Ciężko jest pisać bloga w pociągu. Nie chodzi o to, że to laptop Kuby 69, a on jest uzależniony i nie wytrzymuje za długo bez możliwości korzystania z Internetu. Uzależniony, jak ja. Ale że wiedziałam, że on weźmie komputer (jako dyrektor firmy zajmującej się działalnością internetową), więc swojego nie targałam. Chodzi jeszcze o to, że nie jestem na swoim komputerze i nie mam swoich notatek i wszystkiego, co normalnie pozwala mi odtworzyć przebieg mojego życia. Nie jest źle. Tylko za gorąco trochę, ale to po kolei…

Wtorek, co się działo we wtorek? Przede wszystkim, dostałam się na specjalizację Redagowanie Magazynów Kolorowych. No, cudownie. Wszyscy chętni się dostali, pani ucieszona, że są jacyś chłopcy w grupie. Miała na myśli mnie i taką przegiętą ciotkę z aparatem na zębach. Zresztą nie tylko na zębach, bo on zajmuje się także fotografowaniem gwiazd do magazynów kolorowych i w jakiejś „Gali” czy czymś innym tam pracuje. Łorewa. Wszystkie te specjalizacje są, za przeproszeniem, chuja warte. Trzy godziny w tygodniu mają dać mi możliwość poznania „tajników zawodu dziennikarza”. A pani obiecała, że może nam nawet załatwić staże w gazetach. Wow, to takie fascynujące… Obawiam się, że mogę się zesrać ze szczęścia. A spotkanie zaczęła od pytania co wiemy na jej temat. Ciota wiedziała wszystko.

Miałam też tego dnia mieć egzamin. Ostatecznie nie udało mi się czasowo wyrobić, ale z panią promotor o pracy porozmawiałam chwilkę. Chociaż tyle. Najgorsze, że miałam jeszcze posiedzenie Komisji Dydaktycznej – bardzo poważnie spotkanie, na którym mowa była o nowym dyrektorze ds. studenckich na socjologii. Dla mnie to lajcik, bo już tutaj studentem nie będę, ale ogólnie zamieszanie.
Właśnie, a propos nie bycia studentem – nastraszyli mnie, że nie wiadomo czy jest formalna możliwość zakończenia studiów przed czasem… W sensie, że pojawiła się wątpliwość, że całe moje niemal dwuletnie starania o to, żeby program wyrobić wcześniej a zwłaszcza tegoroczny zapierdol mogły pójść na marne. Na szczęście, po dwóch dniach okazało się, że istnieje odpowiednia uchwała Rady Naukowej Instytutu i nie będzie źle. Skończę rok wcześniej i nie będę musiała płacić za studia na V roku. Niech żyje nam!

Poszedłem też na egzamin z angielskiego. Ustny w sensie. Boże, co się naczekałam. Na szczęście nie tyle, co inni przede mną. Bo niektórzy od 14:00 już do 16:30. Skandal. Egzamin prosty. Musiałam opowiadać o coraz większej popularności teatrów na West Endzie czy coś tam. Duperele. Pani i pan powiedzieli mi, że dostaję za ustną część maksymalną ilość punktów, ale z powodu braków w pisemnym egzaminie mogą mi dać 4,5 maksymalnie. Łorewa, może być.
Wieczorem w domu poprawiałam magisterkę. To już duperele, ostatnie szczegóły. Pani słusznie zauważyła, że nie mogę użyć sformułowania „tak naprawdę”. Dorobiłam oficjalnie pierwsze trzy strony wymagane na UW i praca właściwie gotowa.

