Tak radośnie chcę zapamiętać 2012. Na zdjęciu z Sebastianem i Kubutkiem. fot. cyfrogaleria.pl
Tak radośnie chcę zapamiętać 2012. Na zdjęciu z Sebastianem i Kubutkiem. fot. cyfrogaleria.pl

Zawsze mam problem z podsumowaniem roku. Powodów jest kilka. Pierwszy – praktyczny. Wymaga to ode mnie rzetelnego przejrzenia kalendarza z całego roku, wpisów na fotoblo, na blo i na bloxie.

Czyli rewizji tego, co siedzi w mojej głowie jako wyobrażenie o minionym roku w grudniu. Wiadomo, że pamięć zawodna a moja dodatkowo jest przeze mnie świadomie delegowana na serwisy internetowe, żeby zwolnić miejsce na inne rzeczy. Tym niemniej, zacznijmy. Drugi powód – psychologiczny. Takie podsumowanie oznacza zamknięcie pewnego etapu, nałożenie klamry, rozstanie z obiektem. W tym sensie jest strasznie kłopotliwe, bo wywołuje w podświadomości pustkę po tym, co odeszło. A trzeci powód – metodologiczny. Nigdy nie wiem czy lepiej jest przegląd ten zrobić chronologicznie czy tematycznie. Ostatecznie dziś, z racji wygody, zdecydowałam się na chronologię. Jedziemy więc.

STYCZEŃ

W styczeń wchodziłam jako studentka Ośrodka Studiów Amerykańskich UW, Wydziału Polonistyki UW i doktorantka Instytutu Socjologii UW. To był mój śmieszny pomysł – by być jednocześnie na studiach I, II i III stopnia. Co więcej, na I, II i III roku. Taka tam zabawa z systemu. Oczywiście, że studia w OSA chciałam traktować poważnie (że o doktoracie nie wspomnę, bo to oczywiste). Ale z różnych powodów nie udało mi się to. O tym zaraz. Z polonistyki już dawno zrezygnowałam, czekałam tylko na formalne załatwienie sprawy przez Wydział Polonistyki UW. Swoją drogą: dokumentów nie odebrałam do dziś…
Wróciłam do Warszawy po Świętach w domu, zaraz udało mi się kilka spotkań zorganizować i zaraz też byłam gościem Radia Kampus i opowiadałam o Wolontariacie Równości i o tym, że w ten sposób można Paradę Równości wspierać a zarazem praktyki zawodowe zaliczać. Zresztą ta opcja działa też w tym roku, więc polecam ;)
W styczniu ukazała się też książka „Kobiety Holocaustu”, w której znajduje się tekst mojego współautorstwa „Miejsce. Perspektywa. Interpretacja. Auschwitz jako dominujący dyskurs o Holocauście”. Trochę długo na to czekaliśmy, bo tekst powstał w sumie jakieś 2 czy nawet 3 lata wcześniej na seminarium, w którym z Ewą i Pauliną brałam udział. Ale udało się!
Oczywiście, były imprezy. Pamiętna jedna, podczas której się w Glam zawalił korytarzowy tunel (naprawdę fajny był ten tunel, szkoda, że Marcinowi-właścicielowi nigdy nie chciało się go odbudować), czy też inna w Śnie Pszczoły – na rzecz Parady Równości. Co ciekawe, to była moja pierwsza wizyta w tym offowym miejscu. Dodatkowy plus, ma się rozumieć. Oczywiście, były też urodziny fotobloga pod nazwą STOLAT FOTOBLO. Było na nich strasznie zabawnie. Bardzo zabawne też szlajanie się z Marcinkiem i Michauke po Warszawie, któreśmy zakończyli w Barze Warszawskim, gdzie chłopcy przedrzeźniali się (nie)opowiadając o swoich byłych. Pysze były przekąski! Nie można zapomnieć o potrójnych urodzinach sióstr K. i Kocykowej. Impreza w apartamencie przy Nowym Świecie, która okazała się… no, średnia. Przede wszystkim z powodu ciągłego uciszania wszystkich zgromadzonych. To także czas, kiedy nadal czekamy na Utopię, więc chodzimy do Sqandal Baru, z którym współpracę nawiązała Królowa. Tam impreza z erotycznymi tancerzami z Paryża, którym zgromadzeni obciągali podczas wydarzenia… Była także domówka u mnie, której celem było po prostu najebanie się we trójkę, ale która była o tyle ważna, że zjawił się na niej Grześ. Ten sam, który wiecznie odwoływał wszystkie spotkania. To zresztą jedna z ostatnich szans, które mu dałam. Był też Kubutek, z którym zaczęłam się jeszcze bardziej zżywać. Ale o Kubutku też jeszcze będzie trochę…

