Rewolucja zaczyna się tutaj.

Puśćmy wodze fantazji i wyobraźmy sobie świat idealny. Taki, w którym nie kapitał, a osoba i jej potrzeby stanowią centrum dążeń ludzkości. Taki, gdzie ciężko dostrzec jakiekolwiek wykluczenie. Taki, o jaki naprawdę walczymy. I zastanówmy się, czy nie pominęliśmy_łyśmy jakiegoś „drobiazgu”. W jakim języku powinno mówić się w świecie bez skazy?

Mateusz Sierpowski  Five-pointed_star.svg

Obserwując bieg dziejów, trudno stwierdzić, czy angielski utrzyma swoją dominację w tej kwestii. Zastąpił on takie języki jak francuski czy łacinę i zagarnął dużą część naszej rzeczywistości. Dokonał tego na tyle dogłębnie, że obecnie prawie nie możemy świadomie funkcjonować w globalnej społeczności, jeśli nie znamy chociaż jego podstaw. Ba! Problemy może sprawić nam nawet w życiu prywatnym. Nie tylko zazwyczaj wymieniana informatyka, ale prawie wszystkie płaszczyzny naszego życia wymagają od nas opanowania angielskiego. Duża część społeczeństwa podchodzi do tego procesu całkiem bezrefleksyjnie. Nie poświęcają nawet jednej myśli pytaniu: „Czy tak naprawdę wszystko tu jest w porządku?”

Podstawą wyzwolonej wspólnoty jest zapewnienie każdej osobie równego startu. Tylko zniwelowanie jakichkolwiek przywilejów umożliwi nam osiągnięcie tego idealnego modelu. Obok naglącej walki z nierównością na poziomie chociażby finansowym, należałoby też poświęcić część naszej uwagi sprawie języka. Trudno pogodzić się z sytuacją, w której osoby, od urodzenia posługujące się mową międzynarodową, współistnieją na równi z tymi, które na jej naukę muszą poświęcić dużą ilość energii. Nie ma to w sobie niczego ze sprawiedliwości – o tym, czy ktoś nie będzie musiał aż tak się angażować, żeby żyć na odpowiednim poziomie, decyduje tylko los. Jedynym wyjściem jest zastąpienie języka międzynarodowego takim, jakim nie posługuje się żadna rdzenna grupa. W tę rolę idealnie wpisuje się esperanto.

Obok wielu osiągnięć XIX wieku, mających wpływ na naszą rzeczywistość, postawić należy również stworzenie esperanto. Opublikowanie „Unua libro” przez Ludwika Zamenhofa było przełomowym wydarzeniem, które swoją utopijną wizją porwało mnóstwo osób. Stanowi mieszankę języków indoeuropejskich, posklejanych w taki sposób, by jego nauka nie sprawiała nikomu większych trudności. Ograniczona do minimum gramatyka i zasady słowotwórstwa, pozwalające na samodzielne (oczywiście do pewnego stopnia) konstruowanie wyrazów bez potrzeby ich żmudnej nauki sprawiają, że można opanować go w zadowalającym stopniu bez tracenia w tym celu wielu lat.

Mówienie w esperanto wymaga wkładu pracy (niezaprzeczalnie mniejszego niż w przypadku angielskiego) od każdej osoby, bez względu na jej pochodzenie. I właśnie ta ucieczka od narodowości i prostota przemawiają za nim najbardziej. Choć istotne jest też jedno założenie, o którym mówił już sam Zamenhof – dwujęzyczność.

Dorobek kulturowy każdej społeczności stanowi na tyle dużą wartość, że nie można dopuścić do jego zaniku. O różnorodność należy się troszczyć i ją rozwijać, a jest to niezwykle skomplikowane w dobie niekontrolowanej globalizacji, która prowadzi do wyparcia rdzennych języków wszechobecnym angielskim. Język międzynarodowy spełnia swoją rolę tylko wtedy, gdy sprawia, że przestrzeń jest otwarta dla wszystkich, lecz nie robi tego kosztem zaniku specyfiki danej grupowości. Współczesny proces zawłaszczania przez angielski typowych, lokalnych zwrotów i wyrażeń nie wróży zbyt dobrze, a przeciwstawić się temu można tylko przez przywiązanie do dwujęzyczności, która stanowi podstawę ruchu esperanckiego. Pomiędzy sobą porozumiewamy się własną mową, lecz kontakty z osobami posługującymi się na co dzień językiem dla nas obcym, zmuszają nas (i drugą stronę również!) do wykorzystania esperanto. I taką rolę powinno ono odgrywać.

Od kilku lat obserwuję jednak wiele organizacji esperanckich i zauważam niesłabnący trend do tworzenia swego rodzaju esperanckich gett. Cały ruch doprowadził do powstania specyficznej kultury i stał się swego rodzaju narodem żyjącym w diasporze, który zapomniał (lub bardzo nieefektywnie próbuje przekonać do tego innych i inne), że język, wokół którego zbudował on całą tę otoczkę, z zasady, miał służyć jako narzędzie do pracy nad światem bez podziałów. Nie jest on celem samym w sobie. W przeciwnym wypadku promocja esperanto jako języka międzynarodowego wiązać mogłaby się ze zubożeniem lokalnego dorobku. A przecież jego założenie było całkowicie inne. Teraz wydawać się może, że również nierealne w konfrontacji z rzeczywistością.

Obraz, jaki chwilowo jest mi dane obserwować, nie napawa optymizmem. Angielski przeniknął na tak wiele płaszczyzn, że wykorzystanie esperanto jest obecnie bardzo nieefektywne, a rozpowszechnienie go w sytuacji, gdy posługują się nim nawet największe światowe organizacje takie jak NATO czy ONZ, niezwykle utrudnione. Z drugiej strony widzę grupę esperantystek_tów, którzy_re nie porywają za sobą tłumów i nie ma żadnych podstaw, żeby twierdzić, iż niedługo to się zmieni. To społeczność tylko w teorii otwarta, realnie jednak nie widać działań, które przyniosłyby zauważalną zmianę. W aktywizmie liczy się skuteczność, a nie zapewni jej organizowanie nawet masy wydarzeń, o których wiedzą tylko nieliczne osoby.

Moja chęć uczestniczenia w niszczeniu nierówności jest na tyle silna, że ta smutna panorama wcale mnie nie zniechęca. Wręcz przeciwnie, dodaje energii do działania. Bo, choć wiem, że stworzenie organizacji, która efektywnie promowałaby esperanto chwilowo mnie przerasta, nie odpuszczę. Zrobię to, co jest w granicach moich możliwości. Zacznę pracować u podstaw. I dlatego też już szóstego marca, na wrocławskiej Manifie, będzie można zobaczyć mnie z dwujęzycznym transparentem. Możecie nazwać mnie marzycielem. Ale to marzyciele kreują przyszłość. A nikt nie zabroni nam dążyć do spełnienia snów o wyzwoleniu.

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone
BRACIA S – wyobraźmy sobie, że dwie osoby, które mają krytyczny stosunek do otaczającej ich rzeczywistości, zaczynają działać społecznie. Pójdźmy dalej - niech te dwie osoby będą parą osiemnastolatków. Żeby lekko podkolorować, będą nimi bracia bliźniacy. Niech mają na imię Patryk i Mateusz. A co, jeśli to wszystko okaże się prawdą? Poznajcie Braci S i ich punkt widzenia.