Rozmowy Jej Perfekcyjności

Po czterech latach posłowania Anna Grodzka obraca swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Zostaje dziennikarką, buduję platformę solidarności społecznej i sprawiła sobie psa.

Anna Grodzka (fot. Andrzej Stawiński/Fundacja Wolontariat Równości)
Anna Grodzka (fot. Andrzej Stawiński/Fundacja Wolontariat Równości)

Ania, jak zawsze uśmiechnięta, czeka na mnie w jednej z warszawskich kawiarni. Siedzi pochylona nad komórką ale wydaje się jakby spokojniejsza niż wówczas, gdy rozmawiałam z nią dłużej kilka tygodni temu. Widać, że koniec pracy w Sejmie przyniósł jej spokój i skupienie na nowych wyzwaniach. Z torby wystaje jej nowoczesny profesjonalny radiowy dyktafon z mikrofonem, który wyciąga na początku naszej rozmowy. Właśnie go kupiła, więc chce przetestować podczas wywiadu. Prosto z naszego spotkania biegnie zobaczyć się ze Stowarzyszeniem Miłość Nie Wyklucza, które przekonywać będzie do swoich nowych pomysłów.

* * *

Jej Perfekcyjność: Zakończyłaś właśnie ważny etap w swoim życiu. Powiedz, jak się z tym czujesz?
Anna Grodzka: W tego typu momentach emocje są zawsze mieszane. Zresztą chyba generalnie tak jest, że rzadko czujemy tylko jedną emocję – no, może poza momentami jakiegoś szczytowania. Z jednej strony jest to ulga, że już może nie będę musiała być tyle w mediach, kończy się to bicie głową o ścianę. Z drugiej strony – z osobistego punktu widzenia – co dalej z moją przyszłością. Ale jest i nadzieja, bo przecież jak jedno się kończy, to zawsze się drugie zaczyna. Pakiet mieszanych uczuć: nadziei, żalu, rozczarowania, sympatycznych wspomnień, złych wspomnień…

JP: Czy dużo jest takich wspomnień z okresu sejmowego – rzeczy, które może działy się w kuluarach albo w hotelu sejmowym – o których nigdy nikomu nie powiesz?
AG: Wiesz co, zupełnie nie… Te ostatnie lata sprawiały, że wszystko, co robiłam, było publiczne. Sfery prywatnej w zasadzie w ogóle w życiu nie miałam – byłam skupiona na pracy i na swoich zadaniach. Nie chciałam, nie miałam zamiaru i nie robiłam niczego, co nie mogłoby być jawne.

JP: Czy pierwszy raz poczułaś się w ten sposób?
AG: To uczucie towarzyszy mi w zasadzie od momentu, gdy ujawniłam swoją tożsamość płciową i zaczęłam funkcjonować jako kobieta. Opadły wszystkie maski. Nie musiałam już zakładać kostiumów, udawać kogoś, kim nie jestem. Od tej pory w dupie mam maski. Wiadomo, że nie mówię publicznie o wszystkim ale nie mam w zasadzie nic do ukrycia. Mogę być sobą.

JP: A co jeśli idzie o innych posłów, inne posłanki? Czy jakieś ich tajemnice zabierzesz ze sobą?
AG: Mówiłam kiedyś o swoim zdziwieniu, że w barze „za kratą” w hotelu sejmowym ludzie dopiero zaczynają być sobą. Przestają ich obowiązywać instrukcje partyjne, wysyłane SMSami, czy też generalnie podziały partyjne. To było dla mnie początkowo szokiem – pamiętasz zresztą, jak mówiłam podczas naszego wyjścia na drinka w tym miejscu: jest w Sejmie taka przestrzeń, gdzie ludzie wreszcie mówią ludzkim głosem.

JP: Przeszłość zostawiamy więc za sobą. Czas na przyszłość. Co teraz?
AG: Mam teraz w głowie prawie wyłącznie Medium Publiczne. Zastanawiam się, jak to zrobić, jak to rozwinąć – czuję się osobą odpowiedzialną za to. No ale i ja muszę się przestawić, bo staję się dziennikarką, publicystką. Po tym, co wydarzyło się w RDC i po zwolnieniu lub odejściu najlepszych dziennikarzy dla mnie skończyło się to, co w tym radiu było najlepsze. Zbiegło się to w czasie z moim odejściem z Sejmu.

