Czego nie lubię w Święta? Udawania, przede wszystkim. I już nie chodzi tylko o moje udawanie, że jestem fajna, mam stajla i nie reaguję już na stwierdzenia „jak kiedyś będziesz mieć dzieci”. To już po mnie spływa. Mam na myśli ogólnie atmosferę udawania. Chodzi o to, że ja Święta spędzam w tym samym gronie, w którym moja rodzina żyje na co dzień. Babcia, jej dwie córki i wszystko co od tej gałęzi drzewa genealogicznego odchodzi. Problem polega na tym, że oni wszyscy (a dawniej także ja z nimi) widzą się codziennie właściwie w ciągu roku, telefonują, mają wspólne sprawy. Żyją razem, choć w osobnych mieszkaniach. I dlatego nie ma mowy o świątecznej, wyjątkowej atmosferze w czasie Bożego Narodzenia. Jest, owszem, wyżerka. Ale nie ma tak, że ktoś opowiada o tym co u niego, bo wszyscy dawno go nie widzieli. Nic dziwnego.
Teoretycznie ja bym mogła opowiedzieć, ale po pierwsze – nikogo poza moją mamą tak naprawdę to nie obchodzi i wystarcza ograniczenie się do zdawkowych odpowiedzi. To jak ci idzie na studiach? No okej. A jak tam mieszkanie? Bez zmian. I tyle. Może to i nawet trochę smutne, ale nie dla mnie. Ja się cieszę, że mam trochę wolnego i nie muszę znów zapieprzać do redakcji/na zajęcia. No i ten ich mit, w który wciąż wierzą, że studia dziennikarskie wymagają ode mnie jakiegokolwiek wysiłku.
Jest jeszcze ta sprawa, że nie za bardzo mogę rodzinie opowiadać o przygodach moich znajomych. Nie zrozumieją przecież. „A, miałem wam opowiedzieć, jak ostatnio moi znajomi zorganizowali sobie orgię!” albo „I wiecie, Pasyw nie chodzi ostatnio do Utopii a Piotrek się z barmanem dość poważnie… poróżnił”. Czy cokolwiek. Po prostu prowadzę odrębne od ich życie.

Z drugiej zaś strony – może to jest to, o czym pisał Maciej Nowak w świątecznym felietonie w „Aktiviście”? Że Święta, choć są czasem rodzinnej bliskości, są tak naprawdę momentem, gdy uświadamiamy sobie jak samotni wobec rodziny jesteśmy. Że tak naprawdę, zamiast siedzieć przy stole z tymi ludźmi, którzy jedzą i na tym skupiają się podczas tych dni najbardziej, wolelibyśmy być gdzie indziej – ze znajomymi, kolegami czy przyjaciółmi. Najpierw, przyznaję, ten felieton odebrałam jako krzyk samotnej osoby, która szuka sobie podobnych i wspomina o rozmowie na czacie. Teraz jednak zdaję sobie sprawę z nieco innego wymiaru wiadomości odautorskiej. W TVNie w „Faktach” pokazywali, trochę na zasadzie „ciekawostki” fakt, że w Wigilię młodzi ludzie chodzą na Pasterka Party do klubów i pubów zamiast na prawdziwą pasterkę. Ale może to jest właśnie to? Może w ten sposób pokazują/pokazujemy z kim chcemy spędzać ten czas. W czyim towarzystwie czujemy się naprawdę fajnie, swobodnie, na ludzie, nieskrępowani. Może to właśnie pokazuje, jak samotni jesteśmy przy wigilijnym czy świąteczno-rodzinnym stole.
Nie wiem tego, ale wiem, że ciut lepiej rozumiem ten felieton Nowaka.
Po raz pierwszy od… od momentu, gdy mogę przystępować do komunii, nie poszedłem do spowiedzi przed Świętami. Mama, nie bez problemu, zaakceptowała to. Powiedziałam, że nie idę do spowiedzi i że nie chcę na ten temat rozmawiać. Zaskoczyła mnie trochę jej łagodna reakcja. Powiedziała tylko „czy coś się stało, że tak postanowiłeś?”. „Nie. I nie chcę o tym rozmawiać.” Dlaczego nie poszedłem do spowiedzi i do komunii? Bo po raz pierwszy nie czułam takiej potrzeby. Nie chciałam, po prostu. Kościół, jako wspólnota, staje się dla mnie coraz bardziej obcy. Czuję się coraz bardziej wykluczony z niego. Myślę, że jednak ważnym elementem mojego wyobcowania były przygody z Centrum Myśli Jana Pawła II, które robi wszystko, żeby udowodnić mi, że nie jestem godny otrzymywać stypendium miasta stołecznego Warszawy (a w komisji zasiada na 5 czy 6 osób aż 3 księży) no i oczywiście sprawa z Agą Woś z Poznania, znaną jako Aga W., która w psychopatyczny sposób próbuje wszystkich na siłę zbawiać wbrew ich woli. Nie chcę czuć wspólnoty z tymi ludźmi.