LUTY

Zaczęło się planowanie konferencji „Islam a queer”. Tak na poważnie. Trzeba było się wreszcie za to wziąć. A skoro „się wziąć”, to wiadomo, że ja… A skoro o Queer UW mowa, to w lutym wybrano mnie znów na Prezesę organizacji. W sumie, wiem, że trochę formalność, ale ja kocham formalności i czasem staram się je celebrować na tyle, na ile się da. Z naukowych rzeczy, to dodam może, że ukazała się moja praca „Dewiant wkracza na uczelnię” w książce „Polska socjologia wczoraj i dziś”. W sumie to zabawne wystąpienie, które wygłosiłam jakiś czas temu w Krakowie. Pamiętam, że Grześ się nawet wówczas pofatygował, żeby posłuchać o dewiacjach ;) Na książkę czekałam o tyle, że każda dodatkowa publikacja podnosi mój status socjologiczny. W pewnym sensie, ma się rozumieć. Za to ze złych wieści: formalnie skreślili mnie na Wydziale Polonistyki UW (nie płakałam) oraz zaczęła się sesja egzaminacyjna w OSA UW. Taka sesja, co do której wiedziałam, że jej nie przejdę, więc po prostu poszłam na kilka egzaminów a na większość nie. Tak dla sprawdzenia siebie. Nie ruszyły znów moje zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW. Ale tym razem już wiedziałam dlaczego – bo ich opis i tytuł były za mało poradnikowe. Na UO UW ludzie najchętniej zapisują się na zajęcia typu „obudź swoją kreatywność”, „poćwicz swoje umiejętności oralne” i takie tam. Wtedy też rodził się pomysł zajęć „Osobno i razem. Zrozumieć współczesną miłość, relacje i samotność”. Ale to jeszcze nie czas, by ruszyły.
Zaczęłam na poważnie współpracować z gejowo.pl, zaś w zasadzie zakończyłam współpracę z „Gazetą Studencką”. Choć formalnie naczelnym byłam jeszcze wiele miesięcy, to tak naprawdę nic się nie działo. Co więcej, właśnie od lutego liczę dług, jaki wydawca ma wobec mnie. Kilka tysięcy zł. Eh… Tak, tak, to właśnie od lutego moja sytuacja finansowa zaczęła się drastycznie pogarszać. To drugi taki skok po tym jak kilka miesięcy wcześniej agencja eventowa miała cięcia i musieli zrezygnować z mojej współpracy na rzecz osób, które full-etatowo się poświęcały.
Mój pomysł z wyjazdami na weekendy był fajny, ale szalony. Zaczęło się od Łodzi. Z Damianem.be się tam spiknęłam, ale pojechałam ot, tak. Do Gośki i Marty, poznać osiemnastolatka, z którym rozmawiałam wcześniej via internet… No i tak po prostu, pobawić się, poskakać w innym niż zwykle miejscu. I było to wszystko udane. Choć było strasznie, strasznie zimno. A komunikacja miejska w Łodzi jest zdecydowanie gorsza od warszawskiej. Także jeśli idzie o częstość kursowania.
Potem był Sopot. To jeden z najśmieszniejszych wyjazdów w moim życiu. Z Gackiem, Pauliną, Mocarem i Andżelą. Boże, ile ja się wówczas naśmiałam z nimi… Filmiki z tego pobytu do dziś powodują, że sikam ze śmiechu. Było naprawdę pozytywnie, śmiesznie. Porządziliśmy Sopotem. Trochę w heteromiejscach, trochę w pedałowni. Polski Bus nas zawiózł i odebrał, ale dziś już wiem, że nie będę nim jeździć. Właściciel tegoż, Irlandczyk, jest homofobem i wspiera z moich pieniędzy kampanię przeciw równości małżeńskiej w Wielkiej Brytanii. Więc jestem na nie.
A potem Kraków. W zasadzie pretekstem były urodziny Gabrysia, ale nie po to tam pojechaliśmy z Damianem.be. Był też Anton, Asia wyjątkowo wpadła z zagranicy – mieliśmy idealny tajming. No i imprezy udane. Trochę w LaF, trochę w Coconie, trochę u Gabrysia… Było ciekawie, bo zupełnie inaczej. Dobrze, że mróz troszkę zelżał, bo po Łodzi mieliśmy naprawdę złe wspomnienia…
Bardzo udał się też Tłusty Czwartek w Melinie. Ja, oczywiście, byłam na jakiejś diecie, więc jeść nie mogłam, za to goście, którzy wpadli nie tylko obżerali się moimi faworkami, ale na dodatek poprzynosili sami różne rzeczy. Największe słowa uznania dla Tristana. Nie mógł przyjść, więc w przeprosiny wysłał jakąś dziewczynę z torbą pączków. Bardzo grzeczne. Ja takie gesty doceniam.
Makao stało się naszą ulubioną grą. W towarzystwie gra się już tylko w to. Wszędzie, zawsze. W każdym składzie. Jedną talią kart lub dwiema. Nie ma znaczenia. My z Michałem w domu gramy w to nawet naszą talią z obrzydliwymi rozbieranymi panami. Wszystko jedno, byle grać. Wszędzie.
Byłam gościem w Dzień Dobry TVN, napisałam dla innastrona.pl recenzję „Puszczalskich z zasadami”. Kubutek przegrał zakład o nie-picie alkoholu. Nie wytrzymał miesiąca, a ja owszem! Nagrodą dla mnie było pół litra.

MARZEC

Gdy dziś patrzę na wpisy w Kalendarzu Google z tego okresu, to chce mi się śmiać. Ośrodek Kultury Francuskiej i Studiów Frankofońskich UW zaprosił mnie na spotkanie w sprawie organizacji jakiś wydarzeń z przybywającym na ich zaproszenie Fredericiem Martelem. Z racji tego, że nie dosłyszałam, nie znałam i nie ogarniałam o co chodzi, zapisałam tylko „Spotkanie w sprawie spotkania z kimś-tam”. Takich spotkań było, ma się rozumieć, sporo. Koordynacja wymaga poświęceń. Udało nam się ostatecznie zorganizować seminarium z prof. Ireneuszem Krzemińskim, które miałam zaszczyt prowadzić oraz debatę z przedstawicielkami i przedstawicielami organizacji LGBT z Polski połączone z pokazem specjalnie dla nas przetłumaczonego filmu dokumentalnego o historii LGBT we Francji. Co może jednak ciekawsze, to że udało mi się namówić Samorząd Studentów UW na to, żeby jedno z ich regularnych spotkań „Czwartek z Kulturą” poświęcone było LGBT. Dr Tomek Basiuk wygłosił wstęp a potem obejrzeliśmy „After Stonewall”, czyli dokument pokazujący pierwsze 30 lat ruchów LGBT w USA. Naprawdę fajna rzecz, bardzo dużo ludzi się zjawiło. Za co dziękuję!
Marzec to także czas Manify. Oczywiście, że byłam. I nadal uważam, że na tym wydarzeniu jest za mało osób LGBT. Że jako grupa powinniśmy i powinnyśmy wspierać Manifę i jej postulaty mocniej i wyraźniej. Ale z drugiej strony widzę też minusy organizacji marszu – kto robi takie wydarzenia o 12:00 nad ranem?! Przecież wiadomo, że to wszystko jeszcze śpi i zdycha po spożytym alkoholu…
Ruszył okres wyborczy na UW. Pierwsze głosowanie na Dziekana Wydziału Filozofii i Socjologii UW. A zaraz potem ja zostałam włączona do Komisji Wyborczej Instytutu Ameryk i Europy UW, której zresztą po kilku tygodniach musiałam przewodniczyć. To jedyny powód dla którego nie skreślili mnie z listy studiujących w Ośrodku Studiów Amerykańskich (jest częścią Instytutu Ameryk i Europy UW) – nie mieliby komu zlecić przeprowadzenia wyborów, które na cztery lata zadecydują o kształcie całej jednostki.
W marcu skończyłam mój czterdziestodniowy okres bez alkoholu. Była po tym impreza „better than jesus”. Bo chodziło o to, że on wytrzymał 40 a ja dokładnie 41. Takio tam nibyrekord. Zabawnie, jak zawsze. Była też impreza z okazji 1000 wpisów na nowym fotoblo. Tym po-Play-owym. Mogę chyba też śmiało powiedzieć, że to właśnie wówczas zaczęły się moje problemy z doktoratem. Podczas prezentacji koncepcji pracy doktorskiej na zebraniu Zakładu Socjologii Kultury IS UW zostałam nieco skrytykowana za brak jasnej wizji. Wiem to, wiem. Ale prawda jest taka – i nigdy od tego nie uciekam – że nie wzięłam się za to na czas i teraz musiałam cierpieć za swoje. Zasłużyłam. Marzec jest czasem imprez z okazji urodzin JejPerfekcyjnosc.blox.pl – „6lat blox”. Tak było i tym razem. Szóste (!) urodziny świętowaliśmy hucznie. To niejedyne urodziny w tym miesiącu. Gacek postanowił zorganizować też swoje, na których po raz pierwszy robiłam za fotografkę. W sensie, że zatrudnili mnie w tej roli. I wszyscy zadowoleni! Bo, jak się okazało, ja naprawdę wiem, jak się robi dobre zdjęcia na imprezach!
Znów z Marcinkiem się upiłam w jakiś barach na mieście. A w radiu FG wygrałam płyty od Tary McDonald, którą przecież znam osobiście… Były urodziny Michała ale i zacieśnianie mojej znajomości z Luke’iem. Na „miasto, marazm, masturbacja” ukazał się wywiad ze mną a przeploty.pl informowały o urodzinach bloxa.