Wieczór minął w atmosferze miłej, ale najgorsze, że nie miałam czasu jakoś się do Senatu środowego przygotować. Więc o 9 byłam na uczelni jakoś, bo najpierw egzamin pisemny z socjologii religii. Dałam radę. W sensie, że dzisiaj wiem już, że zdane. Ale Senat za to się burzliwie zapowiadał. Uchwalenie budżetu UW. Dotychczasowy podział środków a raczej sposób jego dokonywania nie spodobał się komisji finansowej i budżetowej, więc proponują zmiany. Ogólnie, po raz pierwszy od dawna, komisje bez ani jednego głosu na TAK negatywnie zaopiniowały projekt budżetu. Zapowiadała się ostra chryja. No i rzeczywiście łagodnie nie było, chociaż nie tak źle, jak się spodziewałam. Jeszcze dla studentów jedna ważna sprawa – zatwierdzenie zmian w regulaminie samorządowym. Odrzucili nam jedną poprawkę jako niezgodną ze statutem, ale pozostałe przeszły. Najgorsze było to, że akurat na tej dyskusji musiałam wyjść na egzaminy. Zaliczone oba ustne u promotor na 5. Jeden lekko naciągany, ale poza tym spoko.
Oczywiście, jak zwykle po senacie byłam na tyle zmęczona, że nie miałam siły na nic już. Znów poprawki w pracy, chyba ostatnie już i jazda, jazda.
Boże, nie pamiętam co ja robiłam wieczorem. Naprawdę, aż mi wstyd. A że nie mam tutaj jak tego sprawdzić, to ni chuja, nie wiem. Pewno, znając mnie, na czacie jako Ola siedziałam. A potem spałam czy coś tam. Łorewa. Mam wakacje, mogę się opierdalać.

Czwartek zaczął się ciężko. Korepetycje od 9 rano. Nie ma letko, kurwa. Nie było, na szczęście, tak źle i wytrwałam jakoś, ale przyznaję, że dwie godziny tak rano nie są łatwe.
Po korkach musiałam wyskoczyć na uczelnię, żeby usłyszeć, że jednak mogę zdawać egzamin dyplomowy teraz i że zaliczą mi piąty rok studiów i że ogólnie jestem fajny i wszystko jest na tak.
Wieczorem zaś z Damianem.be zaliczyłam Kinotekę. Tutaj napomknę tylko, że Marcin Młody miał iść najpierw, ale pracować musi. Więc Damianka.bez z radością gościłam. Film nawet fajny, jakby ktoś chciał obejrzeć, to można. Chłopiec niebrzydki, fabuła okej, ciekawy pomysł na całość, taki lekko Freudowski. Seks z kobietą przypominającą mamę, seks z macochą, podglądanie ojca. Spoko.
Wieczorem Pasyw do mnie wpadł. Poprawiał pracę licencjacką. To już drugi raz w tym tygodniu, na miłość boską. Jak tak dalej będzie poprawiał, to w alkoholizm wpadnę. Na szczęście jednak tym razem udało mu się nawet coś-tam zrobić. Szkoda tylko, że wszystko poszło na marne i nie oddał na czas pracy w sobotę. Ale o tym zaraz.

Nie pamiętam, co w piątek w ciągu dnia robiłam. Wydaje mi się, że znów byłam na uczelni po coś-tam. Wpisy jakieś. A, no i wręczałam nagrodę w konkursie jejperfekcyjnosc.blox.pl. Okazało się, że ten co wygrał, to znajomy Pawła od Kaktusa. I że czyta mnie dlatego, że właśnie jakoś tam Paweł mu powiedział czy coś. Spoko. Dostał wejściówki na koncert, ucieszył się. Miłe to.
Byłem w Zarządzie głównym. Gdzie nadal nie ma dla mnie listu z ministerstwa. Kurwa, ileż można. Ale ponoć już tuż-tuż będzie w moich rękach. To ważna przesyłka przecież dla mnie!

