Warszawa, 21 sierpnia 2010 – Polemika rozpoczęta. Po tekście JP „Co mają geje i lesbijki do krzyża pod Pałacem Prezydenckim?” opublikowanym na homiki.pl, pojawiły się pierwsze głosy krytyczne wobec wizji Jej Perfekcyjności. Dzisiaj na homiki.pl trans odpowiada na najpoważniejsze z nich.

Tekst Jej Perfekcyjności został opublikowany wraz z polemiką, która pojawiła się na ten temat na blogu zmyslnik.blogspot.com. Trans w swojej wypowiedzi tłumaczy, że  „w swoim tekście nie neguję tego, że krzyż pod Pałacem Prezydenckim stać nie powinien. Nie utwierdzam też tego, że powinien. W ogóle się do tej kwestii nie odnoszę, nie o tym bowiem jest mój esej.”

– Mam wrażenie, że autor polemiki pisze jednak trochę obok mojego tekstu, jakby nie do końca z nim dyskutował – stwierdza Jej Perfekcyjność. – Dlatego dla portalu homiki.pl napisałem odpowiedź. Mam nadzieję, że teraz moja intencja stanie się dla autora polemiki i dla innych jasna.

Redakcja portalu opublikowała oba teksty jako dwugłos w sprawie. Zapowiadają, że: „Krzyż przed Pałacem Prezydenckim wciąż stoi i nieprzerwanie wzbudza silne emocje. (…) Dyskusja trwa.” Na stronie opublikowano tekst „Prawie jak geje” Sylwestra Głowackiego oraz „Nie o krzyż tu chodzi, a o strategię dla LGBTQ” Jej Perfekcyjności.


Strona główna homiki.pl z zapowiedzią dyskusji nad krzyżem

KAI/

[more]

Nie o krzyż tu chodzi, a o strategię dla LGBTQ

Krzyż, jak stał, tak stoi. I nie zmienia się nic – mimo odgrodzenia ludzi dodatkową barierką, mimo braku bezpośredniego kontaktu ludzi z drewnem, mimo wystawienia tablicy na fasadzie Pałacu Namiestnikowskiego. Cały czas miejsce naznaczone jest obecnością krzyża, który – jakby dumny ze swojego zwycięstwa – nie chwieje się ani na centymetr i mimo społecznej burzy wokół jaki i burz, które nawiedzają ostatnio Warszawę – stoi.

Sylwek, na swoim blogu zmyslnik.blogspot.com zaszczycił mnie ripostą do mojego tekstu zamieszczonego w portalu homiki.pl pt. „Co mają geje i lesbijki do krzyża pod Pałacem?”. W swoim tekście zauważa, że analogia sytuacji osób stojących pod krzyżem do środowisk LGBTQ jest „głęboko fałszywa”. Dalej, analizując kolejne argumenty, stara się udowodnić, że krzyż pod Pałacem Prezydenckim stać nie powinien i rozkłada na czynniki pierwsze grupy ludzi znajdujących radość w trwaniu pod krzyżem. By skonkludować, że:

[M]amy do czynienia z dewotami, pomylonymi ksenofobami i żerującymi na tych dwóch grupach, cynicznymi aktywistami politycznymi. Wykorzystują oni symbol, który już jest wszędzie obecny po to by przechwycić kolejne obszary zbiorowej świadomości, symboliki, wspólnej przestrzeni. Nie są grupa prześladowaną – można ubolewać nad traktowaniem tych ludzi przez przechodniów, nad wyśmiewaniem się etc… ale brak symetrii z będącymi obiektami przemocy przedstawicielami mniejszości powinien być oczywisty – nikt im nie odmawia prawa do manifestowania swojej wiary, pojawiła się jedynie niezgoda na kolejny akt terroru i przemocy wobec tej wiary (lub takiej jej formy) niepodzielających.

Zacznijmy może od tego, że w swoim tekście nie neguję tego, że krzyż pod Pałacem Prezydenckim stać nie powinien. Nie utwierdzam też tego, że powinien. W ogóle się do tej kwestii nie odnoszę, nie o tym bowiem jest mój esej. Jego głównym celem było zwrócenie uwagi na to, jaki mechanizm sprawia, że – mimo sprzeciwu większości – krzyż pod Pałacem stoi i nikt nie odważy się go ruszyć. Sylwek, analizując argumenty przeciwko obecności krzyża na Krakowskim Przedmieściu, zupełnie miesza poziomy dyskusji. Esej autorstwa mojej skromnej osoby dotyczy bardziej poziomu meta – tego, jak kształtowany jest dyskurs a nie, co w nim się znajduje i kto w nim, według mnie, ma rację. Swoją drogą, tak samo jak Sylwek nazywa manifestujących przy Pałacu „dewotami”, „pomylonymi ksenofobami” i „cynicznymi aktywistami politycznymi”, tak i większość Polaków nazywa środowiska LGBTQ paradujące każdego lata w Polsce „pederastami-pedofilami”, „niedoruchanymi lesbami” i „chorymi psychicznie transseksualistami”. Nadal nie widać pewnej analogii? Dla wszystkich, którzy choć raz byli pod krzyżem, jasnym staje się, że obecni tam „obrońcy krzyża” są mniejszością w tłumie gapiów, naśmiewającej się z nich młodzieży i protestującym przeciwko obecności krzyża działaczom. Tak, są zdecydowaną mniejszością.

