Powiedzmy sobie szczerze, cała ta sytuacja przestaje mi się podobać. Ja wiem, że ciotki-zazdrośniczki na GayLife twierdzą, że ja to wszystko robię sama i dla autolansu, ale zapewniam, że nie. Co więcej, wczoraj powiedziałem już Michałowi, że sprawa się wymknęła spod jakiejkolwiek kontroli i nie skończy się dobrze. Cokolwiek miałoby to znaczyć. A znajomi moi wiedzą, jak rzadko ja mówię, że coś się nie skończy dobrze. Tym razem tak będzie na pewno. O ile bowiem Forum Frondy było zabawne i jego czytanie mogło mnie nawet momentami bawić, tak od momentu, w którym pojawia się informacja na Wikipedii i na Pardon, to mi się nie podoba.
Napisałam już do Pardon z prośbą o usunięcie zdjęcia, bo narusza ono moje prawo do ochrony wizerunku. W sieci coraz więcej informacji o mnie, coraz bardziej staje się to nadmuchane. A nikt nie zapyta co tak naprawdę ja o tym sądzę. Jakie jest moje zdanie. Wszyscy opierają się na tym, co kto gdzie kiedyś napisał. Jasne, to też ważne źródło, ale jeszcze nikt mnie oficjalnie nie zapytał. I cieszy mnie w sumie, że hasło z Wikipedii zniknie. Naprawdę. Bo nie koniecznie widzę potrzebę bycia w takiej encyklopedii. Może kiedyś, jasne, chętnie. Ale nie teraz. Nie w tej sytuacji. Nie w tym kontekście. Tym bardziej, że w haśle błędy są.

W weekend w Utopii było tak samo. Co kto nie podejdzie, to mnie o stypendium pyta. Nawet poznawałem w piątek Olę, dziewczynę Moondeckowej i ona stwierdziła, że tak, że kojarzy – i jak tam sprawa stypendium?
No więc żeby już nie trzeba było pytać i żebym ja nie musiała udawać zaskoczonej tym pytaniem: ze stypendium bez zmian. Centrum Myśli Jana Pawła II nie kontaktowało się ze mną w tej sprawie, bo i nie widzę powodu, by się miało kontaktować. Stypendium na rok akademicki 2007/2008 zostało mi przyznane i co miesiąc otrzymuję je na konto. Nie wyobrażam sobie, by miało być inaczej. I po raz pięćsetny-któryś powtarzam, że będę składać papiery w tym roku akademickim i znów starać się będę o stypendium miasta stołecznego Warszawy im. Jana Pawła II. Nie ingerując w kompetencje i wierząc w mądrość Komisji Stypendialnej, jestem przekonana, że zostanie mi owe stypendium przyznane.
A co, jeśli nie? Teraz się o to nie martwię.

Oczywiście, pojawiają się zarzuty dotyczące tego, że widocznie nie jestem taki biedny, skoro po klubach się szlajam albo też, że jeśli rzeczywiście jest mi stypendium potrzebne, to nie pasuję do lansiarskiej i drogiej Utopii. Otóż, drodzy zgromadzeni, jestem biedny. Potwierdzam to, że spełniam regulaminowy wymóg niskiego dochodu na osobę w rodzinie, który stawia Centrum podczas przyznawania stypendium.
Jasne, być może oznacza to, że nie pasuję do Jasnej 1. Ale jednak jest coś innego, niż pieniądze, co sprawia, że jestem tam mile widzianym gościem VIP. Gdybym miał odczytać co to jest – to, cytując trochę GayLife, trochę Pardon – to wydaje mi się, że fakt, że jestem postrzegany jako osoba „kolorowa”. Cokolwiek miałoby to znaczyć.
A ja cieszę się, że mogę się bawić przy świetnej muzyce, w miłym towarzystwie, wśród kulturalnych ludzi o otwartych umysłach. No, poza wyjątkami, oczywiście, jak pan w sobotę, który widząc mnie w VIP-toalecie westchnął „dziecko, kiedy ty przestaniesz sukienki zakładać”. Oczywiście, na takie chamskie pytania od obcych osób nie odpowiadam. Bo to moje życie, moje sukienki. Miłe, że nazwał mnie dzieckiem, prawda?