I dlatego też, w moich świątecznych MMSach do znajomych (wysłałam ich naprawdę niewiele), życzyłam przede wszystkim szczerości i nieudawania przy stole podczas Świąt. Żeby nikt z obecnych nie uśmiechał się sztucznie, nie udawał zadowolenia. Żeby nikt się po prostu nie męczył. Bo to chyba najgorsze, co można podczas Świąt przeżyć.
Znów, to nie chodzi nawet o mnie. Bo ja się sztucznie nie uśmiechałam, miło spędziłam ten czas – ale także z innych powodów. Mnie nie ma na co dzień przy tych ludziach i dlatego mogłem się nacieszyć ich zwyczajami, dziwnostkami, znów poobserwować ich zachowanie. Nacieszyć się tym może jakoś.
Prawda jest jednak taka, że nasze święta coraz mniej przypominają te, jakie pamiętam z dawnych moich lat. Pamiętam, że ja zawsze musiałem czekać na pierwszą gwiazdkę w Wigilię, żeby prezenty dostać. Teraz Kacperek dostał prezent u nas w domu przed wyjściem na Wigilię a potem kolejne od przebranego za Mikołaja wujka podczas właściwej kolacji wigilijnej. I nikt nie czekał na pierwszą gwiazdkę, bo ciocia szła na nocny dyżur do szpitala. Potrawy na stole, gdyby się uprzeć, przedstawiały odpowiednią ilość, ale nikt tego w sumie nie planował przed samą Wigilią. Ot, tak wyszło. I trochę przypadkiem, bo ciocia w ferworze walki zapomniała o krokietach. Była za to azjatycka potrawa rybna. Bardzo polsko. To nie jest kwestia czepiania się. Ale stwierdzenia faktu. Nie wiem czy to my się zmieniliśmy, czy też dokoła wszystko się zmienia. To drugie, na pewno. Pamiętam, że dawniej kupienie pierogów na Wigilię było ujmą dla gospodyni i skandalem. Dzisiaj to normalne, a nawet się zachęca do tego. Akurat tę potrawę, tradycyjnie u nas w rodzinie najważniejszą, babcia przygotowywała. Co nie zmienia faktu, że świat się zmienił. My także.

Bez zmian pozostało to, że przygotowałam ciasto. Dwa, dokładniej. Sernik „złota rosa” i jabłecznik taki dziwny dość, ale smaczny. Jedno już we wtorek, drugie w środę. We wtorek moja aktywność zresztą praktycznie tylko do tego i zrobienia mamie sporych zakupów się ograniczyła. Musiałam ogarnąć kilka spraw związanych ze świętami jeszcze – powysyłać też e-kartki do osób, z którymi współpracuję w ramach moich redakcyjnych obowiązków (zwykłe kartki wysłała Karolina już jakiś czas temu – jedną też do mojej mamy, więc mam nadzieję, że też dotarły ;) ), ogarnąć pocztę redakcyjną, bo formalnie przecież jestem cały czas „pod telefonem i przy komputerze”. Udało mi się też skończyć moje teksty, które miałem oddać ponad tydzień wcześniej. Więc zadowolony mogłem wieczorem spokojnie zrobić jabłecznik. Jego dziwność polega na tym, że to trochę połączenie jabłecznika i sernika, bo dodaje się do masy jabłecznej ser biały. Fajnie to z jednej strony spaja, z drugiej – nadaje specyficzny smak.
A co do tekstów, które pisałem. Jestem z nich nawet zadowolony, chociaż coraz bardziej ograniczenie ilości znaków narzucone przez format i kształt gazety wydają mi się nieprzystające do moich potrzeb i możliwości ;) Napisałam o przygotowaniu się do sesji – tekst, wydawałoby się, banalny, ale tak naprawdę całkiem fajny i trudny, bo ile się nadzwoniłam, żeby znaleźć odpowiednio ciekawych ludzi do tego, to wiem tylko ja. Ale o to przecież chodzi. Drugi, kończony tekst był już łatwiejszy. Nie zdradzam o czym, bo niech jakaś niespodzianka zostanie.
Mam też nadzieję, że kasa będzie w miarę na czas – koło 5 stycznia. Bo, uwaga uwaga, moja mamusia zmniejsza mi dolę, którą na mnie co miesiąc przeznacza. Zgodnie z ustaleniami sprzed jakiś dwóch miesięcy, ograniczenie jest spore i powoduje, że z tych pieniędzy już mi nawet na czynsz i nie wystarczy. No cóż, jak żyć, taka karma.