JP: Czyli zbieg okoliczności. Jak mówiłaś: jedno się kończy, drugie zaczyna.
AG: Tak, synergicznie zaczyna się dziać coś nowego. To, że w Polsce nie ma publicznych mediów jest problemem naszej demokracji. Mamy albo media państwowe, na które realny wpływ mają politycy albo media prywatne, głównie z kapitałem zagranicznym. W obu tych mediach panuje olbrzymia cenzura. W Telewizji Polskiej przejawia się to tym, że poszczególne programy zostały podzielone na strefy wpływów i te wpływy słychać. Wszystkie tematy, które pojawiają się w mediach, to tematy zastępcze. Nie słyszałam w mediach poważnej debaty na temat transatlantyckiej umowy TTIP, ani na temat perspektywy energetycznej dla Polski – pojawiają się hasła, jakaś rozmowa „po powierzchni”. A przecież właśnie podczas wyborów na tej podstawie podejmować powinniśmy decyzje przy urnie.

JP: Bez wątpienia takich tematów zastępczych jest dużo…
AG: Uchodźcy – to też temat, który pojawia się tylko powierzchniowo. Nie zastanawiamy się, skąd się wzięła wojna, kto ją wywołał, jak ją zakończyć. O tym właśnie będą mówić Media Publiczne. Na świecie dyskutuje się na temat ponowoczesnej ekonomii i tego, co nazywamy powszechnie neoliberalizmem czy też nowym myśleniem ekonomistów po 2008 roku – a to się w ogóle nie przenosi do głównonurtowych mediów w naszym kraju. To jest problem demokracji i przyszłości Polski.

JP: No i totalny brak informacji zagranicznych. Przecież u nas o zagranicy rozmawia się tylko w razie wypadków czy katastrof. Myślałam, powiem ci szczerze, że gdy Donald Tusk awansował do struktur europejskich, to jednak jakaś dyskusja się zacznie – a tutaj nic!
AG: Właśnie! To niespotykane na skalę światową. Wystarczy spojrzeć do głównonurtowych mediów zachodnich i tam się na te tematy rozmawia. I nie mówię o internecie, gdzie oczywiście znaleźć można wszystko. Mam na myśli najważniejsze, największe tytuły.

JP: Ostatnie wybory chyba nam nie pomogą…
AG: PiS zapowiada medium narodowe. I jak słyszę, jak zamierzają je budować, to już się boję, bo wiem, jak to będzie wyglądać. Będzie to kolejne medium państwowe, tuba ideologiczna, która zabrzmi w pełnej krasie. Prywatne media z kolei mają swoje problemy – gdzie cenzura, polegająca na cięciu tematów, jest ogromna i widoczna. Mediów publicznych więc nie ma. W demokracji coś musi spinać decyzję wyborczą obywatela z tym, co robią politycy. I to powinno być miejsce mediów publicznych. Jeśli nic tego nie spina albo opowiada o bzdurach a nie najważniejszych tematach, to nie ma demokracji. I to jest miejsce dla Medium Publicznego.

JP: Brak mediów, to brak demokracji. Czy nic więcej nie może jej tworzyć?
AG: No i tutaj przechodzę do drugiego tematu – społeczeństwa obywatelskiego. Akurat ty i ja jesteśmy działaczami organizacji pozarządowych…

JP: No, niestety tak. Czasem dodaję: „wstyd się przyznać”.
AG: Wstyd się przyznać, bo walimy głową w mur… Czyli niewiele się różni to od mojej pracy w Sejmie… Ale właśnie teraz jest czas, kiedy społeczeństwo obywatelskie powinno się organizować. Mamy przecież tysiące organizacji w Polsce. Każda z nich dłubie w swoim podwórku, zajmuje się swoimi sprawami – czasem tylko działając z dwiema-trzema zaprzyjaźnionymi organizacjami. Ale powoli, powoli zaczyna się ten ruch do tworzenia większych struktur. Tworzą się koalicje, jak Koalicja Równych Szans, Forum Organizacji Osób LGBTQIA ale też i w innych obszarach. Widać potrzebę zrzeszenia.