Do wieczora jakoś się ogarniałam a potem wpadli do mnie Tomeczek i Marcinek Młody. Tomeczek z Łodzi przyjechał w ramach niespodzianki dla Damiana Pasywa i Macieja Bieacz na ich imprezę urodzinową. Marcinek także na tę imprezę szedł, ale nie wiedział czy ma iść ze mną czy z kimś innym. Stwierdził, że ze mną. To miłe, choć wydaje mi się, że nie tylko większa chęć pojawienia się tam w towarzystwie cioci niż w towarzystwie kogoś innego zadecydowała o tym. Łorewa, nie będę się w to wdawać. Ważne, że miałam radość w postaci obcowania z nim, prawda?
Jeśli idzie o samą imprezę urodzinową. Co było do przewidzenia, to że ludzie się wolno schodzili. W sensie, że o 21 to chyba nikogo nie było, ale potem powoli jakoś się zjawiali. No i że sporo ludzi przyszło, to fakt. Nie podobało mi się to, że nie wszyscy zostali mi przedstawieni. Przez co ludzie stali w kilku grupkach i sobie rozmawiali bez interakcji międzygrupowych. To niefajne. Za to ogólnie imprezę oceniam pozytywnie. Tym bardziej, że potem lekka rozpierdówa była i mimo tego, że muzyczka cicho grała, to jednak policja dwa razy była. Chyba skończyło się pozytywnie – mandatu nie było, ale jednak widać, że sąsiedzi nie są najlepsi. No i warto zaznaczyć, że dobre jedzenie, dużo picia, fajnie. Ja piłam wodę z kranu. Ale pojawili się też i tacy, co lekko z alkoholem przesadzili. Poszło kilka szklanek. Potem Ewa postanowiła oblać swoim drinkiem Mikołaja i Daszka i na ścianie i białej wykładzinie w sypialni zostały piękne plamy. Dobrze. Maciejowi potrzebna była taka impreza. Niech zobaczy jak to jest, niech poczuje sam raz taki ciężar. Uważam, że wyszło dobrze. Potem już nawet mniej się przejmowałam tym, co się dzieje, bo ludzie byli nie do opanowania. Więc lekko interweniowałam żeby szybko wychodzili, ale nie szło coś im to.

Około 2 się do U przeniosłam. Musiałam jakąś kobietę chyba wprowadzać czy coś. Dałam radę, ma się rozumieć. A potem było całkiem sympatycznie. Dość szybko Halina Frąckowiak zaśpiewała. I muszę przyznać, że całkiem fajny koncert. Przeboje, sympatycznie. Szkoda tylko, że nie słychać jej było jak cichutko coś tam sobie mówiła i że nie wszyscy byli otwarci na ten koncert. Ale łorewa, to ich strata. Występ udany, wart chyba zachodu. Krótki, to fakt, ale też i nie ma czasu ani miejsca na dłuższe – to raz, a inna rzecz, że ona nie zwykła śpiewać o tej porze – to dwa.
Damian.be i Tomeczek ścigali się kto pierwszy ogarnie i pozna takiego 17letniego Pawełka. Ja mogłam pomóc oczywiście, bo to mój znajomy (w sensie, że wdzięczny mi za wprowadzenie tydzień temu). Damian.be się ogarnął. Poznał. No, miło :)
Ogólnie znajomi szaleli z alkoholem. Daszek, o którym pisać mi nie wolno, dość pijany i napalony, jak widać było. Gacek pijany i niekontaktujący (ale się potem ogarnął i wylądował w łóżku z jednym mężczyzną). Czyli no ogólnie, krejzi najt. Ja raczej spokojnie, bo wiedziałam co mnie czeka. O 6 Tomeczka odstawiłam na Dworcu Centralnym i pognałam do domu. Strasznie miły pan taxi, naprawdę. Ja w sukieneczce sobie popierdalałam a on z całą sympatią, co nie jest jednak normą. A, i zapomniałam dodać, że jak do taxi wsiadaliśmy, to na Jasnej jacyś panowie dogonili innego pana, powalili na ziemię, skopali, spryskali gazem… A dalej nie wiem, bo pojechaliśmy.

