Chyba mam jakieś przesilenie letnie czy coś. Zaspałam we wtorek na zajęcia. Powinnam być o 9 w redakcji a o 9:45 na zajęciach. Obudziłam się właśnie koło 9:45 i na 11:15 byłam na UW. Pan powiedział, że teraz nie da mi wpisu. Poszłam więc do redakcji, lekko zmachana i generalnie nieogarnięta. Tam – nikt nic nie powiedział. To miłe, że tyle mi tam wolno i zarazem wiem, że nie mogę tego nadużywać. I staram się, naprawdę! Dlatego nie wzięłam kolejnego dnia wolnego i nie poszłam na debatę do Sejmu na temat Jana Pawła II, choć chciałam, bo Jose Casanova był!
O 13:00 znów zaatakowałam wykładowcę. Stwierdził po 1) że chodziłam na zajęcia (nie wiem skąd to wziął, skoro ponad połowę drugiego semestru mnie nie było, bo mi się nie chciało…), po 2) że praca, którą mu oddałam „nie spełnia wymogów pracy naukowej”, po 3) że nie wykorzystałam właściwie żadnej książki, którą mi polecił a po 4) że taka praca nie nadaje się do zaliczenia. No to teraz się przyznam, że z racji mojego totalnego olewania tegoż kursu jak i samego kierunku – ta praca to fragmenty pracy jakiejś doktorantki, której tekst znalazłem w sieci. Niechlubne, ale prawdziwe. Ten kurs to takie gówno, że mi się nawet nie chciało marnować czasu na napisanie 3 stron. A wiecie, że pisać lubię, umiem i nie mam z tym problemów… Generalnie pan stwierdził, że to nie powinno być zaliczone, ale że mi zalicza i tak. Nie ogarniam go. Chuj, ważne, że mam.

Wróciłam do redakcji. Tam – zamieszanie w związku z zamknięciem numeru. Bieganie, uzupełnianie, nerwy… Jakieś dziwne zamieszanie, prawdę mówiąc. A ja dodatkowo mam na głowie warsztaty. Tak, cały czas coś. Na szczęście udało się wszystko w rozsądnych godzinach zamknąć i spokojnie mogłam pognać na centralny, gdzie miałam się z Adasiem zobaczyć.
Kupiliśmy bilety. Namówił mnie na pośpieszny z Krakowa… No cóż, potem miałam tej decyzji długo żałować.
Wieczór spędziłam na przygotowywaniu się na posiedzenie Parlamentu Studentów UW i tym podobnych sprawach papierowo-formalno-jakiś-tam. Spokojnie, choć nie odpoczywając wcale.
Zimno się zaczęło robić.

W środę udało mi się dotrzeć bezproblemowo do redakcji. Jak zawsze, pierwsza! :) To miał być spokojny dzień, gdy siedzę sobie i pracuję nad swoimi sprawami… Ale się nie dało. Latania trochę było, niestety. No i było też śmiesznie, bo jakaś stara pani nam okna myła w redakcji. Bałem się, że spadnie, bo jakoś tak niepewnie stała… Ale dała radę! Złego licho nie rusza. No i tutaj apel do osób, które się na tym znają i chcą mi pomóc – potrzebuję, żeby mi ktoś okna umył… Są chętni? One nie są duże, naprawdę. Ale ja nigdy w życiu tego nie robiłam, bo nienawidzę tego. Zawsze brata przekupywałam, a w Warszawie Mihał pomagał w tej kwestii. No, ale teraz się zbuntował, powiedział męskie „nie” i koniec. I jest klapa. Tragedia w sensie. Ktoś może się zlituje nade mną? Jakoś się odwdzięczę. Mam wielką kolekcję porno i w ogóle… Ratunku?

