Wprowadziłyśmy_liśmy intymność do publicznej dyskusji, obdzierając z tajemnicy i poczucia wstydu większość spraw dotyczących naszych ciał. Otwarliśmy_łyśmy drzwi do najgłębszych zakamarków naszej prywatności. Bez cienia wątpliwości możemy przyznać, że osiągnęłyśmy_liśmy etapu rozwoju społecznego, w którym można mówić o tym, co ludzkie. Oczywiście poza masturbacją.

Mateusz Sierpowski

boy-dies-after-masturbating-42-times-non-stopTak naprawdę nie można przytoczyć żadnych badań, które pokazałyby rzeczywistą skalę onanizmu. Przeprowadzone ankiety wskazują, że około dwie trzecie osób określających się jako mężczyźni i mniej niż połowa tych, które nazywają siebie kobietami, zaspokaja się stosunkowo regularnie. Zdaniem Bergera natomiast 99% uprawia onanizm. Ten setny też, tylko ukrywa prawdę. Trzeba przyznać, że każdy i każda z nas się masturbuje. A przynajmniej czuje taką potrzebę (oczywiście z wyłączeniem osób aseksualnych). Hipokryzją jest zatem twierdzenie, że pewnych jednostek to nie dotyczy – ciało żąda tej naturalnej zmysłowości, bez względu na podejście do onanizmu jego właścicielki czy właściciela. To, co możemy w takiej sytuacji zrobić, ogranicza się do życia w zgodzie z samym lub samą sobą albo do podporządkowania się promowanej normie. Normie, która w naszej kulturze opiera się w głównej mierze na postawie Kościoła Katolickiego.

W „Persona Humana” określił on masturbację jako akt wewnętrznie i ciężko nieuporządkowany. Jego zdaniem, wykorzystanie narządów płciowych w celach innych od tego, do którego rzekomo zostały stworzone, jest moralnie nieodpowiednie. Powinno się więc podjąć wszelkie próby walki z tą praktyką. W tym miejscu następuje też odwołanie do Ewangelii św. Mateusza, gdzie możemy znaleźć fragment o skażeniu całego ciała masturbacją. Wszystko to natomiast opiera się na starotestamentowej opowieści o Onanie. Wbrew rozkazowi Boga, nie zapłodnił on (co za obrzydliwe słowo!) żony swego brata, za co Wszechmiłosierny Pan postanowił go zgładzić. Trzeba jednak zaznaczyć, że powodem bożej kary nie był onanizm, a stosunek przerywany. W tym momencie cały dyskurs Kościoła traci jakikolwiek fundament, bo, skoro nie na bożym prawie, to na czym ma on oprzeć swoją niechęć do masturbacji? Coś jednak sprawia, że w społecznej świadomości nadal pozostaje ona przyczyną poważnych wyrzutów sumienia.

Przez bardzo długi czas niewłaściwość onanizmu tłumaczono argumentami prozdrowotnymi. Wzmacniało to kościelny przekaz. Współczesna seksuologia udowodniła jednak, że między palcami rąk nie wyrosną nam włosy, nie oślepniemy ani nie stracimy płodności. Wręcz przeciwnie – okazało się, że regularna masturbacja zmniejsza ryzyko raka prostaty, przynosi podobne do seksu korzyści i, co nie jest jeszcze do końca pewne, leczy katar. Poza tym lekarki i lekarze zalecają ją, gdy w związku pojawiają się problemy natury seksualnej. Zrozumienie własnych potrzeb i pragnień pomaga nam bowiem zgrać się z potrzebami osoby lub osób, z którymi utrzymujemy relacje intymne.

Ciągłe kryminalizowanie samogwałtu (już samo to określenie jest dobitnym tego przykładem), moim zdaniem, wynika z presji społecznej, wymuszającej na nas odbywanie z kimś stosunku seksualnego. Autoerotyzm budzi w drugiej osobie podejrzenia, że:

  • nie powodzi nam się w związku, a więc coś z nim jest nie tak;
  • nie możemy znaleźć sobie partnera_ki, a więc z nami jest coś nie tak.

Potrzebne są zdecydowanie szersze horyzonty otwarte na urozmaicenie sobie życia seksualnego i uciekające od wartościowania jego różnych form. Dlaczego za punkt honoru obrałyśmy_liśmy sobie stwierdzenie, że regularne uprawianie z kimś seksu jest cenniejsze od życia w celibacie czy autoseksualności? To prymitywne założenie sprawia, że kwestia masturbacji jest sprowadzana do sfery tabu. Przyznanie się do niej z góry skazuje nas na towarzyskie wykluczenie – to popełnienie gafy, która przez długi czas będzie tematem kpin. Z tego powodu jesteśmy zażenowani_ne i obrzydzeni_ne własnymi ciałami oraz seksualnością. Nie możemy zaakceptować samych siebie w wyniku nasilającego się poczucia winy. Mamy bowiem świadomość, że to, co robimy, jest niewłaściwe, a z drugiej strony czujemy potrzebę zaspokojenia się, które pozwoli nam poznać i zrozumieć swoje ciało, pokochać je, a co najważniejsze – wyzbyć się kompleksów. Bo sama masturbacja nie jest trudna – zdecydowanie więcej problemów sprawia dotykanie samego lub samej siebie i uzmysłowienie sobie, że jest się piękną osobą. Proces samoakceptacji z kolei warunkuje jakiekolwiek wiarygodne relacje interpersonalne! Musimy być pewne_ni, że w naszej powierzchowności nie ma niczego „brzydkiego”, niczego „godnego pożałowania” czy „zepsutego”, a to umożliwia nam masturbacja (o ile nie wiąże się z ostracyzmem).

Dlatego tak ważna jest głośna walka o masturbację. O prawo do swobodnego mówienia o niej. Nie możemy pozwolić, żeby nadal była demonizowana. Nie gódźmy się na to, by żyć z poczuciem rozdarcia pomiędzy wymogiem wpisania się w konwenanse a potrzebą rozładowania napięcia erotycznego, poznania własnego ciała i pokochania go czy po prostu ubarwienia swojego życia. Nie wspierajmy tego systemu opresji. Chodźmy i róbmy sobie dobrze!

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
BRACIA S – wyobraźmy sobie, że dwie osoby, które mają krytyczny stosunek do otaczającej ich rzeczywistości, zaczynają działać społecznie. Pójdźmy dalej - niech te dwie osoby będą parą osiemnastolatków. Żeby lekko podkolorować, będą nimi bracia bliźniacy. Niech mają na imię Patryk i Mateusz. A co, jeśli to wszystko okaże się prawdą? Poznajcie Braci S i ich punkt widzenia.