Spać to zbytnio nie spałam. Przecież musiałam wstać o 10, żeby na 12 być na UW po wpisy jakieś tam. Tzn. nie jakieś tam w sumie, bo mam swoją pierwszą 5+ na zakończenie kursu na studiach. Jestem fajna.
Wróciłem do domu szybko, bo o 14:30 pociąg ruszał ze stacji Warszawa Centralna. Niewiele rzeczy wzięłam, bo i nie ma co brać, prawda?
Wyjazd do Wrocławia na jedną krejzi najt. Dobrze, że znalazł się jakiś młodzieniec (18latek), który sam wyczaił, że Jej Perfekcyjności przyda się przewodnik we Wrocławiu. Zagadał kilka dni wcześniej, umówiliśmy się i spoko.
Ostatecznie Piotrek nie jechał, bo ledwo wrócił do domu z nocy. Zamiast niego z Pasywem, Kubą 69 i ze mną jechał Grzegorz. Bo Kuba 69 i Grzegorz znów są razem, jakby ktoś nie wiedział.
Podróż do Wrocławia strasznie się nam ciągnęła. Ale to potwornie, naprawdę.
Na miejscu szybko odstawiliśmy rzeczy w biurze należącym do Kuby 69 i zahaczyliśmy o centrum handlowe. Bo musiałam sobie róż kupić, bo dawno mi się skończył a bez niego nie ma tak fajnie. Ileż oni mogą jeść? Naprawdę dużo przez nich w ten wyjazd zjadłem.
Młody z koleżanką dotarli do nas po 22. Spoko. Ogarnialiśmy się jakiś czas, oni pili alkohol i po 23 wyszliśmy do Orthopedii.

Teraz część, na którą czekają wszyscy. Jak było na imprezie we wrocławskim gejowskim klubie. No więc było naprawdę fajnie. Spoko. Klub dość ciemny w ciekawym wnętrzu zrobiony. Dwa bary. Spory parkiet. Dużo, dużo dymu z dmuchawy. Niezłe światła, ale bez szału. No i DJ, który ostro sobie z nami poczynał. Mieszał znane komercyjne house’y z mniej znanymi, nawet lekko electro rzeczami. Spoko, wiadomo. Ludzi dużo, przyznaję, choć po 23 już spora część była lekko pijana. To dziwne jak dla nas, przyznaję.

Muzycznie  było więc jako tako. Inaczej, ale spoko. Do wytrzymania. Ważne, że nie zwalniał tempa. To taka dyskoteka w sensie dużego dość masowego klubu. Masowość polega m.in. też na tym, że mało ładnych ludzi. Naprawdę mało. W sumie przez całą noc może ze 3 ładnych chłopców wypatrzyłam. No i średnia wieku dla mnie niezadowalająca. Chłopcy podzielali mój pogląd.
Chociaż wyszaleć się można było, przyznaję. Damianowi się podarły spodnie, my sponiewierani i spoceni wychodziliśmy co chwilę odpocząć. Jacyś starsi panowie się koło nas kręcili, bo świeży towar byliśmy. Spoko. Damian nawet jakoś symulował, że tańczy z jednym chłopcem, ale mam wrażenie, że tylko tak dla ściemy to robił, bylebym tylko napisała o tym na blogu. Nie bez powodu zresztą. Łorewa.

Zapomniałem, że mBank ma przerwę do 4:30 i dobrze, że Kuba mnie trochę uratował gotówką za Burna. Chłopcy więc grzecznie się bawili. Ja też. Nasz przewodnik po Wrocławiu Szymon mniej grzecznie, bo popił sobie :) Ale spoko, może przecież, nie?

Wyszliśmy z klubu koło… 6? Nie, chyba wcześniej jakoś. Bo jeszcze w rynek poszliśmy. Tak się mówi: w rynek. Kupiliśmy kebaba, picie i zaraz do biura wróciliśmy. Sen nie trwał długo, choć i tak nie było źle. Jakieś 4 godzinki to sporo przecież. I potem bez kąpieli, bez jakiegoś szczególnego skrępowania – do pociągu.
Gdzie teraz jedziemy. W ten sposób klamrę kompozycyjną czynię.

Tym, co poza klamrę wykroczy jest to, że Kuba 69 wciąż nie chce mnie zatrudnić. Skandal. Jestem jego dobrym PRowcem, HRowcem i do tego asystentką. Skandal, naprawdę.
Jak dobrze pójdzie, będę miała dyplom magistra już w czwartek. Wszystko zależy od recenzenta – czy się wyrobi. Boże, dziwnie. W piątek do Łodzi jadę. Kto jeszcze z nami chce jechać? A w sobotę Antoine Clamaran. Będzie bardzo krejzi. Wciąż nie wiem czy nie będę musiała zostać w lipcu i robić wakacyjnego kursu językowego na UW, żeby lektorat zaliczyć. Oby nie.

Wypowiedz się! Skomentuj!