Młodo wyglądam, najwyraźniej. Nawet pani w Carrefourze ostatnio mnie znów o dowód pytała jak kupowałam Smirnoff Ice czarny. Ewidentnie, odmładzam się. Może to przez to, że ostatnio dzięki balsamom się trochę opalam? Nie wiem sama. Ale wiem, że karnacja mi ciemnieje. Nie wiedziałem, że to jest aż tak mocne. Dzisiaj rano lekko sobie w jednym miejscu przesadziłem i już mam ciutkę ciemniejszy znak palca na ramieniu odbity :)

Młodo też się czuję. W piątek umówiłam się z Damianem.be na imprezowanie. Chciałem iść do HotLa. Się rozpadało koło północy, więc taxi wziąłem i go po drodze zgarnąłem. W HotLu – posucha. Straszna wręcz, bo tylko jedna sala otwarta, ludzi jak na lekarstwo. Muzycznie dość dziwnie. Spoko nawet, ale nadal dziwnie.
Nie wytrzymaliśmy zbyt długo i za moją namową, przeszliśmy do Cinnamonu. Tam – tak samo. Ludzi brak, totalnie. Jedynym plusem była pani w długiej kwiecistej sukni, co wywijała zabawnie z panem łysym. Byli uroczy, a pani na maksa mi się spodobała. W sensie, że taka babcia na luzie trochę. Ale nie myślcie sobie, że taka ot, zwykła babcia. Babcia gibka, zwinna i giętka. Dawała radę. DJ też. Najpierw pitu-puitu, ale chyba się zorientował, że przy takiej frekwencji takim ambitnym royal-housem nie zdziała zbyt wiele. Więc w pewnym momencie: dojebał. Na maksa. Rzutem na taśmę udało mu się część ludzi ruszyć. Było spoko muzycznie, ale pusto strasznie.
Cóż było robić… Do Utopii czas. Pan taxi powiedział, że nas zawiezie za 20 zł. Skandal.

W Utopce, miło. Ludzi nie za wiele, ale się zlecieli, jak zawsze. To jest jednak plus. Na mieście pusto, nudno, szaro, deszczowo – a w U zawsze radość, róż, dobra muzyka i szał. Grał hugo, więc ja zadowolony oczywiście. On mniej chyba, bo woli house’owo. Zresztą pod koniec poszedł w tę stronę i pomiatał nami na parkiecie.
Imprezę spędziłem, zasadniczo, z Damianem.be i zasadniczo w VIPie. Bo tak musiałem. Oczywiście, przegapiłem przez to bycie naocznym świadkiem tego, co się między Pasywem i Piotrkiem wydarzyło. W sensie, że pijany Damian rzucił się na pijanego Piotrka i chciał go bić. Ponoć Piotrek go wyprowadził na kanapy przy wejściu. Rozmawiali, czy coś tam. Potem Damian jeszcze się na niego raz rzucić chciał, ale go powstrzymano.
Potem kucał w korytarzu otoczony wianuszkiem pijanych znajomych. Wszyscy stali dokoła, blokując mu dopływ świeżego powietrza, dotykając i mówiąc „wszystko będzie dobrze”. Jakby to akurat w tej chwili było mu najbardziej potrzebne. I wszyscy patrzą na mnie ze wzrokiem i słowami na ustach: no, zrób coś. Ale co ja mam zrobić. Pijany, zmęczony, rozemocjonowany, osłabiony, mdlejący Damian. Przecież zmuszać go nie będę, jest dorosły, za swoje czyny sam odpowiada. Przy wyjściu pijana koleżanka zaczęła mi się wtrącać w to, co ja robię. I że nie powinienem takim tonem do Damiana mówić i że w ogóle źle. Więc pytam czy się nim zajmie. To ona, że tak. Więc mówię, że idę. To nie, jednak ona się nie zajmie. Denerwują mnie (1) kobiety, (2) pijani ludzie. Wystarczającym wkurwem dla mnie było zachowanie i stan Damiana, a jeszcze ci dookoła mi się wtrącają. Wysłałem Damiana z jego kolegą z pracy i jego siostrą do domu. Nie będę w szczegółach opowiadać ile mnie to trudu kosztowało.

Sam wróciłem do dalszej zabawy. To jest klub. Zapamiętajcie, kurwa, wszyscy. W klubie się nie rozmawia. A na pewno nie na poważne tematy. W klubie się bawimy. Skaczemy, tańczymy, pijemy, śmiejemy się. Cokolwiek, byle nie rozmawianie na życiowe tematy i podejmowanie decyzji decydujących o naszym jestestwie.
Tak ja traktuję niemal wszystkie rozmowy, które ktokolwiek – zwłaszcza pod wpływem alkoholu – rozpoczyna ze mną w takich miejscach. Nie ten czas, nie to otoczenie, nie ta sytuacja.