Nie chcę rozwodzić się na temat obecności symboli religijnych przed pojawieniem się krzyża pod Pałacem Prezydenckim i tego, jak wygląda tolerowanie chrześcijańskich symboli w przestrzeni publicznej (czy też, jak chce tego Sylwek, przestrzeni państwowej), bo nie to było tematem eseju. Podkreślam raz jeszcze: tekst dotyczył możliwości wykorzystania doświadczeń i mechanizmów stosowanych przez ekstremistów stojących pod krzyżem w działaniach środowiska LGBTQ. Chodziło o skuteczność zawłaszczenia pewnego dyskursu.

Katolicy nie są – jak twierdzi cytowany przez Sylwka Terlikowski – prześladowani. Nie katolicy stoją pod krzyżem. Umyślnie nazwałam grupę tę ekstremistami, bo są to osoby stanowiące po pierwsze mniejszość a po drugie – skrajność grupy, od której się odłączają. W tym sensie są – jak najbardziej – mniejszością, która porównana być może do LGBTQ. Oczywiście – jak każda analogia – także i ta ma pewne ograniczenia, które wytykać chce nieporadnie Sylwek. Rację ma jednak zwracając uwagę na to, że:

Na przykład, czy nie widzimy podobieństwa między łysawymi przeciwnikami parady wolności a jej uczestnikami – są mniejszością pragnącą zmienić coś co jest zawarte w Konstytucji i prawie RP – zakaz obrzucania kamieniami zdegenerowanego pedalstwa.

Oczywiście, widzimy. Póki co jednak, w tym starciu poglądów, to środowisku LGBTQ udało się (mówiąc w dużym uproszczeniu) wywalczyć swoje racje jako obowiązujące w prawie pisanym. I – co warto podkreślić – to „łysawi przeciwnicy” są odciągani na bok w trakcie Parad a nie LGBTQ. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda pod krzyżem, gdzie to właśnie nie ci, którzy przestrzegają prawa są chronieni (tak jak uczestnicy Parad) a ci, którzy jawnie się mu sprzeciwiają (tak jak „łysawi przeciwnicy” Parad). Dlatego właśnie sytuacja przy Krakowskim Przedmieściu może być dla środowiska LGBTQ lekcją. Powtórzę raz jeszcze: mniejszość o skrajnych poglądach, nieakceptowanych przez większość społeczeństwa potrafi w zaledwie kilkuset osobowej grupie przeciwstawić się aparatowi władzy czterdziestomilionowego państwa i skutecznie uniemożliwić wykonanie prawa, które – ich zdaniem – jest niesłuszne i dla nich krzywdzące. A nie potrafi tego zrobić dziesięciotysięczna parada podczas EuroPride…

Zgadza się ze mną Sylwek, że działania – jeśli miałyby miejsce ze strony środowisk LGBTQ – byłyby nieeleganckie, nie zawsze legalne i czasem nawet szokujące. Twierdzi jednak, że to właśnie sprawia, że nie należy ich stosować, gdyż „ważne są pryncypia”. Nie wiem jakie pryncypia wyznaje autor polemiki, ale wydaje się, że głównym pryncypium organizacji walczących o prawa mniejszości seksualnych w Polsce jest prawo do zawierania uznawanych przez państwo związków przez pary jednopłciowe. Być może, skoro nie udało się tego załatwić w dotychczas przyjmowanych strategiach działania i skoro okazuje się, że nie są one skuteczne tak bardzo, jak życzyliby sobie tego ich inicjatorzy, czas obrać inną drogę?

Mniejszość nie wygra w ten sposób z większością (prawdziwa mniejszość, nie udawana jak fundamentaliści spod krzyża). W rzeczywistości, mogłoby to tylko pogorszyć sytuację.

Pogorszyć? To znaczy co? Sprawić, że nastąpi repenalizacja stosunków homoseksualnych? Że wycofane zostaną z prawa pracy zapisy chroniące osoby homoseksualne? Że zabroni się w Polsce operacji zmiany płci? Bądźmy realistami, pewnych rzeczy cofnąć się nie da i wywalczone raz przyczółki wolności – dzięki wsparciu m.in. instytucji międzynarodowych – są już nasze.

Oczywiście, w dyskursie należałoby zastosować dokładnie tę samą retorykę, którą stosują ekstremiści spod krzyża i władze kościoła. Oficjalnie bowiem Episkopat długo milczał w tej sprawie, by ostatecznie delikatnie, ale jednak odciąć się od ludzi łamiących prawo przy Krakowskim Przedmieściu. Tak samo winny robić czołowe organizacje LGBTQ wobec wszelkich przejawów ekstremizmu w walce o prawa środowiska – milczeć, twierdząc, że to nie jest ich działanie i nie będą go komentować, a ostatecznie odcinać się delikatnie i mówić, że nawołują do pokoju i miłości.

Jasne, to znów sprawa – tak ważnych dla Sylwka – pryncypiów. Osobiście dla autorki niniejszych słów, zawieranie rejestrowanych przez państwo związków przez pary jednopłciowe nie jest absolutnie istotne, co wielokrotnie powtarzałam. Niemniej, esej swój chciałam traktować jako wskazówkę dla tych, którzy chcą o nie walczyć i nie osiągają w tej kwestii istotnych efektów. Oraz jako przyczynek do meta-analizy mechanizmu skutecznego przejmowania jakiegokolwiek dyskursu przez mniejszość. To bowiem może być dla nas wszystkich w wielu kwestiach przydatną nauką.

Tekst pochodzi z portalu homiki.pl

Wypowiedz się! Skomentuj!