marsz Kraków 2016Jak już wiecie z relacji JP – udało jej się wyciągnąć mnie na największy w Stołecznym Królewskim Mieście Krakowie marsz dewiantów i zboczeńców. Przynajmniej tak mówili łysi panowie obok. Po nim odbyły się dwie imprezy. Niestety – ja byłem chory, JP zaczęła właśnie miesiąc bez alkoholu, więc… poszliśmy na obie. A jak było?

 

Marsz Równości

Za co kocham polskie marsze, parady i pochody? Za to, że potrafimy się wpisać w kontekst społeczny. Że idziemy przez miasto przekazując miłość podaną w przystępnej formie – pokazujemy się jako normalni obywatele i obywatelki. Dajemy ludziom jak na tacy geja, jako chłopaka z sąsiedztwa, gościa którego mijamy rano w sklepie i który siedzi obok nas w tramwaju. Wiemy, że na pióra w dupie (choć Marta Konarzewska może to w tym roku zmienić), panów przebranych za psy idących na smyczy przy nodze swych Panów w skórach i lateksach, a także nagie lesbijki robiące salta i szpagaty przyjdzie jeszcze czas. Oczywiście – jestem za wprowadzaniem elementów queerowości, zapraszaniem Drag Queen i Drag Kings, ale znaj proporcjum, Mocium Panie. Kocham to, że młodzi narodowcy idą skandować przed tłumem „seksualnych degeneratów”, a krzyczą do matek z dziećmi, studentów i kroczących z wolna staruszków. I w tym zderzeniu swastyki z tęczą dostrzegam piękno i widzę naszą wyższość.

Krakowski Marsz, mimo słabej pogody, był piękny. Ludzie świetnie się bawili idąc w rytmie wybijanym przez bębny i nawołując do miłości i równości. Nieliczne kontrmanifestacje z (brzydkimi i nijakimi jak niosący je ludzie) flagami ONRu na tle tysiąca osób dzierżących gigantyczną, tęczową płachtę, wyglądały wręcz komicznie.

Cocon

Po pierwszej w nocy ruszyliśmy do gejowskiej Mekki – Coconu. Jak część z Was wie, od dłuższego czasu mam problem z tym miejscem. Nie chodzi nawet o to, że mi się przejadło (a raczej przepiło) i znudziło. Nie. Czuję się tam zwyczajnie źle. Na wejściu humor psuje mi słynna selekcjonerka, o minie kota z zatwardzeniem, która nie potrafi nawet odpowiedzieć na serdeczne i szczere „cześć” okraszone uśmiechem. Przez nią żałuję, że nie dorobiłem się jeszcze karty klubowej, bo konieczność zapłacenia jej haraczu wyprowadza mnie z równowagi. Oczywiście – jest dobra w tym co robi i powinna wynieść się do Warszawy i stać przed jakimś dobrym klubem, gdzie rzeczywiście selekcjonuje się gości i tam pasowałaby świetnie. Ale w miejscu, po którym latają pijane pedały i ich krzyczące przyjaciółki, gdzie ludzie mają takie stylówki, że czasami zastanawiam się, czy się śmiać, czy zapłakać nad nimi – nie pasuje ani trochę.

Cocon popełnia też inny błąd, jakim jest dbałość o stałego klienta, a właściwie jej brak. Nie mówię oczywiście o Baranku – skarbie tego klubu i najlepszej (jedynej?) wizytówce klubu, jeśli chodzi o zasoby ludzkie. Okazuje się, że mimo pięknych działań, jak wspieranie organizacji LGBT* i zapraszanie edukatorów z zakresu bezpiecznego seksu i bezpiecznej zabawy, nie ma tam krakowskiej duszy – komercja i kapitalizm zwyciężają. Jednak nadal jest to jeden z najlepszych klubów LGBT* w Polsce, a możliwość spotkania i porozmawiania z Januszem Marchwińskim dodaje mu uroku i czyni unikatowym. Na koniec nowość – można w końcu płacić kartą.

Ciemnia

Wybiła czwarta – czas wsiadać w Ubera i jechać do Ciemni. Miejsce w którym już od wejścia przekonuję się, że każde słowo, które napisałem akapit wyżej jest prawdą. Tu czuję przyjaźń i szacunek do stałego klienta. Od wejścia witają mnie uśmiechnięte twarze, z którymi aż chce się zamienić chociaż słowo. Ciemnia to niesamowite miejsce, które przeszło wiele transformacji (i nadal się zmienia) dostosowując się do zaleceń i próśb swoich klientów – i w tym jest jej siła. Nie kojarzy się już z cruise klubem, a fajną muzyką, świetną atmosferą i wolnością. Oczywiście – darkroomy zostały i nadal są wykorzystywane, w tym do ich pierwotnych celów. Ale czy komuś to przeszkadza? Jeśli chcemy wolności, dajmy ją innym. JP porównała Ciemniuszę do Glamiku. Z jej ust to pewnie komplement. Ja Ciemni nigdy tak nie skrzywdzę – uwielbiam ją zbyt mocno. A pobyt w Krakowie bez wizyty tam, to pobyt stracony. Więc do zobaczenia, spotkamy się oczywiście na Krowoderskiej 31. Przez sześć.

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone
KRAKOWSKI SPLEEN – perspektywa pozawarszawska i może tym cenniejsza właśnie. Analiza zwyczajów, zachowań i typowych dla Krakowa sytuacji. Obserwacja gejowskiego życia w mieście spowitym smogiem. Spotkasz tu małych chłopców, prężących pośladki przy barze w Coconie w oczekiwaniu na drinka od starszego dżentelmena. Usłyszysz również o dużych chłopcach - szukających szybkiego seksu pośród ubrudzonych przeróżnymi wydzielinami, walających się rolek papieru i stłuczonych butelek. Kraków wita!