Po redakcji wpadłam do domu, odpoczęłam trochę i zaraz trzeba było na UW wracać. Po drodze obdarowałam Justynę z Wayne’sa i jej ładnego kolegę z piękną dupką zaproszeniami do kina. A potem posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Słuchajcie, nie jest źle.
Po pierwsze – udało się nam całkiem nieźle zebrać. W sensie, że była ponad 1/3 studentów z ponad połowy jednostek. To oznacza, że mogliśmy podejmować uchwały i działać w pełni legalnie. I tutaj był myk pogrzebany (błąd frazeologiczny zamierzony).
Pamiętacie moją sprawę przed sądem administracyjnym? Ona trwa. 24 czerwca jest rozprawa. A Zarząd Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa chciał być sprytniejszy ode mnie. Pod koniec marca zwołali Walne Zebranie Studentów, które uchwaliło nowy Regulamin Samorządu Studentów na dziennikarstwie. Czyli chcieli zadziałać moją bronią z czerwca 2008. Niestety, nie potrafią. Zwołali je z pogwałceniem wszelkich możliwych procedur i wymogów formalnych. Ale to wszelkich-wszelkich. Po co to zrobili? Uchwalenie nowego Regulaminu spowodować miało, że sprawa przed WSA okaże się niezasadna – bo nie ma znaczenia, czy mi udało się w czerwcu wprowadzić nowy Regulamin, skoro jest już jeszcze nowszy. Sprytnie. Ale nie udało się.
Parlament Studentów, na wniosek organu kontrolującego posiedzenia Walnych Zebrań Studentów, czyli Uczelnianej Komisji Wyborczej Samorządu Studentów, podjął uchwałę, która uznała za nieważne całe posiedzenie i wszystkie jego decyzje. Wszystkie, bez wyjątku. Podstawa jest bardzo mocna i nikt tego nie cofnie, nie zmieni. Oczywiście, Zarząd Samorządu Studentów dziennikarstwa może znów zmienić Regulamin przed sprawą, ale… posiedzenie było 3 czerwca. Zajęcia kończą się oficjalnie 8 czerwca. A zwołanie Walnego Zebrania możliwe jest tylko w dniu, w którym są zajęcia w jednostce i musi być z tygodniowym wyprzedzeniem zrobione. Co oznacza de facto, że najwcześniej 8 października mogą je zwołać. Co oznacza, że 24 czerwca Wojewódzki Sąd Administracyjny zajmie się moją sprawą i rozsądzi.
Zarząd Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa znów, że tak się wyrażę, dał dupy.

A na samym posiedzeniu wysłuchaliśmy sprawozdań wielu organów i przedstawicieli. Chcieliśmy się dowiedzieć co i jak w mijającym roku im poszło i czy coś w ogóle dla studentów albo dla uczelni zrobili. No i wyszło, że jednak Sądy Koleżeńskie są potrzebne, bo wiele osób olało sprawę i możnaby ich ukarać właśnie skierowaniem sprawy do Sądu Koleżeńskiego, ale na UW one nie działają jeszcze właściwie wcale. A szkoda.

Wróciłem do domu, zgarniając po drodze Adama, który z „Antychrysta” wracał. Powiedział, że dno. U mnie się ogarnialiśmy, ja się pakowałam i koło północy czy tam pierwszej – poszliśmy spać.

