić. Tzn. już wiem, ale bym nie wiedział.
Po tvnie poleciałem zanieść prace Sebastiana Łódź do druku – żeby były na Floor-Sitting Party. Zapłaciłem zaliczkę i poleciałem do BUWu. Musiałem oddać książkę. Chwilę postałem w kolejce, uprawiając buwing oczywiście. Potem od razu zamówiłem kilka książek (bo jak się ma dług, to nie można tego robić) potrzebnych mi do prac naukowych. I poleciałem do Reduty.
Najpierw – reklamacja okularów. W sensie, że oprawek, które pan mi zniszczył podczas wymiany szkieł. Myślę, że uznają bez problemu. Bo już pytał o to, czy wiem jak nazywają się te oprawki i skąd są. Nie wiem, oczywiście. Ale to nie muszą być identyczne. Ważne, żeby były podobne. Powiedział, że w ciągu 2 tyg. się ze mną skontaktują. A reklamacja profesjonalna – cytuję przepisy i fragmenty rozporządzeń :)
Potem zakupy w Carrefourze. Na ciasto floor-sittingowe. Mam już wszystko. Wiem już co to będzie. Mogę zdradzć – Amerykański Murzynek. Tak, żeby i rasistowsko, i nacjonalistycznie.
Zjałem szybki obiadek w domku, zdrzemnąłem się kilka sekundek i już byłem w drodze. Po odbiór z druku rzeczy na F-SP. A potem do Empiku – po „Glamour”, „Joy”, „Glamour na zakupy” i tam inne takie. Prosto stamtąd poleciałem do Marcina Edge i Łukasza (tej przegiętej cioty), bo mi się ostatnio skarżyli, że chyba ich nie kocham i dopytywali się czemu jestem obrażony. A nie jestem. Mam tylko mało czasu. Co nie zmienia faku, że wystarczy pokazać ochotę, a ja się zjawię. Wypiliśmy kawkę, jakieś cukiereczki, soczek, coś tego – Marcin spisał kilka nowości z „Glamour na zakupy”, potem dzwonił na antentę EzoTV, ale go nie połączyło z wróżką tylko z konsultantem. Więc się rozłączył.
To nie był koniec pracy na ten dzień. W domu dopracowałem te rzeczy z drukarni, napisałem krótki referacik na zajęcia jutrzejsze, umówiłem się z Michałem Rasmusem, napisałem artykuł na piątkowe zajęcia na dziennikarstwie… Mówiąc króko: zrobiłem chyba wszystko, co miałem w planie.

Dzisiaj od 8 na UW. Ale po pierwszych zajęciach wymiękłem. Stwierdziłem, że jadę do domu. Mogłem, bo miałem wykład a potem niesprawdzane ćwiczenia. Zdrzemnąłem się, zwaliłem konia pierwszy raz od kilku dni i już musiałem lecieć. Na zajęcia. Po których spotkałem się z Grzegorzem, bo on koniecznie musiał mi przekazać coś, co dla mnie przywiózł z Wielkiej Brytanii. Pomadkę. W sensie, że taką nawilżającą, ale smaczną i o delikatnym kolorku. I w opakowaniu tęczowym. Śliczna. I że pamiętał o mnie w tej Wielkiej Brytanii, to największe zaskoczenie. Naprawdę.
Jeszcze koło 20 muszę się zjawić w tvn24. Bo chcę zobaczyć jak się pracuje w nocy. W sensie, że do 24. A jutro znów od 6-7 chcę tam być. Na kilka godzinek. Potem kończyć będę sprawy Floor-Sitting Party.

Uświadomiłem sobie właśnie, że być może na święta będę pracował… Powiedziałem mamie przez telefon. Wyraziła zrozumienie. Jednocześnie pytała czy może już powiedzieć rodzinie, że pracuję w tvn24. Nie. Bo jeszcze nie pracuję. Dopiero od poniedziałku najwcześniej. Jeszcze mogą mi powiedzieć „spadaj, mała”. Zresztą to będzie umowa o dzieło czy tam na zlecenie, więc zawsze mogą mi tak powiedzieć.

Kasa mi się kończy. A tu jeszcze fryzjer miał być zaliczony… Jutro miałem iść, ale Aldony nie ma. Więc w piątek spróbuję jakoś ją wcisnąć. Pocieszające, że w piątek mam wolne od tvnu. Dopiero w sobotę idę, ale jak wyjdę, to wrócę chyba dopiero na Floor-Sitting Party. Tyle mam roboty.

Maciek zadał dzisiaj kluczowe pytanie. Co robimy na sylwestra?
Nie chcę do Utopii. Nie chcę, nie chcę. Bywam tam co tydzień, więc raz mogę się nie pojawić, prawda? Nie, nie chcę.

Wypowiedz się! Skomentuj!