W tę sobotę wybrałem się do teatru. Usiadłem na najwyższym balkonie, skąd doskonale widziałem całą scenę, ale też widownię. Tego dnia przyszło więcej osób niż zwykle. Wszystkie one tłoczyły się w przejściach, próbując zająć najlepsze miejsca. Tak – poszedłem na pasterkę.

Mateusz Sierpowski

Osoby opatulone były płaszczami z norek czy lisów, w najlepszych butach, dokładnie wypolerowanych specjalnie na tę okazję. Większą część swojej uwagi poświęciły wytężaniu wzroku. Chciały dojrzeć wieczorową kreację sąsiadki z drugiego piętra, nową kurtkę pana z monopolowego czy obecność dwóch, osobliwie wyglądających braci. Obserwowały jakąś chwilę, odwracały się do swoich towarzyszek_szy i skrupulatnie omawiały swoje spostrzeżenia. Uspokoił ich dopiero dźwięk organów, oddanych niedawno do restauracji. Żmudnie tłoczone w piszczałki powietrze wypełniło całą przestrzeń dźwiękami dość opornie wygrywanej kolędy. Słychać było, że organiście niemały problem sprawia posługiwanie się tym kunsztownym instrumentem. Dźwięk skrzypiec, mimo pierwotnych zamierzeń, również nie wzbogacił utworu – udekorował go jedynie częstym nietrafianiem w dźwięk.

Z zakrystii wydobył się korowód młodych chłopców ubranych w białe sutanny, zwieńczony idącymi w zwartej grupie księżmi. Wszyscy oni z dość niemrawymi minami, w ogólnym szumie śpiewanej właśnie pieśni, przemierzyli cały kościół i zwrócili się w stronę ołtarza. Tam zaskakująco dokładnie zsynchronizowanymi ruchami kłaniali się i rozchodzili się w różne strony, zajmując konkretne punkty w prezbiterium. Troska o perfekcję odgrywanej sceny zmusiła niektórych z ministrantów do nerwowego komunikowania się między sobą i odbywanych raz na jakiś czas energicznych wędrówek do wnętrza zakrystii i z powrotem. Forma zdominowała istotę wydarzenia. Trudno było dostrzec głębię duchową oraz pełne doświadczenie religijnego uniesienia w tych organizacyjnym harmidrze. Zaryzykuję i stwierdzę nawet, że wcale go tam nie było. W końcu byłem w teatrze – całą energię poświęca się tutaj na bezbłędne odegranie sceny. To jest priorytet wszystkich tutejszych aktorów. Reszta się nie liczy.

Dalszy rozwój akcji przyniósł kilka ciekawych osobliwości. Potężny żłobek stojący pod ołtarzem, wzbogacony powtykanymi tu i ówdzie poisencjami, w swoim centralnym punkcie miał kupkę sianka. W niej proboszcz na początku mszy umieścił figurkę niemowlęcia. Ta właśnie figurka, kupiona prawdopodobnie za jakieś dziesięć czy piętnaście złotych na pobliskim targowisku, stała się obiektem zainteresowania całej widowni. Proboszcz w pewnym momencie podszedł do żłóbka, wziął ją do ręki i z niespotykaną nigdzie teatralnością uniósł ponad głowę. Zwracając się w każdą stronę, prezentował ten idealny odlew wszystkim obecnym. Miał chyba nadzieję, że perfekcja wykonania albo coś podobnego zachwyci nawet najmniej zainteresowanych_ne. A może nadał temu kawałkowi plastiku spryskanemu farbą jakiejś sakralnej wartości i w tym momencie obdarzał obecne_nych jego świętą mocą? Nie wiem.

Również czytanie fragmentu „Ewangelii” dostarczyło mi ciekawych spostrzeżeń. Najświętsza księga chrześcijaństwa, główne źródło wiedzy, ale też duchowego oparcia nie wzbudziła głębszych przeżyć wśród odbiorczyń_ców. Większość z pustym wzrokiem wpatrywała się w płomienie świec, uginające się pod przepływającym raz w jedną, raz w drugą stronę powietrzem. Ewentualnie kontynuowała swoje początkowe obserwacje, zauważając coraz to nowych_e znajomych_me. Nawet jeden z księży nie czuł silnej potrzeby wsłuchiwania się w słowa Pana. Bardziej zajmowało go rozglądanie się po całym kościele w poszukiwaniu coraz to nowych obiektów, którym mógłby się przyglądać. W pewnym momencie zatrzymał wzrok nawet na mnie. Przypomniał sobie pewnie sytuację z naszej szkoły, kiedy złapał mnie na korytarzu i pogroził sądem za obrażanie papieża. To wydało mu się chyba bardziej interesujące, niż historia narodzin Jezusa.

Kazanie było tego dnia jednak bardzo inspirujące. Obdarzony wielkim talentem literackim, aczkolwiek przemawiający dość sennym głosem proboszcz, mówił o istocie świąt Bożego Narodzenia. O miłości, którą Bóg zesłał na ziemię razem z narodzinami swego syna. Miłości pomagającej nam przetrwać w trudnych sytuacjach. Dodającej siły w konfrontacji z życiowymi troskami. Miłości, która powinna nauczyć nas podawać rękę drugiej osobie. Bez względu na to, kim ta druga osoba jest. Przekonywał, że warto wznieść się poza kreowane każdego dnia mury, szczególnie te polityczne, i obdarzyć każdą osobę, która stanie na naszej drodze, równym szacunkiem i dobrocią. Proboszcz mówił o potrzebie zjednoczenia – bardzo zacna idea. Słuchał jej, z idealnie złożonymi dłońmi, uczeń mojej szkoły. Dokładnie ten sam, który każdego dnia rzuca islamo- czy ksenofobiczne komentarze i który nie raz wykrzykiwał w moim kierunku nienawistne hasła.

Ukoronowaniem nocnego spektaklu była komunia rozdawana przez kilku mężczyzn w towarzystwie pomagających im ministrantów. Większość z nich unosiła opłatki z zauważalnym zmęczeniem na twarzy. Część była widocznie znudzona. Jeden natomiast, trzymając w dłoni ciało swego Pana, przybierał wyraz typowego podwórkowego agresora, którego lepiej omijać szerokim łukiem. Osobom, które trupim marszem zmierzały w jego kierunku, nie robiło to chyba jednak większej różnicy.

Pewnie możliwie jest doświadczenie duchowego uwznioślenia w murach katolickiej świątyni. Nie mogę temu zaprzeczyć. Do mnie dociera jednak tylko bogato obudowana otoczka, skrzętnie wzbogacona różnymi detalami. Piękna forma pusta w środku. Dlatego też lubię raz na jakiś czas odwiedzić to miejsce. Naprawdę kocham teatr.

*Wszystkie opisane wydarzenia miały w rzeczywistości w jednym z rawickich kościołów.

BRACIA S – wyobraźmy sobie, że dwie osoby, które mają krytyczny stosunek do otaczającej ich rzeczywistości, zaczynają działać społecznie. Pójdźmy dalej - niech te dwie osoby będą parą osiemnastolatków. Żeby lekko podkolorować, będą nimi bracia bliźniacy. Niech mają na imię Patryk i Mateusz. A co, jeśli to wszystko okaże się prawdą? Poznajcie Braci S i ich punkt widzenia.