Królowa tej nocy, żartując z Tadeuszem z całej „sytuacji stypendialnej” stwierdziła, że otrzymywana przeze mnie kwota nie jest duża (to akurat wiem) i że sama mogłaby takie stypendium dawać. Jasne, to żart, ale jednak miło mieć świadomość, że nie tylko ja mam takie podejście do zamieszania. Prawda jest taka, że teraz – choćby to było i 5 zł stypendium miesięcznie, to dla zasady nie mogę odpuścić.
Zabawa trwa mimo wszystko. Show must go on. Po tym, jak daliśmy barowi utopijnemu z Damianem.be zarobić trochę, wyszliśmy pobawić się przy didżejce. Hugo miał dość, chciał nas wygonić, ale my się nie daliśmy. Bawiliśmy się dalej. Tym bardziej, że pod sam koniec imprezy jakieś objawienie nas naszło. Zjawił się taki śliczny młodzieniaszek. No, ale cudo po prostu. Więc jak tu iść w takiej sytuacji. Skończyło się na tym, że zostaliśmy na parkiecie w jakieś 4 osoby, a obiecałam hugo, że po bootlegu „Pjanoo” i „Bad habit” idę do domu. No i się stało. Wylądowaliśmy w McDonald’s.
Śniadanie i do domów spać.

To była pierwsza od bardzo wielu miesięcy sobota, gdy nie musiałem nic zrobić „na już”. Więc bezstresowo długo spałem. Obudziłem się i… stwierdziłam, że mogę iść spać dalej. Co też się stało. Niestety, bo potem aż mnie trochę od spania głowa bolała.
Ogarnąłem się, załatwiłem co trzeba i powoli wieczór się zbliżał.
No i impreza-niespodzianka dla Macieja Bieacz i Damiana Pasywa. To właśnie jej dotyczyło spotkanie, o którym nie mogłem napisać w poprzedniej blotce. Niczym w dobrym amerykańskim serialu, postanowiliśmy zaskoczyć ich takim przyjęciem malutki. Właściwie to Jurek wymyślił a ja tylko pomogłam nieznacznie. Macieja wygoniliśmy z domu, Damian Pasyw wiedział o tym, ale myślał, że to tylko dla Maćka ta impreza. Siedzieli u mnie wieczorem, ja się ubierałem a w tym czasie na Marinę przybywali znajomi. Kuba Duży i Jędrek, po których specjalnie do centrum Jurek podjechał, nie zjawili się. Także Ewa, Daniel ze swoim chłopcem, Kejt z Pepe, Kacper i Robert z Bemowa, którzy potwierdzili swoje przybycie, wypięli się na nich. W sensie, że olali ich ciepłym moczem.
Przybyli za to Piotrek, Kuba 69, Sis, Jarek z Karolkiem, Michał, no i Jurek oczywiście. Specjalnie na tę okoliczność przygotowaliśmy małą zabawę. Na małych karteczkach wszyscy mieli napisać życzenia dla solenizantów i potem te karteczki umieścić w nadmuchanych balonach. Maciej Bieacz i Pasyw, żeby je przeczytać, musieli balony poprzebijać. Mam nadzieję, że im się podobało. I że tort przez Jurka załatwiony, smakował.

Szybko jednak się zbierać musieliśmy z Piotrkiem i Kubą 69 na kolejne urodziny. Do Adriana, który zaprosił nas do nowego klubu Taboo przy Kredytowej na koncert Mosquitoo i Mmikimausa. Wpadliśmy tam, klub ładny. Dobrze zrobiony, choć całego nie oglądałem. Daliśmy Adrianowi prezenty, pobawiliśmy się. Dobrze grali, Mosquitoo nawet dawało radę. Szkoda, że ludzi mało. No i, jak można było przewidzieć, gapili się na mnie. Łorewa, w sumie.
Po jakimś czasie wyszliśmy i przeszliśmy się Kredytową i Jasną do Utopii. Impreza trwała już na całego. Wszyscy czekali na Katherine Ellis. Ta, zjawiła się, jak należy. Przekiczowatowiona, cudowna, z dystansem do siebie, zabawna, nawiązująca kontakt z publicznością. Z ZAJEBISTYM głosem. Trzeba to podkreślić, że ona naprawdę potrafi śpiewać. Chętnie improwizuje, coś podśpiewuje, a capella wykonuje. Super, jestem pod megawrażeniem. Tym bardziej, że to nie stara cycata murzynka, tylko biała czterdziestokilkulatka. Była świetna. Koncert udany, nawet chwilę poskakałem pod sceną. Zazwyczaj tego nie robię, ale tym razem – z chęcią i radością. Zresztą Katherine mnie zauważyła i publicznie moje rękawiczki z KDT chwaliła. Słodko. Potem, po koncercie, w VIProomie pogadaliśmy chwileczkę. Ale jestem pełen podziwu dla niej, bo właściwie nic nie piła, na pewno niczego nie brała. Czysta jak łza, profesjonalna w pełni. To się nie zdarza tak powszechnie.
No i nie mówię już o tym, że śpiewała prawie godzinę, a miała mniej początkowo.