Środa byłaby dniem opierdzielania się, gdyby nie to, że Wigilia. I to wczesna, bo przecież moja ciocia musi iść do pracy na noc. Zaczęliśmy koło 16 jakoś. Wcześniej w domu wymieniliśmy się prezentami pod choinką. Brat o mnie pomyślał, mama też. To miłe. Skromne, ale miłe. Prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że nie dostanę w tym roku ani jednego prezentu. Tak byłoby lepiej, coś czuję. Ale niech będzie, zwyczajowi stało się zadość. Ode mnie, oczywiście, też dostali. No i mama stała się, nareszcie, posiadaczką telefonu komórkowego. To o tyle znamienne, że z bratem dawno już chcieliśmy jej takowy dać, ale się opierała. W tym roku widać było, że jest na to gotowa i nadeszła ta pora i ten czas, żeby jednak otrzymała największy wynalazek ostatnich dekad XX wieku.
Sama Wigilia mijała dość szybko, wszyscy skupili się na jedzeniu pierogów i oglądaniu telewizji – z przerwami na opłatkowe dzielenie i wizytę wujka w roli świętego Mikołaja. Fakt faktem, że dzieciaki coraz starsze i nawet jeden z nich od razu rozpoznał, kto jest przebrany ale potem swoją pewność siebie stracił i uwierzył, że to jednak Mikołaj. Śmieszni są, jak tak recytują wierszyki i śpiewają piosenki lekko wystraszeni, ale jednocześnie zmobilizowani, by wypaść jak najlepiej. W tym roku też rodzice dzieci nie popełnili błędów dawnych i od razu większość prezentów zapakowali na samochody, żeby wszystko nowe nie zostało zepsute od razu w szaleńczych wyścigach, wojnach robotów i tym podobnych w czasie wieczerzy.
Najspokojniej do tego podchodziła dwutygodniowa Hania, która ogólnie ma wszystko gdzieś, śpi spokojnie, nie przeszkadzają jej hałasy i odgłosy rodzinne no a tylko od czasu do czasu potrzebuje coś zjeść. Ot, całe jej świętowanie. Prezenty dostała.

Pierwszy i drugi dzień Świąt nie różniły się zasadniczo. Pierwszego dnia ten sam skład odwiedził nasze mieszkanie, a drugiego – znów do cioci na wieś. O dziwo, ludzi przybywa, a jakoś się przy stole mieścimy wciąż. Udało mi się u nas wywalczyć nie-włączanie tv aż do 13:30, może nawet do 14, co uważam za osobisty sukces ale zarazem zawdzięczam płycie z kolędami Warszawianki, którą pani rektor sprezentowała wszystkim przybywającym na świąteczno-noworoczne spotkanie w poniedziałek. Dzięki temu, że to leciało, nikt nie wpadł na pomysł włączenia filmu czy innego gówna, które akurat nadawali. Gorzej było drugiego dnia, u cioci. Tam nie mam władzy nad pilotem.
Drugi dzień zresztą zakończył się też bardzo ciekawie. Ze wsi wracałam do siebie na – uwaga – skuterze. Oczywiście, nie ja byłam kierowcą, bo ja się na tym nie znam. Jechałam jako pasażerka, wtulona w kierowcę, którym był szczupły, wysoki 16latek. Możecie sobie wyobrazić :)
No, fakt, szesnastolatek to mój kuzyn i do tego – nawet gdyby nim nie był – nie w moim guście totalnie. Ale sama przejażdżka z dwa lata młodszym chłopcem jako sterującym tą maszyną to jednak warte odnotowania przeżycie ;)

Wieczorem drugiego dnia, zgodnie z „odwieczną” tradycją, wpadły do mnie Kaśka i Iwona. Aby tradycji stało się zadość, już w wejściu (spóźnione jedynie 1 dzień i 40 minut) poprosiły o te same co zwykle sałatki. Dostały do nich też – tradycyjnie – ciasto mojej produkcji. Wyjątkowo jednak nie mogły siedzieć w nieskończoność, bo umówione były z dwójką naszych znajomych z czasów szkolnych – inną Kaśką i Krzyśkiem. To akurat osoby, które znoszę i nawet momentami lubię, więc na takie spotkanie dałam się namówić. Ogarnęłam się szybko i poszliśmy.
Okazało się, że ich ulubiony miejski pub został zamknięty. Szukaliśmy więc czegoś innego. Były otwarte 3 dyskoteki (tak, dyskoteki – nie mylić z klubami), jeden fajny pub ale ponieważ nasza klasa licealna organizowała tam spotkanie „po latach”, to nie chciałam iść. Na miejscu okazało się, że na spotkanie przyszły 2 osoby i nawet sama inicjatorka i organizatorka olała to. Za to było mnóstwo znajomych twarzy, gęb i facjat. Ludzi, którzy mnie kojarzą z różnych tam moich działalności, różnych spraw z przeszłości. Dobrze, że nie było miejsca, bo nie chciałem tam zostać.
Wróciliśmy do domów.

Po drodze Kaśka opowiadała mi o szczegółach swoich ostatnich przygód seksualnych. Ponieważ powiedziała, że mam to napisać na blogu, to tylko wspomnę, że poza zabawami z biciem i krwią nie zaskoczyła mnie niczym nowym.

Oficjalnie też chciałem podziękować za większość życzeń świątecznych. Nie za wszystkie – nie dziękuję za te „wyślij do wielu” lub „wyślij do wszystkich” oraz za te, które mnie obrażały, nazywając mnie w sposób, który mi nie odpowiada.
A dzisiaj jadę z Polą do Szczecina na bauns :) Nie mam swoje karty VIP do Inferno, ale chyba jakoś sobie poradzimy ;)

Wypowiedz się! Skomentuj!