Płomień NadzieiSprzeciw wobec przemocy wydaje się nam wszystkim zupełnie naturalny. W czwartek miałyśmy i mieliśmy okazję zaprezentować swoją solidarność z młodymi osobami LGBT – Spirit Day sprawił, że wielu i wiele z nas stanęło po stronie ofiar homo- czy transfobicznej nienawiści. Czym jednak jest ta agresja i czy ubranie fioletowej części garderoby faktycznie komuś pomaga?

Patryk Sierpowski

Słysząc o przemocy wobec osób LGBT, najczęściej mamy na myśli fizyczne naruszenie czyjejś cielesności lub psychiczne dręczenie, na które szczególnie narażony jest młody, nieheteronormatywny człowiek. Dodajmy do tego wszechobecną mowę nienawiści i otrzymujemy powszechny obraz tego typu agresji. Co prawda, odpowiada on temu, co najłatwiej i najczęściej możemy zauważyć, jednak, według mnie, to obraz niepełny. Pomijamy w nim co najmniej dwie istotne kwestie. Pierwszą jest presja wywierana na nas przez heteromatriks. Na co dzień niezauważalna, bo traktowana jako nieodłączna część rzeczywistości, odciska jednak na nas olbrzymie piętno. Ten system opresji pociąga za sobą szereg negatywnych skutków, próbując każdego i każdą nas włożyć do wcześniej przygotowanej szufladki. Nie mieszcząc się w niej, stajemy się osobami niemal z marginesu społecznego. Tymi, które odważyły się sprzeciwić odwiecznemu porządkowi. Może to doprowadzić do społecznej izolacji lub nienawiści, która krzywdzi równie mocno, co bierność wobec przemocy. Milczeniem przyłączamy się do agresji, wyrażamy niemą aprobatę wobec całego jej zła. Bez głośnego zamanifestowania swojego sprzeciwu, w oczach osoby, doświadczającej przemocy, stajemy w szeregu wszystkich, którzy i które chcą ją skrzywdzić. Niezależnie od naszych intencji, brak reakcji jest równie szkodliwy, co sama nienawiść.

Próbą odcięcia się od takiej bierności jest właśnie Spirit Day. Jednego dnia w roku, zakładając fioletową część ubioru lub przyłączając się do akcji w mediach społecznościowych, pokazujemy, że wspieramy wszystkie młode osoby LGBT i nie pozwalamy na agresję wobec nich. Podobne założenia przyjął polski Płomień Nadziei organizowany przeze mnie i przez inne osoby dotychczas pod szyldem Ostrej Zieleni. Kumulował energię społeczeństwa na problemie samobójstw spowodowanych homo-, bi-, trans- lub queerfobiczną nienawiścią. Z jednej strony miał być impulsem do zmiany poglądów pewnych jednostek, których agresja w tragiczny sposób odbija się na wielu osobach nieheteronormatywnych. Z drugiej, podarowaniem nadziei wszystkim tym, które i którzy nie widzą szans na lepsze jutro.

Jednak, myśląc o akcjach tego typu, pojawia się we mnie kilka wątpliwości. Raz do roku skupiamy podczas nich uwagę społeczeństwa na danym problemie. Przez to możemy znaleźć się w sytuacji, gdy osoby, świadome , że włączyły się do walki z nienawiścią, uznają to za wystarczający w nią wkład. Nie odczuwają już tak silnej potrzeby zmiany systemu, a ten niestety w dalszym ciągu powoduje cierpienie wielu z nas. Może jednak, mając na uwadze cel akcji, warto narazić się na takie niebezpieczeństwo? W końcu każda okazja, żeby podnieść na duchu osoby tego potrzebujące, jest dobra, nawet, jeśli nie miałyby się z tym wiązać konkretne polityczne zmiany.

W tym momencie należałoby zastanowić się nad tym, jak wygląda (lub jak powinno wyglądać) zwalczanie przemocy wobec osób LGBT. Podzieliłbym je na trzy części. Pierwszą są wszystkie inicjatywy medialne, które trafiają do przestrzeni publicznej. Mozolnie zmieniają one podejście społeczeństwa do tych spraw. Chociaż trudno powiedzieć, że bezpośrednio eliminują agresję wobec nieheteronormatywności, są świetnym przykładem głośnego sprzeciwienia się takiej przemocy. Ponadto dają nadzieję na zmiany i aktywizują środowisko osób działających, dodając im sił w dalszych zmaganiach.

Mniej zauważalne, ale przynoszące konkretniejsze korzyści, są wszystkie lobbujące i oddolne inicjatywy ruchu LGBT (w wielu przypadkach określiłbym je mianem „specjalistycznych”). Można tu wymienić między innymi hostel interwencyjny Lambdy oraz Trans-Fuzji, pomoc psychologiczną oferowaną przez wiele organizacji LGBT, lobbowanie ustaw przez KPH, tworzenie różnego typu raportów, przeprowadzanie szkoleń czy warsztatów. Działania te zapewniają nam fundament do długofalowych zmian oraz, co istotne, gwarantują pomoc osobom doświadczającym przemocy.

