JP i HGW
JP i HGW

Coraz więcej osób zachęca do tego, by nie iść głosować podczas referendum za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska Prezydenty Warszawy. Ja jednak uważam, że wszystkie i wszyscy pójść powinny/powinni.

Sama na pewno to zrobię. Choć wymaga to ode mnie dodatkowego zachodu, bowiem nigdy się do spisu stałego wyborczego w Warszawie nie dopisałam, to chcę to zrobić. Nie dopisałem się, bo zawsze udawało mi się bez problemu zaświadczenie o prawie do głosowania z rodzinnej miejscowości zdobyć i głosować bez przeszkód w stolicy w wyborach ogólnopolskich. Ale referendum lokalne to inna bajka.
Raz nawet próbowałam się dopisać do listy, ale pani w urzędzie dzielnicy Ochota robiła mi jakieś problemy. Oczekiwała ode mnie jakiś zaświadczeń, oświadczeń i rachunków. Więc sobie darowałam. Ale nie tym razem. Tym razem pójdę wyposażona w umowy, zaświadczenia i inne papiery, by raz na zawsze dopisać się do stałego spisu wyborców. Wszak mieszkam już trochę w tej Warszawie i na razie się nigdzie nie wybieram.

Czemu mi tak zależy? Przecież za rok i tak będą wybory, i tak będzie można powiedzieć „tak/nie” Hannie Gronkiewicz-Waltz. Rozumiem argument ekonomiczny – że głosowanie kosztuje. I że sytuacja Warszawy finansowo nie jest taka dobra, żeby sobie na rozrzutność pozwalać. A za 12 miesięcy będzie można poszaleć.
Niby tak. Niby racja. Niby wszystko jest okej, ale jednak ileś-tam tysięcy Warszawiaczek i Warszawiaków powiedziało, że chce teraz już zabrać głos w tej sprawie. Że chcą w tym momencie wypowiedzieć się w kwestii prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz. I nawoływanie do bojkotu referendum jest brakiem szacunku dla ich woli. Pofatygowali się, podpisali się na odpowiednich listach, wyrazili poparcie dla głosowania. Mam takie wrażenie, że wszystkie osoby publicznie nawołujące do nie-pójścia na referendum, mają jednak w dupie te obywatelki i tych obywateli. Przykre.
Poza tym – nie ma co udawać, że bojkot referendum sprawi, że kasa nie zostanie wydana. Zostanie, zostanie. Wszystkie te pieniądze, które trzeba wydać na referendum i tak będą już wydane. Głosowanie się odbędzie tak czy owak. Tak działa prawo – inicjatywa spełniła swój obowiązek, zebrała podpisy, dopełnia formalności – więc machina ruszyła i nic jej nie zatrzyma.

Głosowania, jak zapewne wiecie, lubię. Za każdym razem, gdy mam okazję – idę i wrzucam kartkę do urny. Najczęściej, nie ma co udawać, kartę z głosem nieważnym. Nieważnym w sensie formalnoprawnym, ale ważnym dla mnie jako obywatelki. To, że najczęściej głosuję na Paris Hilton albo inne, równie abstrakcyjne osoby, nie oznacza, że ignoruję wybory. Au contraire, mimo braku odpowiednich kandydatur i świadomości, że oddany głos będzie policzony na kupce „nieważne”, idę, fatyguję się, głosuję i wrzucam. Najczęściej też koloruję i rysuję, ale to kwestia mojej fantazji. Uważam jednak, że odebrać kartę do głosowania i wrzucić ją do urny, to mój obowiązek i zaszczyt.

I wiem, że to brzmi nieco patetycznie… ale jednak naprawdę tak czuję. Wiele razy na forum Samorządu Studentów UW, gdy była mowa o możliwości wprowadzenia elektronicznego głosowania, byłem przeciw. Bo jednak odświętny charakter tego dnia oraz wpływ widoczności procedury wyborczej wpływają pozytywnie na frekwencję i odbiór tego, co się dzieje. Ja naprawdę uważam, że głosowania są festynami demokracji i należy je pielęgnować.

Dlatego pójdę na referendum. By świętować ten festyn. By uznać trud tych, które i którzy walczyli o jego zwołanie. By wyrazić swoje zdanie na temat prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz. Oraz by świetnie się bawić w lokalu wyborczym.

Jak zagłosuję? Powiem szczerze: jeszcze do końca nie wiem. Będę raczej za odwołaniem z racji światopoglądowych. Ale nie jest tak, że nie doceniam tego, co się zmieniło na lepsze w Warszawie w ostatnich latach. Stąd moje wahanie. Ostateczna decyzja zapadnie nad urną. W ostateczności oddam głos za Paris Hilton.

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email