Żadna z poprzednich czterech płyt Gagi nie trafiła do mnie w stu procentach. Miałem z Gagą problem: była bardziej medialnym zjawiskiem, niż wokalistką.

lady-gaga-joanneZawsze o wiele bardziej ceniłem np. Katy Perry czy Ke$hę. Jej kariera zbudowała się – w moim odczuciu – na kostiumach, klipach i skandalach a gdzieś tam zawsze brakowało tego, żeby muzyka sama się broniła.

[Pedalskie Ucho swoje, a Jej Perfekcyjność swoje: przeczytaj recenzję „Perfect Illusion”!]

Nie chodzi też o to, że odmawiam jej talentu. Oczywiście, że wiem, że ma głos jak dzwon i to bardzo utalentowana laska. Po prostu miałem wrażenie, że to trochę muzyka dla ośmiolatków robiona przez ośmiolatków. Tutaj dajmy w bicie trochę pam pam pam, tutaj powtórzmy w refrenie frazę dwadzieścia razy, tutaj zróbmy mostek na powtarzaniu jednej sylaby. Co zawsze było plusem artystki to fakt, że za każdym razem wypuszczała na pierwszy singiel coś, co było megaświeże– takie było i „Just Dance”, i „Bad Romance” (osobiście mój ulubiony singiel Gagi! Pamięta ktoś występ z brytyjskiego „X Factora” w wannie?!), i „Born This Way”, i „Applause”. Za każdym razem było wow, fajnie to brzmi! Potem przychodziła cała płyta i już – niestety – nie było tak różowo.

Kilka dni temu na rynku, po trzech latach oczekiwania, pojawiła się „Joanne” – piąta studyjna płyta piosenkarki. Od momentu wydania, przesłuchałem album kilkanaście, jeśli nawet nie kilkadziesiąt (!) razy. Główny wniosek? Jest dość oczywisty dla każdego, kto wsłucha się w tę płytę i porówna ją do poprzednich dokonań.

W końcu, pierwszy raz nagrała płytę, która od pierwszych dźwięków dowodzi, że nie jest nastawiona na robienie hajsu, tylko na dowiedzenie tego, że Gaga jest MUZYKIEM. Przy pomocy Marka Ronsona, z którym współpracowała przy produkcji niemal wszystkich utworów na „Joanne”, udało się jej skompletować taki zestaw piosenek, który jest megaspójny i gdzie żaden kawałek nie odstaje jakością od reszty. Tak, jak pisałem recenzując ostatnią płytę Britney, że nie jest to ani płyta pełna oczywistych singli do radia, ani wielkich klubowych bangerów do klubu, tak samo jest tutaj. Także jeśli wśród czytających ten tekst są tacy, którzy liczą na to, że mamy tu potencjalne hity na parkiet do Glamu w stylu „LoveGame” czy „Judas”, to muszę was zasmucić.

Żeby też nie popadać w skrajność i nie pomyśleć, że „skoro nie jest do tańca, do pewnie jest płakania” – oczywiście nie jest to też album balladowy. Choć i takie się tu znajdą. Jedną z najpiękniejszych ballad, jakie słyszałem w tym roku, jest pierwszy promocyjny singiel „Joanne”, czyli „Million Reasons”. „Ive got a hundred million reasons to walk away, but baby I just one, good one, to stay” – jakże prosty przekaz, a jak chwyta za serce.

Co ciekawe, „Perfect Illusion” wcale nie oddaje całości brzmienia albumu. Sama Gaga przyznała, że to jej decyzja, żeby puścić tę piosenkę jako pierwszą. I faktycznie – to prawdopodobnie najbardziej chwytliwy numer na płycie. Idealne połączenie wpadającego w ucho nośnego refrenu oraz zapowiedź zmiany kierunku, który teraz postanowiła obrać. Pamiętam dzień, w którym wyszedł ten singiel: spotykam się z kolegą wieczorem na imprezę i pytam się „I jak tam podoba ci się nowa Gaga?” i słyszę „No fajna, ale trochę fałszuje chyba w tym kawałku?”. I wydaje mi się właśnie takie było zamierzenie – ukazanie tego, że teraz nie będzie to perfekcyjnie dopracowany pop, tylko trochę „brudny”, ze zdrową dawką przestrzeni na artystyczne szaleństwo.

Moim największym faworytem natomiast jest lekko broadwayowe „Come to Mama”. Soulowy, pozytywny numer inspirujący się stylem doo-wop z bardzo mocno zarysowaną linią melodyczną trąbki oraz świetnym refrenem. Bo co trzeba oddać tej płycie, to fakt, że nigdy tak mocno i wyraziście nie brzmiał wokal Gagi. Ostatni refren w tej piosence naprawdę powoduje ciary – widzę szaleństwo zarówno artystki, jak i fanów podczas koncertów z tym kawałkiem. Miazga.

„A-YO” jest ciekawym flirtem artystki z muzyką country oraz mocno podkreśloną gitarą. Efektem jest emanujący pewnością siebie numer, który Gaga podobno wybrała na oficjalny drugi singiel z longplay’a.

Poprzez oddalenie się od stylistyki, która tak długo się sprawdzała, nie da się uniknąć tego, że wielu osobom ta odsłona Gagi nie do końca przypadnie części fanów do gustu. Mnie się właśnie to podoba: zrobiła coś, czego większość się nie spodziewa i wyszła poza swoją komfortową strefę bezpieczeństwa. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest album, który spodobałby się naszym rodzicom: ze względu na wielki ukłon w stronę prawdziwych instrumentów i zaczerpnięcie inspiracji ze stylów, które w obecnych czasach już tak popularne nie są (blues, jazz).

I oto widać jakie wspaniałe albumy powstają kiedy artyści przestają AŻ TAK przejmować się tym, jak album poradzi sobie komercyjnie, a stawiają na to, co im gra w sercu. W tym roku takie albumy dostaliśmy m.in. od Rihanny, Beyonce, Franka Oceana czy Solange. Do kategorii tych rewelacyjnych albumów spokojnie można dołożyć „Joanne”. Well done, Gaga.

[Filip Borowiak]

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone
PEDALSKIE UCHO – łyk kultury. Nie koniecznie tej wysokiej. Muzyczne refleksje geja, który się zna. Skąd się zna? Ano stąd, że żyje muzyką od zawsze. Otwartość na nowe brzmienia, muzyczne niespodzianki, szalone zwroty akcji - to wszystko sprawia, że współczesna muzyka nie ma dla mnie tajemnic. Teraz będę się dzielić swoimi przemyśleniami z Wami.