JP: To był chyba pomysł twojej organizacji Społeczeństwo FAIR?
AG: Społeczeństwo FAIR ma projekt stworzenia platformy, na której spotykają się różnego typu organizacje pozarządowe – prawnoczłowiecze, walczące o prawa zwierząt, ekologiczne i tak dalej, by wspólnie działać. Solidarne działanie – słowo „solidarne” jest niebywale ważne – bardzo się opłaca. Jeśli jedna z organizacji ma na celu np. walkę o prawa osób LGBT w miejscu pracy i spotka się w jakimś miejscu z organizacjami zajmującymi się np. ekologią czy prawami kobiet, to mogą się umówić, że w ten jeden konkretny weekend wszystkie te organizacje (trzy, trzysta a może i trzy tysiące?!) zgodzą się wykorzystać przygotowane materiały i promować ten jeden temat. Wówczas siła rażenia jest dużo większa. Oczywiście, w zamian za to, organizacja zajmująca się prawami osób LGBT w miejscu pracy, w inny weekend wspierać będzie swoimi kanałami np. walkę o równe płace dla kobiet i mężczyzn. Takie solidarne działanie sprawi, że siła przebicia przekazu będzie dużo, dużo większa.

JP: Taka platforma solidarności.
AG: No właśnie, to chcę spróbować zrobić. Musimy stworzyć coś, co będzie teraz stawiać opór, będzie formułować sprzeciw. Nazwaliśmy to S.O.S. Społeczeństwo FAIR, czyli Sieć Obywatelskiej Solidarności Społeczeństwo FAIR. Potrzebujemy teraz rozsądnego medium, które będzie prospołeczne, prodemokratyczne. Tutaj widzę synergię z Medium Publicznym!

JP: Skoro ma to być medium otwarte, demokratyzujące – a więc uwzględniające różne głosy w debacie, to czy zapraszać będziecie do siebie np. osoby reprezentujące skrajnie inne poglądy. Niech będzie, dla przykładu, Krzysztofa Bosaka.
AG: Tak, jak najbardziej. Tylko nie ma to być miejsce, które daje pole czy to Krzysztofowi Bosakowi, czy to Robertowi Biedroniowi, czy komukolwiek innemu do własnej reklamy! Chodzi o podjęcie debaty na temat swoich systemów wartości, proponowanych rozwiązań. Tym się różni Medium Publiczne od innych, że stara się dotrzeć do istoty rzeczy – zajmuje się rzeczami ważnymi z punktu widzenia społeczeństwa, wspólnoty…

JP: Narodu?
AG: No, narodu też, chociaż to nie jest mój słownik. Jeśli pan Bosak będzie mówić o narodzie, to ja go zapytam, co to jest ten naród, jak to słowo rozumie, czym się różni od społeczeństwa… Jeśli o tym mamy rozmawiać z panem Bosakiem, to jestem na tak! To są ważne tematy. A nie to, co teraz pokazują media: dylemat czy premierem będzie pan Kaczyński czy pani Szydło… To ma stosunkowo małe znaczenie w porównaniu z tym, o czym moglibyśmy rozmawiać – a więc m.in. na tematy, o których mówiłam wcześniej a które w polskiej debacie są pomijane.

JP: A nie sądzisz, że odpowiedzialność za to, że tak wygląda debata, spoczywa też na Tobie i na mnie? Na nas, jako osobach występujących publicznie. Że zgadzamy się na to, żeby brać udział w programie razem z np. księdzem Oko.
AG: No tak, trochę tak… Miałam kilka takich doświadczeń, że poszłam do takiego programu a nie powinnam. Ale w drugiej części mojego posłowania już mi się to nie zdarzało – zrozumiałam, na czym to polega. Więc tak, jesteśmy winni. Tak samo jak temu, że nadal nie działamy solidarnie jako organizacje pozarządowe.

