wtorek

Jestem chory. I to już prawie od tygodnia. Katar mnie dobija, źle się czuję. Dobrze, że chyba już mi przechodzi. Za to wczoraj koło południa myślałem, że już nigdy nie wstanę z łóżka. Zarzyłem kolejny Fervex i tym razem skutki uboczne były odczuwalne, jak jeszcze nigdy wcześniej. Po porstu ścięło mnie z nóg. Zasypiałem, a raczej czuwałem w pół-śnie nie mogąc się podnieść. Po prostu niesamowite uczucie odpływania w niebyt. Przez dobre dwie godziny. Już się obawiałem, że nie dam rady pójść na 16 do szkoły. Na szczęście chwilę przed 15 doszedłem do siebie.
Ale to wszystko świadczy o tym, że jednak jestem chory.

W tym samym czasie wczoraj prowadziliśmy po raz kolejny intensywne poszukiwania mieszkania. I właściwie nic nowego się nie urodziło. Dopiero na uczelni zerwałem numer telefonu z ogłoszenia o mieszkaniu na Mokotowie. Zadzwoniliśmy i tam. Umówiliśmy się na oglądanie na kolejny dzień. Z pozostałych ogłoszeń interesowało nas jakieś 30… ale tylko jedno było aktualne i udało nam się umówić na wizytę. Na czwartek.

Dziś rano pojechałem z Anką na Mokotów i zobaczyliśmy… nasze przyszłe mieszkanie. Jest na 10 piętrze zaraz przy J.P. Woronicza. Tak, będę miał blisko do Telewizji. No – tak przystało na gwiazdę. Mieszkanie jest takie średnie. Najważniejsze, że ma 2 spore pokoje, kuchnię, łazienkę i nie ma właściciela. Ma chyba też stałe łącze! Albo tv kablową… sam nie wiem, ale właścicielka będzie musiała się dowiedzieć. Właścicielką zaś jest starsza pani, która stanowczo obstawia przy tym, że warto za to mieszkanie zapłacić 1100 zł miesięcznie. No niby warto… ale do tego dojdą koszty prądu i gazu. A to już mniej korzystna sprawa. Póki co jednak pani zapewnia, że przez jakieś pół rku i tak jest zapłacone, więc nie ma potrzeby się o to martwić. Niech będzie i tak…

Anka z Iwoną są teraz w pubie i mają zadzwonić do naszej nowej właścicielki potwierdzić to, że około 20 października przeniesiemy się na Mokotów. Tak, zamieszkamy tam.
Natomiast dziś bardzo drastycznie skurczyła się zawartość mojego porfela, w znaczeniu, że konta bankowego. Wydałem kolejne 60 zł na skrypty (mam już wszystkie!) no i 50 zł na tłumaczenie. Dodatkowo będę musiał wydać 90 zł na bilety do domu w listopadzie i w ogóle jestem przerażony faktem, że do 5 listopada na pewno nie starczy mi kasy. Będę się zadłużał u Anki :) (tak, Aniu, pozdrawiam!)

A co do tytułu blotki… Chyba nic z tego nie będzie. Z Ariela znaczy się.
Postanowiłem, że dziś ja pierwszy do niego nie napiszę. No i jest 21:27 a telefon milczy. To znaczy nie milczy, bo co chwilę ktoś dzwoni albo pisze (Pani W i Tomek O na temat rozdania w Szczecinie Pulitzerów Szkolnych, mama bo puszczałem strzałkę, Anka żeby powiedzieć gdzie są… itd.), ale nie ma nic od Ariela. Nawet strzałki nie puścił. Poza tym przyznałem dziś w rozmowie z Anką, że nie czuję z jego strony chemii… I chyba ze swojej już też.
Jeśli się nie mylę, to było chwilowe zauroczenie. Które minęło już prawie. Mogę dać mu maksymalnie jeszcze 2-3 spotkania, jeśli w ogóle do nich dojdzie. I potem chyba się poddam. Choć nie ukrywam, że… szkoda.

