Piątek wieczorem, otwarcie nowego lokalu w krakowskim zagłębiu gastronomiczno-kulturowym. Knajpa piękna – esencja najlepszego designu lat 80., koktajle – pyszne, orgazm na języku (w cenie jednego szota w modnych i oczywiście przereklamowanych klubach stołecznych) – warszawiacy mdleli widząc jak dużo przepłacają w swoim mateczniku. Jeśli po tych dwóch, przesadnie rozbudowanych, zdaniach myślisz, że trafiłeś na reklamę/recenzję ów baru – jesteś w błędzie.

Spędy ludzi – jedni kochają, inni nienawidzą. Z każdym trzeba się przywitać, pochwalić sukienkę, zapytać co słychać i zakończyć formułkę czymś w stylu: „Jak się cieszę, że wszystko u Ciebie świetnie”. Większość osób, które całują Cię po policzkach, to tacy pseudo-znajomi. Ktoś Was kiedyś sobie przedstawił na jakiejś imprezie, o i tak zostało, że się witacie, bo twarze jakoś zapadły w pamięci. Prawda jest taka, że te osoby mają w dupie co u Ciebie słychać, bo gdybyś umarł, nawet by tego nie zauważyły. Nie znacie się, kojarzysz tylko twarz, a w najlepszym wypadku dodatkowo imię. Więc już wiemy od czego należy rozpocząć bale. Od marnowania czasu na powitania.

W końcu nadchodzi moment, kiedy cały rój się już wycałuje, wyściska, obwącha i wtedy zaczynają się prawdziwe problemy. Lud krąży. Wcześniej też krążył, ale przynajmniej obierał sobie punkty – „O! Z tym jeszcze się nie witałem, tej nie pocałowałem”. Najzabawniejsze w tym jest to, że z chwilą zadania pytania „Co słychać?” osoba pytająca olewa odpowiedź rozmówcy i zaczyna krążyć wzrokiem po sali szukając kolejnych koleżanek, psiapsiółek, jak zwał, tak zwał. I nagle bomba. Roztwór się nasycił. Algorytm się nie sprawdza wyskakuje komunikat o błędzie krytycznym. Nie ma dostępnych punktów do obrania. Ludzie się zawieszają. A to krążą bez ładu dookoła szukając chuj-wie-czego, a to stają na środku przejścia i myślą o niebieskich migdałach, większość rusza na parkiet poudawać, że mają poczucie rytmu i koordynację ruchową. Lud w tłumie głupieje.

Najgorszą plagą są jednak Ci, którzy na siłę próbują się integrować. Swobodne elektrony robiące co w ich mocy, aby tylko się do kogoś podczepić, nawet wbrew woli akceptora. Przyłączy się, to się nie odczepi. Mówisz, że idziesz na zewnątrz zapalić, a ta cholera, mimo że nie pali, choćby było -30 stopni Celsjusza i tak potowarzyszy. Idziesz się wysrać – papier Ci będzie odrywać. Koszmar. Lata taka zjawa, ni to straszne, ni to śmieszne, napewno męczące.

No i rozmowy. Usiądą dwie Glorie, na oko czterdziestki, przy barze, jedna dupa, krzesła dwa, sączą to modżajto i dyskutują jak to je nogi bolą, skurcze w łydkach, woda w kolanie… A mnie już korci, żeby wrzasnąć – „Halina! Po pierwsze, sio mi z tą dupą na jedno krzesło, bo kolejka do baru przed lokalem się już ustawia; po drugie zrzuć to sadło, to może będzie się łatwiej chodzić, a po trzecie – nie masz o czym rozmawiać? Chcesz się upić na smutno, to do domu.”. Albo heterycy. To jest gatunek, który do knajp powinien być wpuszczany tylko na smyczy i w kagańcu. Podchmielone chłopaczki erekcji nie osiągną, ale ciśnienie rośnie. I się zaczyna po kilku głębszych obczajanie dziewczynek. Te najebane, też już tylko taniec i wirujący seks im w głowie. No to jeden podpity Sebek podbije na parkiecie do Andżeli, a jej również podpity (jak się niestety później okazuje) chłopak Brajan wkurwiony, że „Jak to tak? Andżela chodź no tu! A Ty, cwelu jebany, wypierdalaj od mojej dziewczyny.”. No i teraz armagedon, bo Sebek twierdzi „Ja nie jestem, kurwa, żadnym cwelem, pedale.”, Brajanek odpowiada prawym prostym, a Andżela nie wie co robić – płakać, czy zachwycać się jakiego to ma walecznego rycerza, gotowego zostać wyjebanym z imprezy w walce o dobre imię rodu.

I weź tu żyj z tymi ludźmi. Lepiej butlę wina w domu obalić. Do lusterka.

* Pomimo, że początkowo miał to być poważny tekst z cyklu tych moralizatorskich – o samotności w tłumie i płytkości relacji międzyludzkich, jednak autor w trakcie procesu twórczego stwierdził, że jesień jest złą porą na smutną formę. 

[Krakowski Spleen]

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone
KRAKOWSKI SPLEEN – perspektywa pozawarszawska i może tym cenniejsza właśnie. Analiza zwyczajów, zachowań i typowych dla Krakowa sytuacji. Obserwacja gejowskiego życia w mieście spowitym smogiem. Spotkasz tu małych chłopców, prężących pośladki przy barze w Coconie w oczekiwaniu na drinka od starszego dżentelmena. Usłyszysz również o dużych chłopcach - szukających szybkiego seksu pośród ubrudzonych przeróżnymi wydzielinami, walających się rolek papieru i stłuczonych butelek. Kraków wita!