Przywilej młodej (*) osoby z klasy średniej zniekształca mój obraz świata. Sprawia, że odbierana przeze mnie rzeczywistość ogranicza się głównie do moich zmartwień albo serwuje mi naiwne rozwiązania wobec cierpień innych. Są też chwile, kiedy ta bariera poznawcza upada, a ja, dostrzegając paradoks swojego życia i otaczających mnie realiów, nie wiem, co robić.

Patryk Sierpowski
*…białej, odbieranej jako męskiej, pełnosprawnej, polskiej, żyjącej w niezagrożonym wojną środkowoeuropejskim kraju etc.

Wtorek, atak bronią chemiczną, Khan Shaykhun, północno-wschodnia Syria. Liczby nic nie mówią. Zrozumienie ułatwią nagrania – leżące na ziemi, duszące się osoby, rozebrane, polewane wodą. Dorośli, dzieci. Skazani_e na męki, których zapewne nigdy nie poznam. Ocalone_ni tracą najbliższych (co to znaczy?), odnajdują ich ciała. Co dalej?

Widok zdawałoby się częsty na Bliskim Wschodzie. Gdyby miał miejsce jeszcze dalej, zapewne niewielu_e by o nim usłyszało. Czy coś zmienił? Kilka dni po masakrze widać większe zainteresowanie, osoby powracają do tematu, słyszą o atakach USA. Obserwują pole bitwy, widzą poległych, jakiś zniekształcony obraz już na początku pozbawiony realności, z czasem przykrywany toną bliższych im zmartwień.

Rawicz, starsza kobieta, płacąca fryzjerce za ułożenie włosów, lakonicznie zamykająca sytuację w słowach: „Pani, ale się na tym świecie wyrabia”. Znajoma – wyciszenie na wspomnienie o ataku, potem szybki powrót do trosk polskich licealistów_tek. Rzut oka na stojącego obok agresywnego chłopaka, plującego we wszystkie strony jadem na mitycznych „ciapatych”, „muslimów”, jak sądzę pozbawionego jakiejkolwiek refleksji.  Cała gama osób o różnych wrażliwościach, odmiennych ekspresjach.

Gdzieś w tle jestem ja, równie odległy od cierpień i przeżyć osób z Syrii. Wstrząśnięty tylko tym, co do mnie dociera. Dotknięty tym, co jestem sobie w stanie wyobrazić i jak bardzo mogę wczuć się w tamtą tragedię. Dystans zmniejszyły u mnie dwie sytuacje. Jedna wynika z drugiej, a wszystkie opierają się dodatkowo na specyfice mojej psychiki.

Uczucia, targające mną podczas relacji z Khan Shaykhun, widok tych wszystkich osób, wzrastająca wściekłość na świat za to, że to one leżą tam, agonalnie walcząc o ostatni oddech. Nie znam tamtych ludzi. Mój świat wydają się dzielić miliony kilometrów od tego typu wydarzeń, ale przeżycie tych uczuć zmniejszyło dystans na tyle, żebym dostrzegł paradoks tego, co mnie otacza. Wtorkowa masakra była dla mnie punktem kulminacyjnym, coś we mnie pękło i spowodowało emocjonalny wybuch.

Do syryjskiej tragedii zbliża mnie nie tylko obraz i wzbudzone na jego podstawie emocje. Niedawno poznałem dwóch nastoletnich chłopaków. Są kuzynami, mówią płynnie w czterech językach, myślą o studiowaniu prawa lub medycyny. Niezwykle pozytywni, otwarci, bardzo dojrzali jak na swój wiek. Przebywając w ich towarzystwie, siedząc z nimi na kanapie, miałem wrażenie, że jesteśmy z tego samego świata, że dzieli nas tylko tamto kilka centymetrów.

Przepaść odkryłem, gdy poznałem szczegóły ich życia. Jeszcze dwa lata temu mieszkali na północy Syrii. Obrazy, które wiązałem z tamtym miejscem, dla nich były rzeczywistym przeżyciem, a raczej tragedią („Kiedy widzisz to, co się tam dzieje, nie będziesz już taki sam. Nie możesz być”). ISIS zabiło im wujków, grożono im zaciągnięciem do wojska, jeśli nie zapłaciliby olbrzymiego haraczu. Do Niemiec uciekli z rodzinami przez Amerykę Południową. Mieli olbrzymie szczęście.

Głos i wyraz twarzy jednego z nich, kiedy opowiadał o wszystkim, był dla mnie jak uderzenie w twarz. Jak słuszne spoliczkowanie prawdą kogoś, kto, choć ma większą świadomość niż tak zwany „ogół”, tak naprawdę nie wie zupełnie nic. Nic nie rozumie. Za naszą polityczną jednomyślnością stały zupełnie inne doświadczenia. Ja nie musiałem patrzeć na śmierć bliskich, nie przeżyłem ucieczki z ogarniętego wojną kraju. Widok uchodźców_czyń wędrujących przez Europę znam tylko z mediów. W końcu, żaden prymityw nie nazywa mnie „ciapatą świnią”, powszechnie nie uważa się mnie za społeczny odpad. Nie muszę budować całej mojej przyszłości (społecznej, zawodowej) na piasku. Nie grozi mi deportacja, pobicie za ciemniejszy kolor skóry. Nie zostawiłem wspomnień, bliskich i osób, z którymi w jakiś sposób jestem związany w miejscu, gdzie w każdej chwili grozi im śmierć, a na ratunek nie ma żadnych perspektyw.

Nie do zniesienia była dla mnie świadomość, że ja po wszystkim spokojnie wrócę do swojego życia, a oni będą trwali z przeżyciami z Syrii. Właściwie, nie trwali, lecz działali, pracowali i rozwijali się. Własną, intensywną pracę uważają bowiem za jedyną szansę na zmianę. Nie wierzą w międzynarodową pomoc czy możliwości poprawy sytuacji w najbliższym czasie. Jedyne, co im pozostało, to budowanie w Europie fundamentu dla tych, którzy_re uciekają lub uciec nie mogą.

Zdezorientowanie, które oni mogą odczuwać, tysiąckrotnie przerasta to, która od pewnego czasu trapi mnie samego. Zestawienie dwóch światów (europejskiego i bliskowschodniego), dwóch zupełnie różnych doświadczeń może wywoływać emocje o różnym natężeniu i choć te, które przeżywam ja, wydają się być syntetyczne, to dystansują mnie od wszystkich trosk mojej rzeczywistości, znajomych czy też własnych zmartwień.

Kłótnie o to, która organizacja pierwsza doniosła mediom o pewnym problemie, tęczowa flaga oblana keczupem, wybory na Gay Mistera, nadchodząca matura czy problemy z chłopakiem – zmartwienia są względne, nieracjonalnie byłoby porzucać je ze względu na to, że ktoś ma gorzej, zwłaszcza że zajęcie się nimi często nie wyklucza troski o (choćby) sytuację w Syrii. Ale to, co czuję, kiedy patrzę na nie, wzbogacony o nowe przeżycia, zasługuje tylko na chwycenie się za głowę i krzyknięcie: Zróbmy coś z tym wreszcie!

Jak pomóc Syrii?

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone
BRACIA S – wyobraźmy sobie, że dwie osoby, które mają krytyczny stosunek do otaczającej ich rzeczywistości, zaczynają działać społecznie. Pójdźmy dalej - niech te dwie osoby będą parą osiemnastolatków. Żeby lekko podkolorować, będą nimi bracia bliźniacy. Niech mają na imię Patryk i Mateusz. A co, jeśli to wszystko okaże się prawdą? Poznajcie Braci S i ich punkt widzenia.