JP: Widzę duże podobieństwo w tym, co mówisz o Społeczeństwie FAIR a tym, jak działa Parada Równości. Włączanie różnych postulatów o podobnym trzonie w postaci systemu wartości – staramy się solidarnie walczyć o różne grupy wykluczone i marginalizowane.
AG: Tak. Jakby się przyjrzeć wielu inicjatywom, to oczywiście, że tak. Parada Równości jest, oczywiście, opracowana na tej samej strategii. To wynika z tego, że jesteśmy oparci na podobnej idei i chcemy podobnych rzeczy: więcej demokracji, więcej głosu ludzi, więcej współdecydowania o losach wspólnoty. Na Paradzie Równości wciąż jednak – dla mnie – za mało jest inkluzywności. O tym mówiłam na panelu Queer UW na Uniwersytecie Warszawskim jakiś czas temu: nadal za mało mi solidarności w tym ruchu. Trzeba znaleźć to miejsce, tę platformę, ten język – który pozwoli nam się połączyć, zorientować się, że mamy ten sam system wartości.

JP: Wiesz przecież, że rok rocznie wysyłamy zaproszenie do współtworzenia Parady Równości do kilku tysięcy organizacji – zajmujących się sprawami tak różnymi, jak niepełnosprawność, prawa zwierząt czy wolność religijna. Ale odzew jest prawie zerowy.
AG: No tak, bo w świadomości wielu osób jest to nadal wydarzenie LGBT. A oni nie chcą mieć nic z tymi gejami wspólnego. A porozumienie musi być zawarte na zupełnie innym poziomie – na poziomie wartości.

JP: Podsumowując to, co się dzieje po Sejmie: jednak jesteś zajęta…
AG: Wiesz co, ja chyba od zawsze miałam tak, że w moim życiu była jakaś idea fix – jakieś zadanie do zrealizowania. Nie zawsze była tak uspołeczniona, jak teraz, bo przecież przez długi czas robiłam po prostu biznes. Chciałam założyć, założyłam i prowadziłam firmę. Rozwijałam ją, chciałam zarabiać więcej pieniędzy…

JP: Już nie chcesz zarabiać więcej?
AG: Chyba to mi się znudziło. Nie zrozum mnie źle: jestem przyzwyczajona do wysokiego standardu życia, nie bardzo umiem liczyć pieniądze, nie radzę sobie z oszczędnym życiem – ale już nauczyłam się też i tego. Trzy lata przed posłowaniem byłam przecież w ogóle bez pracy. Natomiast dziś już wiem, że potrzebuję ileś-tam pieniędzy ale nie więcej. Oczywiście, nie chciałabym się dusić ale idea stojąca za każdym biznesem – zarabiać coraz więcej – już mnie nie bawi. Już dowiedziałam się, że potrafię robić biznes. Teraz chcę poczuć, że jestem wartościową częścią społeczeństwa i że mogę jakoś na nie wpływać.

JP: Przez kilka lat zabiegana, teraz znów wchodzisz w nowe obowiązki… Nie miałaś życia prywatnego ostatnio – czy więc teraz zamierzasz?
AG: No wiesz, ja stale zamierzałam je mieć (śmiech). Ale zawsze było coś ważniejszego. Oczywiście, że pewne elementy życia prywatnego mam. Udało mi się teraz z pewnej hodowli wziąć sześcioletnią suczkę, w której zakochuję się z dnia na dzień coraz bardziej. Obserwuję ją, widzę jak się cieszy, jak jest smutna…

JP: To może wystarczyłaby Ci jakaś aplikacja na komórkę? Tam też się karmi te wirtualne zwierzęta, opiekuje się nimi…
AG: Nigdy nie próbowałam – może niektórym to wystarcza. Ja mam dwa koty, teraz psa, przyjaciół, z którymi się spotykam… Mam ogródek, którym się opiekuję – właśnie opatrywałam go na zimę, żeby drzewa i kwiaty nie zmarzły.

JP: Tak próbuję Cię podejść z tym pytaniem, żeby dowiedzieć się, czy jakieś zmiany planujesz także w swoim życiu – nazwijmy je – uczuciowym?
AG: Wielu dziennikarzy próbowało przez cztery lata mnie tak podejść (śmiech). Ale to, że nie mam nic do ukrycia, nie znaczy, że mówię o wszystkim. A tak poważnie: dobrze mi tak, jak jest – wśród moich przyjaciół, z moimi zwierzętami w domu a przede wszystkim z tym wszystkim, co mnie angażuje.

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email