KWIECIEŃ

Na początku miesiąca wyjechałam do domu rodzinnego na święta Wielkiej Nocy. Pobyt nie za długi, bo wiadomo. Nie ma co siedzieć tam nie-wiadomo-ile. Upiekłam ciasta, spotkałam się z rodziną, popiłam ze znajomi z Warszawy (bo znajomych w mieście rodzinnym już w zasadzie nie mam…). A potem miesiąc ruszył z kopyta. Kolejne imprezy – w tym specjalna z okazji stulecia zatonięcia „Titanica”. Sam film zresztą oglądaliśmy, co było zabawne. Choć, dodam może, nadal mnie wzrusza w nim kilka scen. Mimo tego, żem widziała go wiele, wiele razy. Byliśmy na „Titanic 3D” w kinie! I znów płakałam!
Naukowo udało mi się kilka konferencji zaliczyć. „Kobiety, kwoty, polityka” czy „Płeć pod kontrolą? Sytuacja osób transpłciowych w Polsce i na świecie”. Zabawna sytuacja na Wydziale Historycznym UW, gdzie konferencja naukowa na tematy jakieś bardzo historyczne, ale jeden referat znajomego queerowy. Wpadłam i ja, a potem wywołano mnie do tablicy jako „specjalistkę” od queer. Nie myślę tak chyba o sobie. Na UW trwały wybory, więc musiałam wysyłać setki maili, z których ogarniałam kto, gdzie, dlaczego i o której może głosować. A nauczyciele akademiccy – uwierzcie mi – nie są tacy łatwi do ogarnięcia w tych kwestiach. Warto dodać, że nadal chodzę na posiedzenia Parlamentu Studentów UW, które raz w miesiącu mają miejsce. No i trwają przygotowania do Parady Równości i Tygodnia Równości. Zaczyna się też myślenie o rekrutacji do Instytutu Socjologii UW na kolejny rok akademicki. A ja trafiłam do dwóch komisji rekrutujących. Musiałam też przygotować opis zajęć, które chciałabym w IS UW prowadzić w przyszłym roku. Terminy są zabójcze.
Przebite uszy! Udało się! Odważyłam się! Mam kolczyki :) Nie było łatwo, z wielu powodów, ale powiodło się. Od 21 kwietnia 2012 jestem zakolczykowana.
Piękne imprezy udało się też zaliczyć. Najpierw Tiga w 1500 (ja jeszcze bez kolczyków), potem superwystęp Patrycji Malinowskiej w Absyncie (też bez kolczyków) a na koniec Martin Ten Velden w Space, który ostatecznie nie przyszedł (a ja miałam kolczyki już).
Rozwijam znajomość z Luke’iem, z Kubutkiem bez zmian, z Patrykiem na dokładkę. Jest śmiesznie, zwłaszcza gdy lądujemy u Gacka z Patrykiem, Grześkiem i Łukaszem a potem okazuje się, że ich zostawiłam a tam do jakiś akcji dochodzi seksualnych…
Onet.pl publikuje wywiad ze mną >Kiedyś napisałem na Pudelku „pierwszy”< a potem zaprasza na czat ze mną przez Paradą Równości.

MAJ

Długi weekend zaczyna się od urodzinowego pikniku Pauliny. Towarzystwo dla mnie nieco dziwne, ale zabawnie. To trochę wspomnienie po naszych paryskich piknikach wakacyjnych ponad rok wcześniej… Och, to były czasy… Potem urodziny Grześka, na które zabieram Tomka. To moje kolejne podejście do niego. W sensie, że do Tomka. Ale tym razem ciut lepsze, bo udało się nam jakiś czas później porozmawiać na poważnie. Poznałam też wówczas Grzesia Młodego, który teraz myśli, że jest wielką (małą w sumie…) modelką, więc nie ma czasu na nic, poza zapraszaniem wszystkich na swojego fanpage’a na facebooku. No, ale już, bez złośliwości.
W maju byłam gościem Dnia Socjologii w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Bardzo miłe wydarzenie, bardzo gościnni ludzie. Muszę przyznać, że – jak zawsze – zainteresowała mnie przede wszystkim atmosfera uczelni, która dla każdej szkoły wyższej jest nieco inna. Nie inaczej było i tutaj. Stopień feminizacji jeszcze wyższy, ciekawe interakcje wykładowcy-studentki… Widać, że to szkoła mniejsza od UW ;)
Była też konferencja „Islam a queer. Nieheteronormatywność w kulturach muzułmańskich”. Superwydarzenie, na które przybyło ponad 120 osób! To naprawdę fajny wynik, który świadczy o dużym zainteresowaniu tematem. Mnie się udało wystąpić z referatem „Okcydentalność teorii queer: o konieczności regionalizacji”. W grudniu od jednego z gości Meliny usłyszałam, że był ciekawy ;) Chociaż tyle z tego mam. Referat się nigdzie nie ukazał, choć rozważaliśmy jakąś minipublikację. Mini, bo większość wystąpień ukazała się w mającej tego dnia premierę książce „Queer a islam”.
Do Parady Równości coraz bliżej, więc i spinka coraz większa. Tym bardziej, że Tydzień Równości znów nas miażdżył ilością rzeczy do ogarnięcia… Poza czatem na Onet.pl na ten temat, napisałam też tekst dla homoseksualizm.org.pl pt. „Parada musi być świętem przegiętych ciot”. Ciekawie przyjęty – jak zawsze w zgodzie z moim poglądem, że trzeba podniecać się różnorodnością. No i na koniec wpadłam do TOK FM, żeby dalej o Paradzie opowiadać.
Maj to, jak zawsze, Międzynarodowy Dzień Paris Hilton. Tym razem nie było łatwo. Ulewa nas złapała straszna na kilka chwil przed i już się bałam, że nic z tego nie wyjdzie… Ale ostatecznie słońce wyszło i było, jak zawsze, zabawnie i kolorowo. Pan z policji, który mnie legitymował (zawsze legitymują organizatora) stwierdził, że widzimy się tutaj co roku i wydawał się tym faktem lekko rozbawiony. Tak sympatycznie. A przed Dniem – impreza w Melinie. Zabawna znów, bo jacyś dziwni goście z Trójmiasta i skądinąd: chudnący PePe, piękny Kubutek, niezadowolony Michał Pasiasty, pijany Patryczek, no… było śmiesznie. Tym bardziej, że ciepło i nastroje wszystkim dopisywały.
Kolejne spotkania: z Wojtkiem, z Grzesiem modelką… Ale i imprezy! W tym hipsterskie, w Charlotte, w PKP Powiśle – ale ja nie jestem ich fanką. Znaczy, że od czasu do czasu mogę tam wpaść, tak jak do Toro czasem wpadam, ale bez przesady. Plastikowe kubeczki, błoto, brak oświetlenia (bo na zewnątrz w zasadzie wszystko), chilloutowa muzyka… Nie, nie, nie. To nie dla mnie. Ja potrzebuję pierdolnięcia!
Takim pierdolnięciem miało być i było otwarcie nowej Utopii. Doczekaliśmy się! 1,5 roku po zamknięciu Jasnej 1, przenieśliśmy się na Kredytową 9. Impreza poprzedzająca w Melinie bardzo udana, uroczyste zdjęcie napisu „Nie Ma Utopii”, piękni Tristan i Kubutek w moich strojach i ze złotym hula-hop… Wszystko tak, jak sobie zaplanowałam. Sama impreza w Utopii – udana! Tłoczna. Nowe miejsce wszystkich przytłoczyło swoją wielkością, ale o tym napiszę dokładniej innym razem. Tym niemniej, stało się, mamy nową Utopię!
Awaria komputera… A dokładniej: dysku twardego. To mnie powaliło na podłogę. Pożyczyłam na szybko kasę od mamy celem zakupienia nowego Hard Drive, ale ze zwrotem nie szło mi tak dobrze… Różne perturbacje i problemy finansowe sprawiły, że w zasadzie do końca roku się z tym bujałam mniej lub bardziej. Ale najważniejsze, że dysk był! I jest!
Przed samą Paradą Równości napisaliśmy do władz UW jako Queer UW, że chcemy powiesić tęczową flagę na przed bramą główną UW – tędy bowiem trasa miała wieść. Nie zgodzili się, co zaskoczeniem nie było. Ale nawet jak wiadomo, jak odpowie jakaś władza, to pisać trzeba, żeby na piśmie pewne rzeczy mieć. Tak jak z wnioskiem o patronat honorowy Prezydenty m. st. Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz nad Paradą Równości. Wiadomo, że odpowie, że nie. Ale trzeba ją zmusić, żeby to zasrane pismo odmowe podpisała.