Wstaliśmy bardzo rano. Ja koło 3, żeby spokojnie wziąć prysznic, umyć włosy, zrobić nam pyszne kanapeczki na drogę… Adam nieco później. Niemniej, o 4:35 byliśmy na dworcu centralnym a dziesięć minut później pociąg ruszał w drogę. I w tym momencie pożałowałam, że dałam się namówić Adasiowi na pośpieszny. O matko, jak ja żałowałam… On na początku też się podłamał – musieliśmy stać/siedzieć/kucać w korytarzu. Nigdy wcześniej w życiu mi się to nie zdarzyło, muszę przyznać. Więc zaskoczenie ogromne i nowe doświadczenie. Nie koniecznie takie, które chciałam mieć, ale przynajmniej towarzystwo doborowe. W sensie, że Adaś dla miłego spędzenia czasu, Ruda Pani, co się kręciła jakby bombę chciała podłożyć i Stara Baba, która czaiła się na wszystko, co Adam jadł. A jadł dużo – same słodycze, a nie moje pyszne kanapeczki!
Podróż mijała, Adaś przykucał na jakimś czymś dziwnym, ja stałam. On robił zdjęcia rzeczy dokoła i wszystkich mijanych widoków tak że w pewnym momencie pani stojąca obok ze starym pedałem sama zwróciła mu uwagę, że może teraz chce zrobić zdjęcie, bo coś tam niby ładnego za oknem widać…
Gdy minęło 2/3 podróży, zwolniły się miejsca. Udało się nam usiąść w przedziale. Lekko już zmęczeni, ale daliśmy radę. Zmusiłam się do spania, bo wiedziałam, że to mi się przyda później. Przedział nie był wcale takim lepszym rozwiązaniem niż korytarz. 8 osób stłoczonych w dziwnie małej przestrzeni. W tym dwie mega śmieszne panie, które dziwne rzeczy wygadywały – także o spuszczaniu. No, generalnie było nam wesoło, choć mi nie do śmiechu. Nie przywykłam jeździć takim czymś. I proszę mi tu nie mówić, że panienka fochuje, czy tam że dama nagle się wielka znalazła… To nie tak. Po prostu przywykłam już do innych warunków i ciężko mi zejść w dół z wymaganiami.

Do Gdyni udało się nam dotrzeć szczęśliwie. Wyszedł po nas Damian i zaprowadził nas do siebie. Rzeczywiście, nie było to daleko – to plus na noc. Na miejscu nawet mieszkania nie obejrzeliśmy, bo cały czas mieliśmy podkreślane, że jest bałagan, bo była impreza… Najdziwniejsza rzecz? Brak mydła w łazience i obecność gniazda ptaków… pod wanną. Ale nic to, spędziliśmy tam może z 10 minut i lecieliśmy dalej. Na SKM – bilet na koncert był także biletem komunikacji miejskiej tego dnia. To fajne rozwiązanie, warte naśladowania gdzie indziej.
Zgodnie ze wskazówkami, minęliśmy Zieleniak i dotarliśmy pod Stocznię. Tam na placu przed właśnie kończyła się msza. Ludzie biegali, księża wychodzili… A my czailiśmy się przy bramie. Po zaliczeniu McDonald’sa byliśmy megaobżarci i gotowi na wszystko. Była okolica 14:00. Wpuszczać mieli od 16:00. Zdziwiło nas, że jeszcze nikogo nie ma. Adam próbował wejść, ale go ochrona zatrzymała. Potem przyszły jeszcze jakieś trzy cioty i wykorzystaliśmy to, że nie ma ochrony przez chwilę… No i weszliśmy. Około 14:25 byliśmy już na błocie, gdzie miał być koncert. Nie chciałam podchodzić pod scenę jeszcze, żeby się w oczy nie rzucać. Choć prawda jest taka, że i tak nas wiele osób mijało i nikt nic nie mówił. Potem, gdy zebrało się kilkanaście osób – w tym dwa śliczne dziubaki z blond włosami, postanowiłem iść pod scenę. Nie ma co, lepiej my, niż ktokolwiek inny. No i koło 15:15 byliśmy w najlepszym miejscu na środku pod sceną. Czekanie się zaczęło. Pan producent koncertu filmował nas i rozmawiał z nami wszystkimi jak się udało nam wejść…
Potem przyszła ochrona i nas sprawdziła. W sensie, że bilety. A potem jeszcze raz. A potem pani ochrona powiedziała, że nic z tego, musimy wyjść poza teren – za barierkę. Karnie poszliśmy, ale od razu mówiłam, że musimy iść na końcu, żeby być na początku przy wpuszczaniu. Tłok był straszny, ludzie naciskali, dociskali, miażdżyli. Ale stałam dzielnie pierwsza. Padał deszcz. A potem grad.
Zaczęło się robić nudno, prawdę mówiąc. Minęła 16:00 a nas nie wpuszczano. Sektory zaczęły się zapełniać – tylko nasz (A) był pusty. Czekał na nas. W końcu przyszła decyzja – wpuszczać. No i poszło. Przede mną 5 czy 6 nastolatków (w tym jeden z blondwłosych dziubasków) dostało się na teren. Pan sprawdził mi bilet i puścił.
Biegłam. Boże, jak ja biegłam. Ochrona i ludzie w dalszych sektorach kibicowali. A ja biegłam niczym Forest Gump, niczym galopująca gazela, lekko unosząc się w powietrzu, przecinając je parasolką trzymaną w ręku. Skakałam po błocie (padał deszcz przed chwilą!), ujebałam sobie białego buta, ale biegłam. Bo mam zasadę, że jak coś robić, to na maksa, albo w ogóle. I co? I wyprzedziłam wszystkich. Pierwsza. Znów w tym samym, idealnym miejscu. Adam dobiegł po chwili.
Nie wspominałam jeszcze o Holenderce i jej ojcu. Było tam takie grube babsko w wieku lat na oko 17. Wredne, w bukietem kwiatów dla Kylie i myśląca, że jest najlepsza. Rozpychała się sprytną metodą pochylania się. Walczyła, krzyczała, przepychała się. Brodaty ojciec stał za nią murem i nie dał jej krzywdy zrobić. Awanturowała się od samego początku. Do samego końca.