Oczywiście, nie samym koncertem żyje człowiek. Bawiłam się dobrze poza nim także. Dobrze grali. Moondeckowa się zjawiła i dawała czadu wyraźnie. Ludzie siedzieli tłumnie. Poprosił mnie Adrian o wprowadzenie dwu młodowyglądających znajomych. Piotr się uparł, że dowody muszą pokazać. Nie lubię takich sytuacji i zgodziłam się dlatego, że Adrian miał te urodziny nieszczęsne. No, i jak się potem okazało, słusznie. Bo to dwaj nastolatkowie śliczni – z czego jeden okazał się być tym słodkim z piątkowej kocówki imprezy. Więc czego chcieć więcej. Teraz jest pretekst, żeby chłopców Ciocia przygarnęła.
I nie lubię jak się do mnie mówi inaczej niż Ciocia albo Jej albo Perfekcyjna/Perfekcja/Perfekcyjność. Po prostu nie lubię.

Za to lubię odważnych chłopców, jak Oktawian. Farbowany umięśniony blondynek, co podszedł i się przedstawił. Że już dawno chciał, ale nie miał odwagi i że tym razem się już zdecydował. Poznał więc mnie, a ja, z troską objęłam jego twarz ręką i powiedziałam: „Lubię takich ślicznych chłopców, jak Ty”. I bawiliśmy się już dalej. On z nami, bo moi chłopcy szybko go ogarnęli. Zwłaszcza Damian.be.
Zresztą, Damian.be jak Damian.be, ale za to Kuba69 nie oszczędzał się nic a nic. Zajął się jakimś panem nieznanym nam bliżej, ale dziś już wiadomym – śjakimś z Agory czy coś. Łorewa, niech się bawią!

Wyszedłem dość wcześnie, bo jakoś po 6, a ludzi było jeszcze od groma. Ale z racji tego, że już o 4 robi się jasno powoli, to nie lubię ryzykować wracania w sukience zbyt późno do domu. I tak spotkaliśmy pana na klatce w majtkach i koszulce z papierosem w ręku. Przeszliśmy spokojnie i do domku spać.

Niedziela nie była już tak spokojna, jeśli idzie o ilość snu. Bo zaproszono mnie na VIPowską Herbatkę U Tadka (VIP HUT). Odmówić nie wypada, tym bardziej, że towarzystwo miłe. Poza gospodarzem i mną – hugo z Perełką. No więc na 17 się zjawiłam. Przesympatycznie było. Spokojnie, wspominaliśmy minioną noc. A ja powiem szczerze, że mnie nadal nosiło i na imprezę z chęcią bym poszła trzecią noc z rzędu. Ale nie ma gdzie.
Nie za bardzo mogę pisać o tym, co się na VIP HUT działo. Wiadomo, mamy swoje sprawy różne. Niemniej, cieszę się, że tak jakoś mnie darzą pewnym zaufaniem, że przy mnie rozmawiają o takich drażliwych też sprawach.
Szybko ze spotkania do domu biegłem, bo tam od kilku minut Pasyw czekał. Chciał pracę poprawić ale mu nie wyszło. Okazało się, że nie miał owego licencjatu nigdzie w sieci a z domu nie wziął… Czyli dupa blada. Za to miał bimber. No i Marcinek Młody wpadł.
Posiedział krótko, ale jak zawsze mi humor poprawił. Także swoim po prostu dobrze-wyglądaniem. Jak poszedł, przyjechała pizza. I „Little Britain Abroad”, bo Pasyw nie widział nigdy. Obejrzeliśmy, wypiliśmy, zjedliśmy i spać. Ku uciesze wszystkich – on na łóżku, ja na ziemi. Zadowoleni?

Dzisiaj byłem u promotor na konsultacji. Jest dobrze. Zaznaczyła mi dwa fragmenty w zakończeniu jako superważne i superdobre. To miłe. Niemniej, pojawiła się pewna wątpliwość formalna później… na razie nie chcę krakać, bo jutro ma się wyjaśnić. Będzie dobrze, mam nadzieję.
Ze wszystkim.

Wypowiedz się! Skomentuj!