CZERWIEC

Parada Równości i nagła zmiana trasy, która zaskoczyła wszystkich. Ale miała jeden wielki plus – udało się nam z informacją na ten temat przebić do wszystkich dużych mediów. Co prawda kosztowało nas to bardzo dużo pracy nad zmianą wydrukowanych już ulotek, ale udało się. Nowa trasa nie była gorsza. Momentami była nawet bardziej korzystna, bo wygodniejsza. Ja, oczywiście, najbardziej dumna jestem zawsze z WHATEVER. I tym razem znów było super! Banda ludzi szalonych, tak jak ja, niosła z dumą czarno-biały baner, by pokazać, że ma w dupie uprzedzenia, także te wewnątrzśrodowiskowe. Mój strój, autorstwa Agnieszki, która zgłosiła się do mnie, ot tak i której wcześniej nie znałam, okazał się super! Jest zjawiskowy, kolorowy i naprawdę udany! Nie wiem czy ona z niego tak dumna, jak ja, ale naprawdę uważam, że był super! Podświetlony na tęczowo Ratusz Ursynowa to dodatkowa atrakcja. A imprezy okołoparadowe zawsze są udane, bo się zjeżdża do Warszawy całe polskie i trochę zagranicznego pedalstwa.
Ruszyły zapisy na moje zajęcia w Instytucie Socjologii UW – po raz pierwszy można było w ramach studiów zapisać się do mnie na kurs. Jeden po angielsku i jeden po polsku. Jestem z tego bardzo dumna :)
Gościła mnie Czwórka Polskie Radio – rozmowa dotyczyła, oczywiście, Parady Równości i Queer UW. Innego wywiadu udzieliłam WAWALOVE. A dla innastrona.pl napisałam tekst „Szkoda czasu na hejterów”.
Wyjechałam na kilkanaście dni do Władysławowa. Do Marcinka do Ryby Piły. Kiedyś w żartach stwierdził, że może mnie zatrudnić, skoro pracy na wakacje szukam. Zgodziłam się. Ponoć mu odradzali, bo twierdzili, że się nie nadaję, nie potrafię i będę cały czas się wygłupiać. No, oczywiście, że się wygłupiałam! Ale nie cały czas. Ostatecznie – w żartach – nazwano mnie pracownikiem miesiąca ;) Zapierdalanie po 14 godzin na dobę jest super. Zwłaszcza takie, jak ja miałam. Mili ludzie, ładny szef, ciekawe towarzystwo, spokojna okolica… Nie mogę narzekać. To była moja pierwsza „praca studencka” w życiu i spodobało mi się.
Kolejne spotkania z Wojtkiem, na których pokazuję mu, że wcale mu na ludziach nie zależy… Oraz wyjątkowe spotkanie z Tomkiem. Takie, na które się do niego wprosiłam, ale które zakończyło się tym, że spałam u niego. Z nim w zasadzie. Całowaliśmy się. To było bardzo miłe, ale i dziwne, jak się potem okazało. Ale to zaraz. Ostatecznie też zerwałam kontakt z Luke’iem. On czego innego chciał od tej znajomości niż ja. I poprosiłam znajomych, żeby na razie też go unikali, dopóki ja się nie oswoję z tą myślą. Zwłaszcza Damianowi.be to mówiłam – wiedziałam, że mają przeszłość. Ale on, jak na złość, zrobił to. Od tego czasu zerwałam z nim kontakt.
Na UW wybory. Ja powoli kończę pracę Przewodniczącego Komisji Wyborczej Instytutu Ameryk i Europy UW. Swoją drogą, nie wiem czy to przypadkiem nie pierwsza taka sytuacja w historii, że student przewodniczy komisji wybierającej władze jednostki na UW…
Zgubiłam dowód osobisty. A raczej: zorientowałam się, że nie wiem, gdzie go mam. To o tyle złe, że chcę wyjechać lada moment gdzieś a tutaj taki problem… No, ale ogarnęłam to, zgłosiłam zaginięcie. Dobrze, że za mniej niż rok i tak musiałabym go wymieniać, bo jakoś tak tracił ważność. Żeby było śmiesznie, to oczywiście się potem znalazł. Po jakiś 3 miesiącach. Był w Melinie, ma się rozumieć.
Stało się – doktorat wisi na włosku. Moja promotora powiedziała na chwilkę przed ostatnim możliwym terminem otwarcia przewodu, że nie chce być promotorą. Wini moją późno rozpoczętą pracę nad dysertacją oraz fakt, że naukowo się nie dogadujemy. Jasne, biorę to na siebie i przyznaję się, że to prawda. Szkoda tylko, że mi tak późno tym mówi… Szanse na załatwienie czegokolwiek teraz są w zasadzie zerowe. A przez wakacje… no, wiadomo. Najgorsze, że rok wyborczy, więc ostatnie dni sprawowania władzy przez starą władzę, która wówczas nie chce być zbyt władcza w czymkolwiek… Eh…
A na koniec miesiąca niespodzianka! Uniwersytet Warszawski wreszcie zwrócił mi koszta sądowe sprawy, którą ze mną przegrał. Co prawda to tylko 100 zł, ale liczy się wydarzenie, a nie kwota. A uwierzcie mi, że nie było łatwo, bo na tę stówkę czekałam półtora roku!