Najpierw jednak czekało nas dłuuuugie czekanie. Jakieś Kombi, Tilt, Kora i tym podobne gwiazdy minionych 20 lat. No trudno, trzeba było wytrwać. Przy tym nie dać się zepchnąć z miejsca. Cicha walka trwała cały czas. Aż nadszedł czas Scorpionsów. Przypomniały mi się filmy o powracających gwiazdach rocka lat 80. Śmiesznie wyglądali najczęściej. Najgorzej, gdy wokalista postanowił kilkadziesiąt pałeczek do perkusji rozrzucić w publiczność. Tragedia. To naprawdę niebezpieczne było! A my staliśmy i czekaliśmy.
No i nareszcie nadeszła ta chwila. Pojawiła się Kylie. Widok mieliśmy idealny, co potwierdzają moje fotki z komórki i nagrania video. Kylie wyglądała bardzo dobrze, dużo się ruszała. Zmęczenie nie pozwoliło mi chyba cieszyć się całym koncertem tak bardzo, jak bym sobie tego życzyła… Niemniej, było naprawdę dobrze. Nie jestem jakąś jej wielką megafanką, ale było mi miło zobaczyć i posłuchać jej na żywo. Śpiewała live, miała zespół taneczny, chórek i instrumenty. Normalny, profesjonalny koncert. Zresztą prawda jest taka, że cały koncert robiły wizualizacje za nią. To one decydują o tym, że to takie niezwykłe show jest.
Całość skończyła się po 1. Boże, jak ja nie mogłam iść… Pachwiny mnie tak bolały, że nie mogłam na początku nawet kroku zrobić. Tragedia. Nigdy czegoś takiego nie miałam. Ale poza dwugodzinną przerwą w pociągu i postojem w McD, byłam na nogach cały czas od 3:00.
I jak ja zmarzłam! Boże, było z minus pięćset stopni tej nocy! Skandal!

Wpadliśmy na dworzec. Ludzie tłoczyli się przy SKMkach, więc postanowiliśmy coś zjeść (poprzedni posiłek miałam dobre 12 godzin wcześniej, przed 14:00). Z jedzeniem, mimo moich protestów, weszliśmy do SKM. Adaś zalał pół wagonu swoim wyciekającym sosem a potem ubrudził jeszcze siedzenie… No, ale daliśmy radę. Byłam zmęczona, usypiałam już. A po drodze z dworca do Damiana wyjebałam się na schodku pojedynczym ze zmęczenia… Ale upadłam z gracją, jak uczą na kursach – na dupkę, nie na ręce, wykonałam ze 3 obroty i nic mi się nie stało.
Gdy wstaliśmy rano, Damiana już nie było. Za to w pokoju jacyś ludzie byli. Jego współlokator Robert właśnie wychodził a jakaś heteropara się miziała na materacu nieopodal. Ale co mi tam. Zebraliśmy się, wykąpaliśmy i ruszyliśmy w podróż powrotną. Także pełną niespodzianek. Tym razem miejsce siedzące gwarantowała nam spółka PKP InterCity w swoim pociągu TLK. Nie było łatwo, ale miałam postanowienie, żeby całą podróż możliwie przespać. Siedzieliśmy w najstarszym przedziale w pociągu – gdy z niego wychodziliśmy, średnia wieku skakała do około 90 lat. Ale chuj, co tam. Naśmiewaliśmy się trochę z pana, co płuca wypluwał, pani z wąsami, pani, co miała tik i mnie smyrała czasem niechcący… No, daliśmy radę generalnie.

