No jak trzeba, to trzeba. Obowiązek obowiązkiem jest, jak mówi piosenka. Czasu mam niewiele, nie dlatego, że jestem jakoś specjalnie zapracowana. Co to, to nie. Zdecydowanie nawet nie. Imprezuję sobie na całego, jak w wakacje należy.

Nareszcie czuję, że odpoczywam. W zasadzie zerowa ilość obowiązków pozwala mi całkowicie się odprężyć i nie myśleć o rzeczach-do-zrobienia. Co też nie do końca może jest słuszne, bo rzeczywiście z zaplanowanych na miesiące wakacyjne zadań wykonałem na razie bardzo niewielką część. To się zmieni. W przyszłym tygodniu mam zaplanowane pracowanie. Oczywiście, bez przesady. Nie kosztem totalnego odpuszczenia sobie imprez.

Po powrocie do Warszawy najtrudniejszą rzeczą było dojście do domu z ciężką torbą. Naprawdę ciężką. Michał przyjechał na Zachodni mnie odebrać, to miłe. Potem razem dotarliśmy na Ochotę i można było się rozpakować. Jednak trochę rzeczy z domu przywiozłam. W tym – najważniejsze – pyszny chlebek. Jedyny taki, nazywa się „Chleb 2000 z ziarnami”. Ja wiem, nazwa mało zachwycająca, ale za to wypiek pierwsza klasa. Zawsze gdy jestem w domu, bochenek chleba muszę do Warszawy przywieźć. Bo, co powtórzę po raz kolejny, tutaj dobrego chleba po prostu nie ma. I tyle.
Potem się szybko ogarnąłem i na spotkanie z Maćkiem zwanym Maćkiem z Mercer’sa pojechałam do Złotych. Dawno go nie widziałam, naprawdę dawno. Tym więc moja radość była większa. Zmienił fryzurę, wygląda jeszcze lepiej (tak, to możliwe!). Poza tym to wciąż ten sam Maciuś. Słodki do granic. Miło było go usłyszeć. Tym bardziej, że opowiadał o planach dość poważnych. Wyjazd poza Warszawę. Może Trójmiasto, może Łódź… No cóż, pewno to pierwsze, znając życie. Ale niech jedzie, niech się rozwija, niech daje radę. Długo nie siedzieliśmy sami, bo Damian.be do nas dołączył. Maciej go umówił z nami, o czym mnie poinformował na spotkaniu. Damiana zawsze dobrze widzieć, więc fajnie. Coś był na początku nie w sosie chyba, ale szybko mu się humor poprawił. No i chłopcy chyba się teraz oficjalnie spotykają. To znaczy w tym momencie, gdy to piszę – na pewno nie, bo Maciuś jest na obozie jakimś tam do 31 lipca. Ale ogólnie tak. No i, co się rzadko zdarza, można o tym oficjalnie mówić.
Nie siedzieliśmy długo w miejscu, poszliśmy dalej. W sensie, że na spacerek Krakowskim, bo ja jeszcze nie widziałem po remoncie zakończonym. Nie to, żebym codziennie tamtędy popierdalał na uczelnię. Ale jednak to inaczej, jak jest gotowe już. I rzeczywiście ludzi dużo.
Spacerek dla niektórych okazał się męczący, więc pod Zygmuntem odpoczywaliśmy chwilkę. Ja skupiałem się na jednym chłopcu, co na deskorolce jeździł. I marzyłem, żeby na mnie wjechał.
Nie wjechał.

Skoro o ładnych chłopcach mowa (jeszcze o nich będzie zaraz), to na MySpace zacząłem swoją akcję dodawania i wyszukiwania ślicznych chłopców. Z Polski, z zagranicy, nie ma znaczenia. Dodaję ich do znajomych (jeśli się zgadzają, oczywiście) i możecie ich sobie oglądać w kategorii „BB goes for beautiful boys” na mojej liście znajomych. Więc do dzieła. No i jeśli ktoś mnie jeszcze nie dodał do znajomych, to biegusiem ;)