LIPIEC

Znów Władysławowo. Znów na kilkanaście dni pracy tam. Nadal jestem podniecona tym wszystkim, nadal mnie każdy dzień cieszy a długie godziny pracy nie męczą. Takie życie to ja rozumiem – wstaję o 9:00, o 10:30 jestem w pracy, zapierdalam do 24:00, wracam o 2:00, śpię do 9:00 i tak w kółko. Super! Zero myślenia o czymkolwiek, zero zmartwień, zero stresów. Pijani młodzi ludzie, robiący sobie z nami zdjęcia, inni meldujący się na facebooku u nas, pyszne jedzenie, śmieszna obsługa, rodziny z dziećmi, pan pijący dwa szoty o 12:00. No i mecze. Bo Euro czy coś tam i wszyscy się podniecają, przeżywają, stresują. A dla nas oznacza to przede wszystkim: nalewanie piwa. Ale zdarzają się pary, które wpadają codziennie na innego drinka… Tak więc można poszaleć z przygotowaniem czegoś fajnego. Ale i można przepić potem pół pensji wieczorem. W sumie, czemu nie? Na co mam oszczędzać?
Zaczęła się też praca na poważnie w komisjach rekrutacyjnych w Instytucie Socjologii UW. W sumie nawet lubię to zajęcie. W sensie, że to zawsze zabawne jest, oni się stresują. A potem wchodzą, widzą poważną komisję i jednego takiego tam transa albo z śmiesznymi kolczykami, albo z czarnymi paznokciami. Mam nadzieję, że to im trochę poprawia humor…?
W lipcu Mariusz i Piotrek/Wojtek dołączyli do grona wszystkich pedałów w Warszawie, którzy prędzej czy później będą mieszkać przy Ordynackiej u Gacka… Wiadomo, że to za długo nie potrwa, ale na jakiś czas się można tam zatrzymać. A okazja dobra do organizacji imprezy parapetówkowej, prawda?
W połowie miesiąca Nowy Wspaniały Świat się zamknął. Miałam nie iść, ale ostatecznie poszłam na kiermasz „weź ile udźwigniesz za 15 zł”. Tak też się stało, wybrałam się, swoje w kolejce odstałam, jakiś ludzi poznałam, ale książki mam. Część z nich nadal „do przeczytania” czeka. Bo mam takie miejsce w szafce – „do przeczytania”. Tak jak mam Półkę Rzeczy Zostawionych, przeznaczoną na wszystko, co z imprez zostawiacie w Melinie. Porządek musi być.
Dobrą imprezą były też urodziny Damka – w Na Lato. To moja pierwsza wizyta tam, ale szaleństwo było. I pani klaun Marta, która nam zwierzęta z balonów robiła. Ale Pasywa z balonów nie umiała zrobić. Najśmieszniejsze było, gdy wpadliśmy na pomysł jazdy na longboardach z Gackiem. A że nie potrafimy, jesteśmy mało sprawni, byliśmy lekko pijani, to wszystko wyszło megakomicznie. I dobrze, tak ma być!
Były też poważne sprawy, jak wizyta u Marzszałki Ewy Kopacz w sprawie związków partnerskich, jak i udział w Konferencji Rady Europy i rządu nt. zwalczania dyskryminacji wobec LGBT. A skoro o pedalstwie mowa, to w Melinie po raz pierwszy odbyło się Spotkanie Gejów Nastoletnich. No bo skoro nastolatkowie chcą się spotkać gdzieś, a nie mają gdzie, to wiadomo, że mogą u mnie. Impreza się potem rozkręca z każdą kolejną edycją. Na blo zaś napisałam „Związki partnerskie? Nie macie nic do stracenia!”, żeby włączyć się do tej nudnej dyskusji.
Podróże, podróże… Musiałam się wybrać do domu rodzinnego, żeby dowód odebrać. Tak! Udało się, zdążyłam na czas! A potem jeszcze na wyjazd do Trójmiasta. Gdzie jakoś zbliżyłam się z Bonawenturą. Dziwnie to wszystko się potoczyło, ale pozytywnie było. Było całowanie i takie tam. Było też, oczywiście, dużo alkoholu… Sam wyjazd, oczywiście, zabawny. Znów szaleliśmy, śpiewaliśmy w pociągu SKMki Britney Spears „Hung Up” z ludźmi obcymi dokoła.
A na sam koniec miesiąca ukazał się wreszcie „Rocznik studenckiego ruchu naukowego Uniwersytetu Warszawskiego” z moim tekstem „Temat przemilczany na UW. Raport z badań nad sytuacją osób LGBTQ studiujących na Uniwersytecie Warszawskim”.

SIERPIEŃ

Wyjazd do Amsterdamu był naprawdę super! Ten tydzień spędzony tam był intensywny, pełen wiedzy, poznawania ciekawych ludzi (tak z Holandii jak i spoza), ale i sympatyczny z racji spotkania z Kacperkiem i jego Wojtkiem. Udział w Amsterdam Canal Pride był wisienką na torcie. Setki tysięcy ludzi, ja na policyjnej łodzi… Niesamowite doświadczenie (kazali mi czapkę nosić!). Ale i imprezy! Kluby, puby! To naprawdę przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Dziękuję raz jeszcze rządowi Holandii za zaproszenie. Mam nadzieję, że program zaproszenia fotoblogerów_rek z całego świata przyniósł im oczekiwane efekty i że też są zadowoleni. A ten hotel… eh, oby częściej!
Chwilę później ukazała się moja relacja „Cały Amsterdam świętował Gay Pride” na innastrona.pl oraz wywiad z vicemiterem gay 2012, którego miałam okazję poznać podczas pobytu na miejscu. W sierpniu innastrona.pl zapowiedziała też, że to ja poprowadzę ich urodziny w Coconie za niedługo. Miło, że mnie zaprosili do tego wydarzenia. Mam nadzieję, że nie żałują ;)
Ruszyła rejestracja na moje zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW. W trzy dni w zasadzie udało mi się zapełnić listę na kursie „Osobno i razem. Zrozumieć współczesną miłość, relacje i samotność”. To miłe doświadczenie.
Koniec miesiąca – a w zasadzie blisko 3 tygodnie – spędziłam znów we Władysławowie. Było bardzo fajnie. I już zupełnie inaczej niż poprzednio. Co nie oznacza, że nie sprawiało mi to wszystko radości. Nadal doskonale się bawię, nadal chcę to robić, chcę pracować jak najwięcej. I nawet kilkunastogodzinna praca dzień w dzień mnie nie męczy. Na początku jednak odwiedziłam dom rodzinny, gdzie znów napiekłam ciast oraz Rewal, gdzie znów się najebałam. Czyli jak zwykle. Super było spotkać znajomych w Rewalu, mimo tego, że spać musiałam na materacu na podłodze. To właśnie o to chodzi, o takie szaleństwo trochę. W domu rodzinnym odpoczywałam a potem do Władysławowa na zapierdol pojechałam. Atrakcją było dla mnie prowadzenie karaoke (wiadomo, że nie na trzeźwo i że Marcinek mnie zmusił!) oraz… przyjazd Bonka. Taki do mnie. Wynajęliśmy sobie pokój we Wła, gdzie razem mieszkaliśmy. Sypialiśmy w sumie, bo ja całe dnie w Rybie Pile, a on mi generalnie towarzyszył. Bonek jest ładnym chłopcem, niegłupim, z charakterem, ale… ale zaliczył wpadkę, której nie potrafiłem mu potem już zapomnieć. Niby głupota, ale jednak… Co nie oznacza, że nie wspominam mile tego, co tam się działo między nami. Co to, to nie :)
Powrót do Warszawy był miły, bo na miejscu czekało na mnie Spotkanie Gejów Nastoletnich #2. Wyszło jeszcze lepiej niż poprzednio, a na spotkaniu poznałam m.in. Arka. O tym zaraz jednak. W tzw. międzyczasie spotykałam się kilka razy z Tomkiem. Ale coś nadal czułam, że to nie do końca tak, jak ja sobie wyobrażam rozwój naszej znajomości.