Wróciłam do domu, ogarnęłam się, wykąpałam (boże, jakie to było super!) i zaraz ruszać trzeba było na bifor do Gacka. Adam wpadł i razem pojechaliśmy na Ordynacką. Było tak zimno, że założyłem zimowy płaszcz. Naprawdę, zima! Środek czerwca dochodzi a na zewnątrz w nocy 3 stopnie Celsjusza! Niesamowite.
Obiecuję, że nie będę już robić fotek koleżankom Piotra. One potem je wstawiają i ucinają albo usuwają mój znak wodny. A to mi się nie podoba.
Dużo było planów na tę noc, ale ponieważ się późno zb4owaliśmy, to trzeba było z czegoś zrezygnować. Padło na urodziny Piekarni. A szkoda w sumie, bo tam muzycznie bywa chyba naprawdę fajnie. No i pojechaliśmy (bo zimno i deszcz pada…) do Centralnego Basenu Artystycznego. Jakaś impreza Aleksego, że niby urodziny Różowej Listy czy coś takiego. No, łorewa. Kasia ma parcie, ja też – więc z chęcią. Co się okazało na miejscu? Że ludzi sporo, choć bez szału. Że pięknych młodych i bardzo młodych chłopców pod dostatkiem (dzięki Ci, Panie!) i że muzycznie bardzo marnie. No to długo nie siedzieliśmy, bo nie szło wysiedzieć… A szkoda, bo naprawdę niektórzy bananowi chłopcy słodcy, że aż mi się nogi uginały. Plusem wielki miejsca jest też zakaz palenia w środku! Boże, jak super! No i generalnie ponieważ muzyka po chuju, to się zgarnęliśmy i wyszliśmy, bo nie ma co się męczyć. Nawet dla tabunów ładnych chłopców – ci bywają bowiem także gdzie indziej.

Było wcześnie dość, więc spokojnym krokiem się skierowaliśmy do Utopii. Grał Energy i nie narzekam już. Sporo ludzi, choć znajomych nie koniecznie. Sesja-sresja. Nie rozumiem tego. Co ma piątek w nocy do sesji, która jest dla zdecydowanej większości od poniedziałku do piątku jednak… Łorewa, ich strata. Ja muszę przyznać, że pozwoliłam sobie wypić trochę, bo stwierdziłam, że jutro nie będę mogła – staram się nie pić, gdy jestem w sukience lub spódnicy. Tak dla bezpieczeństwa własnego. Więc zabawa trwała na całego. Skakanie, szaleństwo. No i był też skandal. Bo, uwaga, uwaga, Piotr się znów z Damianem dogaduje. A Natkiejowi to przeszkadzało. I była walka, przepychanka, prawie wyrwane w WC drzwi… Ciotodrama z emocjami. Niepotrzebnymi, ale to inna sprawa. Generalnie zakończyło się na tym, że Gacek z bardzo wysuszonymi ustami poszedł ze mną i mnie na tramwaj poranny odprowadził. Ja świeże bułeczki kupiłam i jakąś kanapkię zjadłam w podziemiach z rana. Musiałam jechać i wytrzeźwieć :)

Spałam dość długo, ale w sumie nie miałam nic do roboty. Poza pisaniem pracy, za którą się ostatecznie nie wzięłam tego dnia. I za to miałem wkurwa na siebie potem. Ale tak mi się nie chciało… Czasem mogę chyba mieć odpoczynku trochę? Oczywiście, nie myślcie, że leżałam do góry dupą. Co to, to nie. Ogarnęłam pokój, coś tam dla redakcji przygotowałam, jakiś tekst napisałam… Nie było nic-nie-robienia. Co to, to nie. Nie wiem kiedy mi się najbliższy czas nic-nie-robienia zdarzy. Pewno jak do domu rodzinnego pojadę na początku sierpnia… Nie myślę o tym na razie.