Jako, że do Warszawy wróciłem w sobotę z rozmysłem, to się ogarnąłem w domu potem szybko i na imprezę trzeba było iść. Wpadłem najpierw do Piotrka na Ordynacką, pokazywał nowe mieszkanie. Damiana.be ze sobą zgarnęłam, żeby mi towarzyszył. Jako przyzwoitka, ma się rozumieć. On taki przyzwoity ;)
Do Piotrka wpadł jeszcze Tomek i w takim gronie siedzieliśmy chwilkę, gadając o bieżącościach. A potem mój wieczorny plan trzeba było wprowadzać w życie. Czyli? Toro! Taxi nas tam zawiozła, wstęp 15 zł. Skandal trochę, ale raz się żyje. Byłem, przyznaję, dość nietrzeźwy gdy tam wchodziliśmy. I chyba dobrze, bo na trzeźwo mogłoby być jeszcze gorzej. Ja wiem, że sam chciałem tam jechać, ale to właśnie dlatego, żeby doznać katarktycznego oczyszczenia właśnie. I udało się. Szybko otrzeźwiałem i widziałem co się tam dzieje. Nie powiem, poskakałam chwilę, ale raczej rekreacyjnie niż tak na poważnie. Długo tam nie wytrzymaliśmy i zaraz dupę w troki trzeba było zbierać.
Namówiłem chłopców na spacer, choć niezbyt im się chciało na Jasną iść. Ale ja wiedziałam, że otrzeźwieć nam trochę trzeba. I miałem rację. A na Pasażu Wiecha znaleźliśmy portfel jakiś porzucony. W nim kartę kredytową – Tomek ją wziął i zapowiedział, że do banku Millennium zwróci oraz legitymację szkolną chłopca. Którą ja wziąłem. Jakieś dwa dni później napisałem do niego na gronie (dobrze, że miał imię i nazwisko oraz datę urodzenia podaną) i czekam na odpowiedź. Nie logował się jeszcze.
Dalej, do Utopki. Znajomych sporo, ale widać, że lato. Jest tak… mniej serio. Ludzie totalnie nie ogarniają czasem. Niektórzy przesadzają. Nie będę palcem wskazywać, ale spanie na kanapie z powodu alkoholu lub odlotu po innych środkach odurzających to już niepokojące zjawisko. Jak się komuś raz przytrafi, spoko, wypadek przy pracy, błędy młodości, łorewa. Ale jak zdarzy się drugi, kolejny raz, to już niedobrze. Tak tylko ostrzegam – nie grożę, a raczej uprzedzam, że coś się może złego stać.
Damian.be w pewnym momencie poważnie się tym przejął. Ja mniej, wiadomo.
Potańczyłem sobie i tego potrzebowałem bardzo. Było miło, naprawdę. Nie było Hugo, co dało się słyszeć, ale jednak dali radę. Nawet mu kilka SMSów w tej sprawie wysłałam.
Wyszliśmy z U koło 6 jakoś. I grzecznie do domku. Prawidłowo.

Niedziela i poniedziałek były dość leniwymi dniami. Odpocząć trzeba było. Na czacie głównie, przyznaję się bez bicia. Znalazłem idealnego szesnastolatka. Coś genialnego. Maks z Żywca. Jest ideałem, jeśli idzie o fizyczność. Ja wiem, że zaraz powiecie, że mam pedofilskie zapędy. Bardziej jednak efebofilskie. On ma 16 lat. To legalny wiek. Poza tym, to tylko internetowa zabawa, bo przecież on myśli, że jestem 32letnią Olą z Koszalina. Jest idealnie śliczny. Mam jego (tak, nagie) zdjęcie na pulpicie w komputerze i prawie nagie w komórce. Zastanawiam się czy dla niego nie zmienić płci i ogólnie nie zostać jego żoną.
Jest idealny.
Wciąż jednak nie udało mi się zrealizować ostatecznie mojego planu, który wyznacza umownie datę śmierci Oli. Czyli namówienie Mateusza z Piły na użycie kamerki. To będzie moje ostatnie dzieło.
No i przyznam, że odkrywam międzynarodowość Skype’a ale i jednorodność zachowań ludzkich w sieci. Wszyscy zagadują do mnie jak mam „Skype Me” tryb włączony i chcą mi się pokazywać na kamerkach. Wiadomo po co, żeby se zwalić konia. No i się nieistniejącej Oli pokazują. Ostatnio, taki Francuz tureckiego chyba pochodzenia. Bardzo sympatyczny, bardzo szybki.