WRZESIEŃ

Lubię, bo dzieci wracają do szkoły a do Warszawy powoli studenci się zjeżdżają. Nowe twarze, nowe kluby, nowe imprezy. Ale ja chciałam Tomka. W sensie, że do niego chciałam pojechać na wieś pod Puławami. I zrobiłam to. Akurat był sam w domu, więc okazja idealna. Spędziliśmy razem miłe kilka dni, odpoczywając, jedząc, troszkę pijąc, rozmawiając, zbierając owoce w ogrodzie… Wszystko fajnie, ale gdy przyszło co do czego, okazało się, że on – a, powiem to dwuznacznie – mnie nie chce. No, skoro nie, to nie. Ja rozumiem. Widziałam się z nim potem jeszcze raz, już w Warszawie, w jego nowym mieszkaniu – chory, więc odwiedziłam.
Zaraz po powrocie do Warszawy zajebali mi telefon. W tramwaju linii 7. Podejrzewam motorniczego, ale nie wiem. No i potem bujałam się ze zgłaszaniem kradzieży na policji, co wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza jak się mieszka w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Warszawy. No, ale udało się. Ostatecznie sprawa umorzona z braku wykrycia sprawców. Dobrze, że mam jakieś zapasowe telefony w domu. Ale od tej pory zdjęcia na fotoblogu są dużo gorsze. Do czasu! Obiecuję, że do czasu!
Poprowadziłam debatę podczas Tygodnia Nauki pod tytułem „Krajobraz przedwyborczy 2012: Spory o Obamę i nie tylko”, zaś na innastrona.pl ukazał się mój tekst „Walka o wielomiłość to nasz obowiązek” – czyli głos w dyskusji o poliamorii. Dużo dyskusji potem, strasznie polifobiczne wypowiedzi – reprodukujące dyskurs homofobiczny tak wprost, że aż dziw, że oni tego nie zauważają, gdy tak mówią/piszą. NaTemat.pl zajął się Utopią, bo to jej kolejna impreza urodzinowa. W tekście „Urodziny Utopii. Czy zamknięte lokale dla gejów i lesbijek mają jeszcze rację bytu?” cytują mnie, jako osobę, która nie tylko bywa, ale dodatkowo jest z Utopią wybitnie kojarzona. Szkoda tylko, że zapomnieli, że to urodziny Królowej, a nie Utopii. Te będą za miesiąc dopiero…
Kolejne imprezy, kolejne wyjścia do 1500, do Utopii, do innych miejsc. Ze słynną już domówką połączoną z grillem gdzieś na dalekiej Białołęce. Po której Marcinek zszedł tak strasznie, że były obawy o jego życie. Przynajmniej Michauke miał te obawy. Mi zaś udało się do Room 13 dotrzeć po raz pierwszy. Dobre zdjęcia, muszę przyznać, ich fotograf Michał robi. A potem właściwy grill – na podsumowanie i pożegnanie Ryby Piły i tego, co tam się działo.
Plus dużo drobnostek: wyjście na nowy program Hrabi, spotkania z Bartkiem, który znów na jakiś czas w Warszawie się zatrzymał (i śmieszne, jak podrywał Michała, mojego współlokatora, albo gdy wpadł do niego na seks Wojtek, który za mną nie przepada a zastał mnie na miejscu…), odwiedziny w art cafe na Żoliborzu, udział w konferencji nt. polityki pamięci w Skandynawii, czy konferencji „Moda mimo wszystko” w Instytucie Kultury Polskiej UW.
A ja: znów przechodzę na dietę białkową.