Wieczorem się u mnie zb4owaliśmy. 
Kilka osób zaprosiłem i wpadły. Łukaszek, co jest słodkie. Whitney w lesie na jakimś weselu była, więc nie wpadła. Adam był, to oczywiste ostatnio. Wpadł też Piotr. No i się wprosił David. Ale ostatni raz mu na to pozwoliłem. Bez przesady, on mnie nigdy jeszcze do grona znajomych nie zaprosił nawet. Ja wiem, on chce być spoza środowiska i wtedy nie wypada Jej Perfekcyjności mieć w znajomych… Ale skoro się chce być spoza środowiska, to się nie przychodzi na imprezy do środowiska i się nie daje dupy w środowisku :) Proste!
Wpadł Pasyw MEGASPÓŹNIONY, bo zaspał… Myślałem, że go zabiję. Przyniósł zaproszenia do Capitolu od Amy dla moich gości i dla siebie. Ale co się okazało, że na swoje nibyVIPowskie chce wziąć nie Gacka a Natkieja. No to Piotr mu zabrał zaproszenie i ciotodrama. Tamten wyszedł i nie poszedł nigdzie ostatecznie. Cio-to-dra-ma.
Zaraz musieliśmy wychodzić. Deszcz napierdalał jak głupi. Coś strasznego. Więc pan taxi oczywiście stanął daleko od schodów. Zadzwoniłam na centralę jego i poprosiłam, żeby go przywołali do postawienia się bliżej o 10 metrów, bo nie będę bez kurtki popierdalać jak ta idiotka. Podjechał.
Zawiózł nas do Capitolu.

Ludzi w środku może nie było zatrważająco dużo – a wręcz na pewno nie, ale było sympatycznie. Okej, trochę się na mnie gapili, bo jestem starym transem w peruce, ale już robienie mi zdjęć jest przegięciem. Nawet jeśli uznać, że jestem celebrytką (a nie jestem przecież!), to wciąż jednak niegrzeczne. Dlatego jak mi ktoś chciał zrobić foto, to potem ja z aparatem z fleszem stawałam przed taką osobą i jej robiłam. Niech wie.
Śpiewała Ramona Rey. Nie jestem jej fanem, to nie tajemnica. Po prostu do mnie nie przemawia jej muzyka. Ludzie nieliczni bawili się wyśmienicie, ale generalnie z parkietu wygoniła. Gdy weszła DJka z UK zagrać… my chcieliśmy już iść. Miałam dość, choć Brytyjka zaczęła grać nieźle. Ale ja już miałem dość.

To generalnie była słaba noc i przez to też słaby weekend. I już nie chodzi o ciotodramy czy o to, że Łukaszek zgubił w taxi telefon koleżanki. Chodzi o to, że muzycznie było mi nie po drodze. W Utopii też. Ricardo i Tenessee to nie moja bajka (nie wiem ile razy to już na blogu pisałam…). Alec Sun Drae dała za to radę. Ma fajny głos i dobrze go wykorzystuje. Alec od 8 lat mieszka i pracuje w Londynie. I chyba nie będzie przesadą podkreślenie, że w jej wokalach słychać specyficzne londyńskie wyczucie muzyki house’owej. Dlatego też doskonale wpisała się w klimat Utopii i tribalowych dźwięków, jakie tej nocy serwowali dje Ricardo i Tenessee. To, co zaprezentowała gościom Utopii, to potężna dawka mocnego śpiewu wykonanego naprawdę żywiołowo. Alec skakała, tańczyła, nawiązywała kontakt z publicznością. Udało się jej nawet na scenę wciągnąć jednego z fanów – na co zresztą dość szybko zareagowała obsługa klubu, obawiająca się zbytniego spoufalenia się z artystką. Niemniej, szaleństwo trwało. Alec Sun Drae sprawiła, że spokojne z pozoru dźwięki stały się porywającymi utworami – znanymi hitami w nowych aranżacjach. Nikogo nie mogło zdziwić „Bad Habit” grane przy wakacyjnych dźwiękach house’owych hitów. Przez chwilę w Utopii – mimo szalejącego wiatru i deszczu na zewnątrz – zrobiło się plażowo. Swoje zrobiła także szalona fryzura i jeszcze bardziej ekscentryczny strój wokalistki, od której nie można było oderwać oczu ani na chwilę. Zmęczona, zmachana ale uśmiechnięta i radosna schodziła ze sceny żegnana brawami.
My z Adamem zmyliśmy się dość szybko. Mimo wszystko bowiem, dje grali nie pod moje tupanie :)