A tak całkiem na marginesie – w opracowaniu jest już nowy szablon bloga. Widziałem pierwsze przymiarki do tego, jak będzie wyglądał… Ale nic więcej nie zdradzę, poza tym, że kolorystyka się zmieni bardzo nieznacznie.

środa

Nie ma Mikołaja Właściciela, to myszy harcują. Dodaję blotkę i zważyliśmy się korzystając z wagi, którą zauważyliśmy w pokoju Michała Dresa. Schudłem!
Tak, tak, tak! Chciałem ogłosić KONIEC DIETY! Ważę aktualnie 73 kilogramy. To nawet mniej niż chciałem ważyć. Koniec więc. Mogę pić Colę! Chciałem w tym momencie podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie w tym wielkim wysiłku. Udało się… nawet nie wiecie, jaki jestem wzruszony. Bo odchudzałem się różnymi dietami już od kilku lat. Nigdy nie odnosiło to większego skutku. Raz tylko, jak byłem w pierwszej klasie liceum, to schudłem ni z tego, ni z owego 15 kg. Ale wtedy nie stosowałem diety. Nawet moja rodzicielka podejrzewała, że jestem na coś chory. Robiłem sobie badania i tak dalej. Ale teraz to ostateczny koniec. Jestem szczupły. Tak, wiem to i jestem tego świadom.

Ariel napisał. Że chce, żebyśmy byli przyjaciółmi, ale nie wyklucza dalszego rozwoju znajomości. No nie wiem… ja jestem raczej świadom tego, że jeśli nie ma chemii teraz, to już jej nie będzie. Takie życie. I oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żebyśmy byli znajomymi. Lubię mieć ładnych znajomych :) Tak, wiem że to próżne. No i?

Miałem dziś pierwszy lektorat. Nie jest źle. Co więcej – jest intensywnie. Miałem ponad rok przerwy w uczeniu się angielskiego, więc nie ukrywam, że niejako szokiem był dla mnie tak intensywne spotkanie z tym językiem. Tym bardziej, że czteroletnia edukacja angielskiego w szkole średniej była farsą i niczym jak marnowaniem mojego cennego czasu. Teraz i lektor jest konkretny, i młody, i bierze pod uwagę nasze propozycje, i nie wprowadza stresowej atmosfery straszenia kartkówkami… Mówi czasem w sposób, który mnie drażni (określiłbym t jako „I’m So British!”), ale jest fajnie. Poziom C1 chyba mi odpowiada.

Co nie zmienia faktu, że kończą mi się pieniądze na koncie. Mama zadzwoniła i stwierdziła, że wyśle mi kurtkę zimową. Opierałem się, ale uparła się, że musi. No niech wysyła. Jak będę jej wysyłał tłumaczenie potwierdzenia, że jestem studentem, to wrzucę jej kartkę z listą innych rzeczy, które są mi potrzebne. Poprozę o jakieś pieniądze… No bo inaczej nie wiem jak przeżyję do 5 listopada.

A w szkole stosuję się do zasady, jaką poznałem idąc jeszcze do pierwszej klasy liceum. Przeczytałem wtedy książkę-poradnik, której autor(ka) stwierdzał, że trzeba przez conajmniej pierwszy miesiąc robić przed nauczycielami dobre wrażenie, które przekłada się potem na „opinię”. A na opinii – jak wiadomo – można czasem pojechać. U ucznia, którego uważa się za dobrego wpadki zgania się na karb niedbałości czy opieszałości a nie faktycznej niewiedzy. I o to chodzi. Człowiek nie jest taki, coby sobie rady na studiach nie dał!

Nastrój mam dziwny. Z jednej strony spokój o przyszłość mieszkaniową, z drugiej lekkie rozczarowanie i smutek, że nie będzie nic z Ariela, a z trzeciej – radość ze schudnięcia. No i tradycyjny dylemat każdego wieczora – w co ja się jutro na uczelnię ubiorę? Nie, to nie jest żart.

Wypowiedz się! Skomentuj!