PAŹDZIERNIK

Zaczął się rok akademicki. A mnie lada moment oficjalnie poskreślają z różnych list studenckich. Ale zanim, to ja ogarnę, co trzeba. Zaczęłam też swoje pierwsze zajęcia. W Instytucie Socjologii UW kurs „Sex & Gender. Queer and Post-Queer Narrations” oraz „Jak pisać, by Cię czytano? Warsztaty dziennikarskie”, zaś na Uniwersytecie Otwartym UW – „Osobno i razem”.
Zaraz na początku roku akademickiego poprowadziłam urodziny innastrona.pl/queer.pl w Coconie. Gwiazdą wieczoru byli Rebeka, zaś powodem do świętowania – plany zmiany nazwy serwisu po 16 latach jego istnienia. A ja przy okazji zorganizowałam w Krakowie Spotkanie Gejów Nastoletnich #3. Frekwencja mniejsza, ale nadal zabawnie i wszystko zgodnie z planem. Swoje urodziny miał także Grześ, więc dużo okazji do świętowania. Tak, jak lubię. Zabawa udana – i w Coconie (mimo że w paradowym stroju się ciężko tańczy), jak i u niego, gdzie robiłam za kelnera (przyzwyczajenie z wakacji). Dużo śmiechu, dużo alkoholu, mało miłości. Jakoś nie było mi dane poznać kogoś wyjątkowego tym razem. No cóż, będą inne okazje.
Za to w Warszawie 9. urodziny Utopii. Najpierw bifor w Melinie „bifore nine” a potem właściwe party przy Kredytowej 9. Same urodziny Utopii były huczne i wesołe. Ale… no, o Utopii w minionym roku napiszę kiedy indziej osobno, bo zasługuje. Tym niemniej, huczność urodzin nie była tak wielka, jaka powinna być. Tyle na razie.
Cały czas coś się dzieje w Queer UW. Ruszamy powoli z rekrutacją nowych osób, ale i ogarniamy formalne kwestie związane z planowaną utratą statusu studenta przeze mnie. Tak samo jak w drugim kole naukowym. Trzecie formalnie porzucam, nie zajmuję się nim, bo i tak nic się w nim nie działo i potrzebowałam go tylko „na papierze”. Już nie potrzebuję oraz nie mam czasu się nim zajmować.
Policja umarza śledztwo w sprawie telefonu. A my ruszamy do pracy nad Paradą Równości 2013. Pierwsze spotkania, uściski, wymiana uprzejmości. Na razie tyle, ale to też ważne. Ja ruszam z koordynowanym przeze mnie badaniem „Kobiety Samorządu UW”, które wydaje mi się naprawdę ciekawym
W tzw. międzyczasie gazeta uniwersytecka „Sedno” poleca mojego Twittera na liście „Twitterowego przegląd UW”. Potem Radio WAWA rozmawia ze mną na temat ogłoszenia w akademiku UW, w którym podkreślono, że osoby w związkach jednopłciowych nie mogą nocować swoich partnerek/partnerów w przeciwieństwie do osób w związkach różnopłciowych.
Znów wyjazd: tym razem do Puław, czy raczej do Kazimierza, bo na tym ostatecznie stanęło. Odwiedziłam Arka, którego poznałem na Spotkaniu Gejów Nastoletnich jakiś czas temu. Bardzo mile spędzony dzień, choć Arek bardzo nieśmiały. Udało mi się jednak namówić go na zdjęcie na wielkim kogucie czy siedzenie nad brzegiem Wisły. Więc było naprawdę miło.
Pamiętny after z Kubutkiem, na którym się totalnie sponiewieraliśmy. On wracał potem do domu wiele godzin, a ja usnęłam na siedząco w swoim pokoju… Tak, tak, takie imprezy też czasem są potrzebne. Zaś Michauke i Marcinek dość często wpadają. To dobrze i miło. Trochę się rozruszali i wychodzą też częściej na miasto w weekendy.
Największym szaleństwem było podjęcie się przeze mnie i Michała sprzątnięcia kuchni. Ale takiego totalnie generalnego. Wynieśliśmy WSZYSTKO co do ostatniej łyżeczki i serka wiejskiego. Sprzątanie zajęło nam prawie 8 godzin. A innym razem postanowiłam ogarnąć swój pokój. I co się okazało? Że prawie 35 kg śmieci wyniosłam stąd! Jak to się tutaj mieściło? Nie wiadomo. Ale już jest o te 35 kg lżej.

LISTOPAD

Miesiąc zaczął się od kolejnego Spotkania Gejów Nastoletnich w Melinie. Jeszcze huczniejszego niż poprzednie. I dobrze! Niech się rozkręca. Jeśli dalej tak pójdzie, to jest szansa, że SGN zastąpi dawne Floor-Sitting Party. W sensie, że impreza to inna i zmienia się nie tylko nazwa, ale i cała filozofia wydarzenia, za to może regularność i wyjątkowość uda się powtórzyć. Przy okazji imprezy Arek z Puław przyjechał. I miło spędził ze mną dwa dni. Znajomość wyraźnie idzie do przodu. Chyba w stronę, w którą oboje chcemy.
Kolejne imprezy… urodziny Kubutka, urodziny 1500, impreza Wolontariatu Równości, a potem impreza, po której Daniel wylądował w moim łóżku. Zła impreza, na której się ostatecznie zarzygałam w domu i usnęłam w wannie. Nie ma się co wstydzić, taka jestem.
Naukowo też się dzieje. Spotkania z Jodym Huckaby z PFLAG USA udane – na jednym pokaz filmu „Modlitwy za Bobby’ego”, na drugim moderowana przeze mnie debata na temat strategii ruchów LGBT. Wszystko sprawie i z sukcesem. A do tego konferencja pod patronatem Pełnomocniczki Rządu ds. Równego Traktowania nt. związków partnerskich – oczekiwań społecznych i możliwości polityczno-prawnych. Wreszcie ukazała się też książka „Strategie queer. Od teorii do praktyki”. Trochę nam to zajęło, ale udało się. Na spotkaniu promocyjnym, prof. Dybel nazywa ją „pionierską”, a dr hab. Kochanowski stwierdza, że jest to „początek polskiej szkoły queer”. Niech i tak będzie :) Gościłam też na debacie na temat współpracy ruchów LGBT i ruchów lewicowych na Wydziale Psychologii UW. Miałam okazję posłuchać też ciekawych wystąpień na seminarium „Fantazmat, estetyka, przestrzenie twórczości artystycznej” no i pojawiłam się na pierwszym posiedzeniu nowego Parlamentu Studentów UW, coby kandydatowi na Marszałka PS UW zadać kilka pytań. No i Urodziny Meliny! Superimpreza, na której padł rekord. Jednej nocy w Melinie bawiło się 38 osób. W tym Queer UW, które bezpośrednio przed wydarzeniem miało swoje Walne Zgromadzenie, na którym udało się Adriana wybrać na Prezesa nowego. W drugim z kół Prezeską została Agnieszka. Wszystko zgodnie z planem. Ja zaś jestem w obu kołach Dyrektorem Wykonawczym. Żeby nie było, że nie mam legitymizacji do działania w ich imieniu ;)
Ogłosiliśmy termin Parady Równości: 15 czerwca 2013. A na koniec listopada poznałam V. I to było mocne poznanie. Wepchałam się tej nocy za bar w Glamie. Nie wiem czemu, czasem tak mam. I po jakiś 1,5 czy 2 godzinach obsługiwania, podszedł do baru on. Zamurowało mnie, bo taki piękny. I już wiedziałam, że muszę wyjść zza baru, żeby go poznać. Tak też się stało.