W niedzielę się ogarnęłam ładnie. Adasia do pracy wypchnęłam a sama spałam jakoś do 13. Potem wzięłam się za to pisanie nieszczęsne i nawet jako tako mi poszło. Więc to dobrze. Bo miałam w planach jeszcze debatę w UFIE na temat Parady Równości. To już za tydzień, więc czas na dyskusję dobry.
Poszłam – tam sporo działaczek i działaczy. Trans-fuzja, KPH, Lambda, Fundacja Równości i sama UFA. No i ludzie generalnie też tak z zewnątrz, choć mniej zdecydowanie. Widać, że ludzie nie do końca (lub część nawet bardzo) niezadowoleni są z tego, jak wygląda Parada. Ja w sumie nie mam za wiele jej do zarzucenia. Może poza tym, że za bardzo polityczna jest. Ona tak czy owak będzie odbierana politycznie i uważam, że nie ma sensu tego wzmacniać. Zamiast hasła „edukacja i związki partnerskie” ja bym dała „zabawa i wolny seks”. Raz, że prowokacyjnie a dwa, że bardziej mi to odpowiada. Mam w dupie związki partnerskie, bo mnie to nie dotyczy. Edukacja mnie też średnio obchodzi i wiem, że niewiele można zrobić, bo wiem że nauczycielkami zostają zazwyczaj dziewczyny z rodzin bez wyższego dotychczas wykształcenia w familii. I wiem, że one nie będą o gejostwie i lesbijstwie uczyły dobrze. Penalizacja mowy nienawiści? Spoko, tylko że mnie nikt nie wyzywa od jebanych transów tylko od pedałów co najwyżej. A więc to znów postulat bardziej gejowsko-lesbijski niż mój.
Ja chcę na Paradzie dobrze się bawić. Pokazać ludziom, że jestem. Potańczyć na Marszałkowskiej! Tak, tak – o to mi chodzi. Jeśli Parada miałaby mieć jakiś postulat, to dla mnie idealny jest z lat 90. z USA – „We’re here, we’re queer, get fucking use to it!” – taki postulat gniewu i wkurwienia. Pokazać, że mam ich w dupie. I manifest „Queer read this!” jako nasz manifest. Chcę pokazać społeczeństwu środkowy palec prawej dłoni. Chcę powiedzieć, że ja też mam ich w dupie. Nie dosłownie :) A w sumie i dosłownie mogę ich mieć. I że nie obchodzi mnie świętość rodziny, niepokalane poczęcie, porządek społeczny i becikowe. Obchodzi mnie promiskuityczny seks, zabawa, muzyka i rozrywka. I mam do tego wszystkiego prawo a nikomu nic do tego, co ja chcę ze swoim życiem robić. Moim celem podczas paradowania jest uzyskanie takiej sytuacji, gdy będę mogła wsiąść na przystanku na Ochocie w tramwaj i bez stresów, bez problemów, bez szykan i wyzywania dojadę na UW. Po to chcę paradować. Ponieważ jednak postulaty moje i całego środowiska trans (z którym się przecież jakoś szczególnie nie utożsamiam) zostały całkowicie pominięte, to nie wiem jak to dalej będzie.