Do wtorku musiałem się ogarnąć. Rano – korki. Ledwo mi się udało wyrobić na 9. Tym bardziej, że jeśli danej nocy nie imprezuję, to biegam rano wkoło mojej okolicy. Niedużo, nadal jakieś 2 km tylko. Ale to tak dla relaksu i poprawy krążenia, a nie dla wyczynu.
Zajęcia wtorkowe wyjątkowo dobrze mi minęły. Czasem mnie męczą korki, które tyle trwają, ale nie tego dnia. Było okej. Potem ogarnianie się i po południu spotkanie z Sis. Złote Kutasy. Szybciutko stamtąd wyszliśmy i spacerkiem do Centrum. Sis opowiadała o wyjeździe nad morze, o rzuceniu chłopca, o kursie nurkowania, o takich tam. Miło było spotkać, zobaczyć, pogadać. Nawet jak tak krótko.
W drodze do centrum spotkaliśmy Pasywa. I razem poszliśmy pod Atlantic, bo tam się umówiłam z ludźmi. Wiadomo, Pasyw głodny i musiał coś zjeść. Arek Sebastian i Michał szybko się zjawili. Miał być jeszcze Kuba Duży, ale od samego początku wiedziałem, że się nie zjawi. I taką grupką poszliśmy do REDakcji Krytyki Politycznej na Klub Filmowy LGBT (el-dżi-bi-ti mówią a nie el-gie-be-te, nie wiem czemu). „Bułgarski kochanek” okazał się filmem średnim, ale nawet nawet. Jedna scena wyjątkowo dobra, fabuła może nie jakaś rozbudowana, choć też z drugiej strony fajnie pokazane różnice w postrzeganiu stosunków płciowych męsko-męskich w różnych kulturach. Bo to, że się czasem sypia z facetem nie oznacza od razu, że jest się pedałem. Dla mnie, jako – za przeproszeniem – socjologa, to rzeczywiście ciekawe. Choć też i wiedziałem o tym wcześniej ;) Niemniej, że wkracza to do sztuki, filmu, kultury, to ciekawe.
A potem odcinek sitcomu „Gimme! Gimme! Gimme!”. Ogólnie średni, ale końcówka bardzo udana.

Z filmu poszliśmy z Michałem do Reduty. Musiałem małe zakupki zrobić. Przy okazji zjadłem obiad w McD. Dawno tam nie byłem a tego dnia naprawdę wyjątkowo mało zjadłem.
Wieczorem – Discrete. Najpierw umówiliśmy się z Pasywem i poszliśmy na Pocztę główną. Musiałem wysłać pamięć RAM, którą obiecałem wysłać w sobotę. Poszło dość szybko, bo wszyscy stoją na sali głównej, a w salce bocznej prawie ludzi nie było. Trzy minutki i po sprawie. Tak powinno być!
I do Discrete. Listy oficjalnie nie ma, ale oczywiście dla VIPów jest ;) Więc byłam na niej.
Ludzi ciuteczkę mniej, ale za to nadal estetycznie bardzo. No i sami znajomi, dosłownie. Pomijając cioty (Davidek Śliczny, Tomek, Gacek, Pasyw, Mihał, Damian.be z Patrykiem, Robert nawet z Kasią, Paweł Od Kaktusa, Grzesiu…) była Dorota z TVN Meteo, koleżanki Mihała a nawet Moni i Gosia ode mnie z socjologii się zjawiły. No i Nina. Ogólnie, znajomo. Bo, że grali May One i AngelKiss, to wiadomo. Więc też znajomi.
Dobrze się bawiłem, przyznaję. Nie było megagorąco, tylko gorąco. Ludzie estetyczni bardzo, fajnie. Ładnie. Prawidłowo. Ale jednak przed 2 stwierdziłem, że do domu chcę. Nocnym z Michałem wróciliśmy. I nocny po drodze zaliczyliśmy.
Miało nie być nic, ale się nie dało. Poszaleliśmy w nocy. A w środę znów… No co? Wakacje!

Dzisiaj do Łodzi jadę. Będzie pewno się działo, więc się zmobilizowałem do napisania bloga. Jakby ktoś w Łodzi był i chciał się zobaczyć ze mną, to w sobotę będę w Narraganset i pewno w Cocoo i Rezydencji. Szukajcie a znajdziecie.

[E]

Wypowiedz się! Skomentuj!