GRUDZIEŃ

Na przełomie listopada i grudnia wyjechaliśmy do Budapesztu. To strasznie zabawny wyjazd, którego termin dobraliśmy specjalnie tak, żeby pokrył się z wyjazdem Mocara i jego znajomych hipsterów. Jak już kiedyś deklarowałam: dla anegdoty jestem w stanie zrobić bardzo wiele. Tak było tym razem. Znów, jako że nas aż 7 pojechała, śmialiśmy się do rozpuku cały czas. Małe awantury, dużo hałasu, humor, gra w makao (nadal nam się nie znudziło!) i w mafię (nowy pomysł), no i wyjścia na miasto. Trochę zwiedzania, trochę imprezowania, dużo picia. Długi weekend, jaki tam spędziliśmy był ekstra! Łącznie z zabawą w chowanego ostatniej nocy… Z tymi ludźmi naprawdę nie sposób się nudzić!
Zaraz po powrocie: spotkanie z hinduskim reżyserem i pokaz filmów indyjskich na UW. Wypadło bardzo fajnie, sporo ludzi, ciekawa osoba. No i udało mi się Michauke wciągnąć trochę w działanie Queer UW. Wierzę, że mu się spodoba i będzie chciał więcej. A skoro o Queer UW mowa, to kilka dni później ogłosiliśmy nasz raport „Kobiety Samorządu UW”. Oznacza to, że badanie zakończone, my zwolnieni z obowiązku ciężkiej pracy i możemy wreszcie odpocząć.
Kolejne szalone imprezy: a to z Marcinkiem i Michauke, a to z V… Gacek zakochany, więc co chwilę na weekend do Krakowa jeździ i czasu mniej spędzamy razem. Ale próbujemy. Ja też muszę do Krakowa się wybrać, ale to nie teraz. Oczywiście, nadal i cały czas spędzam mnóstwo godzin z Kubutkiem, chociaż wiem, że to powinno się skończyć (o tym zaraz). Urodziny Bonka, bifor na Ordynackiej, impreza w 1500, potem Glam i na koniec Utopia – tak wyglądała jedna z nocy. Dokładnie ta noc, następna po kradzieży mojego płaszcza w Glamie. No dobra, przywłaszczeniu, nie kradzieży. Przez 24 godziny byłam bez kurtki, bez dowodu, bez klucza do domu… Masakra. Na szczęście okazało się, że to jeden pedał po prostu pijany przez pomyłkę wziął i następnego dnia oddał. Bogu dzięki!
Kończą się moje zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW – mam świetne wyniki ewaluacyjne. Rusza więc rejestracja na kolejne kursy i zapowiada się dobrze. „Osobno i razem” raczej na pewno ruszą znów. A skoro zbliżają się Święta, to czas na serię spotkań wigilijnych. Najpierw „Wigilia studencko-gejowskiej bohemy” w Melinie, potem takie samo spotkanie Queer UW, potem zaś redakcji miesięcznika studenckiego. A na dokładkę: poproszono mnie o poprowadzenie aukcji charytatywnej na UW. Oczywiście, zgodziłam się, bo to zawsze zabawne, a cel szczytny.
Zakwalifikowali mnie do wyjazdu na tydzień do Strasburga na konferencję ANSO, ale… muszę wyłożyć na bilet (potem mi zwrócą bez 200 zł). I to jest problem, bo 1400 zł wytrzasnąć znikąd nie tak łatwo.
W końcu wyjazd do domu rodzinnego. Tam rodzina, rodziną ale najważniejsze są ciasta. Wyjątkowo dobre mi wyszły wszystkie trzy, które robiłam, ale i wyjątkowo mi obżarstwo świąteczne zaszkodziło. Nigdy jeszcze tak nie miałam, że mnie autentycznie brzuch bolał. Ale to najpewniej efekt kumulacji trzech dni wielkiego żarcia plus fakt, że wcześniej byłam na białkowej i organizm odzwyczajony od takich ilości takiego jedzenia… Udało się jednak, przeżyłam. Bawiłam się też ze znajomymi – co zabawne: warszawskimi. Bo ja już chyba nie mam w mieście rodzinnym znajomych innych niż ci z Warszawy… No i po całym zamieszaniu: powrót do Warszawy. Jeszcze kilka ostatnich spotkań z Pauliną, Marcinkiem, Michauke i zaraz Nowy Rok. Pod koniec Arek z Puław mnie poinformował, że już nie chce naszej znajomości rozwijać. No cóż, nic na siłę.

***

To był dobry rok. Trudny strasznie, ale dobry. Byłam raczej zdrowa (choć nie ukrywam, że pozostałości po leczeniu świerzbu ponad rok temu nadal mi dokuczają a na dodatek przesadziłam z depilacją w wakacje i cierpiałam przez to też), znajomi też. Imprez dużo, bardzo różnorodne. Tylko, co prawda, kilka naprawdę udanych, takich och-ach, ale trzeba doceniać, co się ma. To zdecydowanie rok, który dla mnie upływał pod znakiem Kubutka i mojego ogromnego uczucia do niego. Ja wiem, że nieodwzajemnionego, ale nie bądźmy racy zachłanni, nie wszystko musi być od razu wzajemne. Oczywiście, były inne znajomości (pisałam o nich w osobnej blotce „Walentynka sprzed (prawie) 9 lat”), które miały szansę stać się bliższymi, ale wszystkie się rozmyły albo zostały przeze mnie zakończone jako nierokujące. To akurat rok rocznie jest takie samo. Super, że na UW mi się udaje niektóre rzeczy realizować. Cieszy mnie strasznie to, co Queer UW robi. Nie bez znaczenia jest supersprawna redakcja w miesięczniku studenckim w Instytucie Socjologii UW. Wszystko to sprawia, że pracuje się naprawdę miło.
No właśnie, praca. Bo nie ma co udawać, że są dwie najtrudniejsze kwestie w minionych 12 miesiącach. Pierwsza to brak kasy. Półtorej roku temu zarabiałam nawet 3 razy tyle, co dzisiaj. Więc różnica, jak widać, znaczna. Co tam robię w tej kwestii, wysyłam CV, ale problem jest taki, że do niektórych rzeczy jestem over-qualified a do innych mam za małe doświadczenie. Próbuję więc dalej, może się uda. Prawda jest taka, że utrzymuje mnie teraz głównie pisanie. Staram się więc jak najwięcej tego robić. Przez to wróciłam też trochę do pisania blo. Jeszcze za mało, ale ostatnie kilka tygodni pokazuje, że naprawdę się staram i jest szansa, że będzie dobrze. Ale wracając do pieniędzy… Jakąś pomocą jest prowadzenie zajęć na UW – wszak za to kasa też będzie, ale (uwaga!) dopiero po zakończeniu semestru. Więc to taka praca z bardzo odroczonym terminem płatności. Jest jednak nadzieja, że jakoś przeżyję.
Drugim minusem jest oczywiście doktorat. To, co się stało, znacząco formalnie utrudniło mi życie. Jasne, wyjdę z tego i już jestem na bardzo dobrej drodze, ale jednak pracy przede mną nowej trochę przez to jest. W lutym powinno się wiele zadecydować, potem do czerwca trochę pracy i formalna walka we wrześniu-październiku. Będzie się dziać. Ale trzymajcie kciuki. Wszak, jeśli nie ja, to kto?

Postanowienia noworoczne? Hm, no dwa pierwsze najpewniej związane z powyższymi minusami roku 2012. Czyli znaleźć jakieś pieniądze i wrócić z doktoratem. A inne? No, po pierwsze: ograniczyć swoją znajomość z Kubutkiem. Wiem, że pijarowo i nie tylko szkodzi mu to, że jest ze mną kojarzony. Czas ułatwić mu życie, usuwając się lekko w cień. Po drugie: kontynuować Spotkania Gejów Nastoletnich do wyczerpania formuły. Po trzecie: zaskoczyć wszystkich strojem podczas Parady Równości 2013 (mam pomysł już, tylko potrzebuję pomocy przy wykonaniu!). Po czwarte: kontynuować zajęcia na UW, walczyć o nowe. Po piąte: pisać, pisać, pisać – mimo że tego nie lubię i mnie to męczy, to wiem, że muszę. Po szóste: nie przytyć! (może powinnam to wcześniej napisać…) Po siódme: dobrze się bawić. Albo nie! Lepiej: zajebiście się bawić. (to też powinno być wcześniej na liście). No i chce iPhone’a! To po ósme. I wystarczy chyba tyle.

[youtube Ay6rl9Dywj0]

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email