Przyznajmy jednak szczerze, że w przypadku nastoletniej, transseksualnej dziewczyny z małego miasteczka czy młodego geja ze wsi środki te są często nieosiągalne lub niewystarczające. W tym momencie najbardziej realnym rozwiązaniem takich problemów jest, moim zdaniem, codzienna aktywność zwykłych ludzi. Składa się na nią próba radzenia sobie z przemocą, która dotyka nas osobiście. Zaczynając od nauki, jak dawać sobie radę ze stresem, na lekcjach samoobrony kończąc. W krytycznych sytuacjach tylko my sami lub same będziemy mogli lub mogły ochronić się przed agresją, dlatego musimy zrozumieć, że zapewnienie sobie bezpieczeństwa powinno być naszym priorytetem.

Równie ważne jest stworzenie wokół nas przestrzeni wolnej od nienawiści. Od działań tych zależy to, jak faktycznie wygląda nasza codzienność. Do ich realizacji nie potrzebujemy dużego zaplecza – wystarczy odrobina wiedzy i poczucia solidarności. Uważam je za najistotniejsze przy podejmowaniu walki z przemocą, która najczęściej wynika ze strachu przed nieznanym. Podchodząc do sprawy w sposób merytoryczny i uświadamiając sobie, że agresja ta nie dotyka jakichś tam jednostek, tylko ludzi takich samych, jak my, jesteśmy w stanie zdziałać naprawdę wiele.

W przypadku przemocy Istotna jest już sama reakcja. Uświadamia otoczenie, że nie zgadzamy się na nienawiść i będziemy stawać w obronie osób, które jej doświadczają. Ponadto jest też wyraźnym znakiem kreowania bezpiecznej przestrzeni. Osoby są w niej wolne nie tylko od agresji fizycznej czy psychicznej, ale, co warte zauważenia, nie powinny w niej również doświadczać presji heteromatriksu.

Sądzę, że właśnie uwolnienie się od heteroopresji sprawia nam najwięcej problemu, na co zwróciłem uwagę podczas organizacji Płomienia Nadziei. Wielu ludzi, mimo zdecydowanego braku zgodny na przemoc wobec osób LGBT (a właściwie na powszechny jej obraz), nie do końca rozumiało, z czym tak naprawdę wiąże się taka walka. Stwierdzenia, że ktoś sam zasłużył sobie na agresję z powodu swojego „przegięcia”, nie były niczym niezwykłym. Często spotykałem się z próbami wytłumaczenia nienawiści niewpasowaniem się w normy. Gdzie jednak ta norma się zaczyna, a gdzie się kończy? Dlaczego „kobieca lesbijka” miałaby być traktowana przez nas inaczej, niż „kobiecy gej”? Czas w końcu dostrzec, że w heteromatriksie nie mieści się zarówno radykalny queer, jak i zasymilowana osoba biseksualna. Wartościowanie przemocy na podstawie tego, komu jest bliżej do patriarchalnej struktury społeczeństwa, nie prowadzi do niczego oprócz dalszych wykluczeń i pogłębiania istniejących już różnic, nieraz bardzo abstrakcyjnych.

Kiedy w następnym roku ponownie zapalimy Płomień Nadziei lub weźmiemy udział w Spirit Day, zastanówmy się, czy solidaryzując się z nieheteronormatywnymi ofiarami przemocy, przypadkowo nie utrzymujemy systemu agresji wobec nich. Wystarczy tak niewiele, żeby to zmienić. Zamiast biernie czekać na lepsze czasy, sami i same zacznijmy zmieniać nasze środowisko oraz nas samych. Otwórzmy oczy na opresję i róbmy wszystko, żeby przestrzeń, w której żyjemy, była od niej wolna.

Zauważmy, że wszyscy jesteśmy jedną, wielką rodziną i nie bójmy się działać, reagować i pomagać sobie nawzajem. Kiedy wszyscy i wszystkie solidarnie będą w stanie przeciwstawić się przemocy, również jej mniej zauważalnym przejawom w życiu codziennym, zmiany systemowe, o które walczą specjalistyczne organizacje oraz ruchy, harmonijnie pokryją się ze zmianami zachodzącymi w społeczeństwie. Zapewni nam to środowisko bezpieczniejsze i bardziej otwarte na różnorodność.

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email
BRACIA S – wyobraźmy sobie, że dwie osoby, które mają krytyczny stosunek do otaczającej ich rzeczywistości, zaczynają działać społecznie. Pójdźmy dalej - niech te dwie osoby będą parą osiemnastolatków. Żeby lekko podkolorować, będą nimi bracia bliźniacy. Niech mają na imię Patryk i Mateusz. A co, jeśli to wszystko okaże się prawdą? Poznajcie Braci S i ich punkt widzenia.