Po debacie poszłam głosować. Pan z Komisji chciał byś zabawny, ale mu nie wyszło, więc go zlałam. Oddałam ważny głos, popisałam kartę, dopisałam co sądzę i dlaczego pedały górą. O. I zagłosowałam na Legierskiego. Może nie jest moim wymarzonym kandydatem, ale jest lachociągiem i chcę go w Europarlamencie.

W poniedziałek był skandal. Od rana skandal. Miałam iść na dyżur promotor swojej pogadać o tym jak mogę wcześniej studia skończyć (bo jeśli dostanę się na doktoranckie w IS, to chcę skończyć dziennikarstwo jak najszybciej!), ale… znów zaspałam! Skandal!
Spóźniłam się do redakcji 1,5 godziny i na 13:30 dotarłam. Skandal, skandal, skandal.
Nic dziwnego, że czas mi szybko zleciał :) Musiałam się ogarnąć, ogarnąć kilka spraw i spróbować wbić się w rytm, bo przecież w środę ostatni raz byłam. Jako tako mi to wyszło nawet. Ogarnęłam kilka rzeczy po Parlamencie Studentów nareszcie i wszystko zaczęło wracać do normalnego rytmu.
Potem na korki pojechałam. Ostatnie w tym roku szkolnym. Nie było łatwo, bo się okazało, że młody ma problemy wciąż z pewnymi rzeczami. Ale już teraz się deklarowali, że chcą od września znów. Więc jestem na tak, jak najbardziej! No i Carrefour jeszcze zaliczyłam, ma się rozumieć. Bo kiedyś trzeba – a jak Adam wpada, to mi wybrzydza czasem i muszę więcej jedzenia mieć ;)

Dzisiaj dzielnie wstałam na czas! Znów pierwsza w redakcji byłam. Miałam mieć spotkanie z dyrektorem dziennikarstwa, ale odwołali na godzinę przed. Umówili mnie w zastępstwie na chwilę później z jego zastępcą. Może być. W międzyczasie wpadłam na wykład na socjologię. Dr Nijakowski mówił o różnych reprezentacjach w pornografii – m.in. kazirodczej i zoofilskiej. To było dla mnie interesujące. I wiecie co… zatęskniłam za wykładami na socjologii. To był mój pierwszy jakikolwiek wykład od roku i chcę jeszcze. To absolutnie pewne, chcę! Wzięłam formularze jakieś-tam niezbędne przy rekrutacji na doktoranckie. Musi się udać, musi!
Wpadłam też dzisiaj na egzamin z „Etykiety językowej”. Nie wiem co to, nie byłam ani razu. Nie zdążyłam przeczytać skryptów, które mi wysłali dzień wcześniej studenci, bo już wszystkich odpytała i musiałam wejść. Ona lubi jak panowie są w garniturach a panie w garsonkach. No więc założyłam szare spodnie, koszulę i trampki. Więc ona mnie pyta na początku czemu jestem tak nieelegancko ubrany. No to odpowiadam, że jestem osobą trans i częściej noszę sukienki niż garnitury. Aha. No to proszę wylosować pytanie. Jakieś tam wylosowałam i odpowiedziałam coś-tam. Stwierdziła po 7 minutach, że nawet jak czegoś nie wiem, to mam niezwykłe wyczucie i ogładę i widać, że zostałem dobrze wychowany. I mam 5. Ok., łorewa.

Wróciłem do domu. Pogoda była tragiczna. Cały dzień megaduszno. Więc spodziewałem się ulewy i dlatego oraz z powodu zmęczenia tym stanem rzeczy, nie poszedłem na debatę do „Wyborczej” o pedałach. Ciekawie się zapowiadała, ale nie chciałem się męczyć. Za to na 21 na spotkanie do Złotych Kutasów się już wybrałem. Bo to ważne – propozycja zlecenia czegoś do napisania. Przyjęta. Do 10 września mam to do zrobienia. Dam radę.

Ponad 25 tys. znaków – rekord świata ;) Ktoś przebrnął? ;)

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone