Dorota Gardias i ja po sesji i wywiadzie dla jednego z miesięczników
Dorota Gardias i ja po sesji i wywiadzie dla jednego z miesięczników (fot. A. Zakrzewska)
W listopadzie będzie za mną. Minie dokładnie 15 lat od czasu, gdy opublikowałam swój pierwszy artykuł. Okej, to było w szkole podstawowej i w gazetce, która tam się ukazywała, ale… liczy się! Od tej pory piszę bowiem bez przerwy (z przerwami tylko blo prowadzę, niestety…).

Przyznaję się bez bicia, że teraz już więcej redaguję, niż piszę. Ale to w sumie dla niektórych forma awansu. Dziennikarze muszą zapieprzać po ulicach, pisać, dzwonić i pytać, umawiać się na wywiady, robić zdjęcia na miejscu, zaś redaktor tylko zleca, sprawdza, weryfikuje, poprawia i zatwierdza. Więc gdyby tak na to spojrzeć, to może i lepiej w sumie, że mniej piszę. Ale w ciągu tych 15 lat pisałem średnio 30-35 tekstów miesięcznie. Dłuższych, krótszych, mniej i bardziej poważnych. Daje to jakieś 5000 materiałów prasowych przez te wszystkie lata (no, da w listopadzie…).

Ja wiem, że większość z Was nie wie, co i gdzie ja piszę. Nie ma to znaczenia. Dziennikarz ma być przeźroczysty. Jestem tylko maszynką do przetwarzania informacji – ona jest najważniejsza. A gdy piszę publicystykę, to o niej wiecie.

Zaczęło się w szkole podstawowej. Ze znajomymi postanowiliśmy założyć gazetę szkolną. Nazywała się „Informator”. Nadal mam wszystkie jej numery. Kserowana na szkolnej maszynie, czarno-biała. Początkowo zawierała naszą – wybaczcie to słowo – publicystykę. Potem także bardzo dużo przedruków. Nikt nam wtedy nie wyjaśnił, że tak nie wolno. Więc sporo tychże się pojawiało. Oczywiście, że zostałam redaktorem naczelnym. To chyba wiadomo ;) Zawsze tak było, że jak trafiałam do jakiejś redakcji, to przejmowałam w niej ster.

W liceum założyłam „Niusy” – miesięcznik, z którego jestem bardzo, bardzo dumna. Po roku działalności w bardzo prestiżowym konkursie wybrano nas najlepszą gazetą szkół średnich Pomorza Zachodniego. Rok później ja zostałam najlepszą dziennikarką szkół średnich na Pomorzu Zachodnim, zaś gazeta dostała wyróżnienie od „Newsweeka” i nagrodę w największym chyba konkursie ogólnopolskim „Potęga prasy”. Rok później – kolejne wyróżnienie w tym konkursie. Mówiąc krótko: to było coś. Na tyle dobrze nam szło, że nasze teksty przedrukowywał lokalny dziennik, a nasze donosy sprawiały, że do szkoły wdzierali się dziennikarze regionalni, gdy coś się działo. A działo się. A to nie chcieli wpuszczać do szkoły osób bez zmiennego obuwia (ograniczenie prawa dostępu do edukacji), a to okazało się, że nie zabezpieczono systemu informatycznego i z każdego komputera w szkole można było sprawdzać i zmieniać księgowość szkoły (łącznie z wysokością wypłat dla nauczycieli). Oczywiście, że się to dyrekcji nie podobało. I próbowała nas cenzurować. W pewnym jednak momencie nasza siła była na tyle duża, że w trakcie rozmowy z dyrektorką szkoły, która chciała „przeglądać przed wydaniem, nie cenzurować gazetę” powiedziałam jej, że jasne, nie ma sprawy, ale ja rezygnuję z pracy w redakcji. Wystraszyła się, bo gazeta była jedną z niewielu rzeczy, którymi mogła się pochwalić. Więc wycofała się szybko z tego pomysłu a my nadal sialiśmy ferment i zamieszanie. Myślę, że to własnie licealne „Niusy” nauczyły mnie odwagi, ale i odpowiedzialności za słowo. To była trudna, ale i superciekawa praca.

Uwierzcie, że pisanie w bardzo lokalnym czasopiśmie jest najtrudniejsze. Bo swoich czytelników spotyka się na co dzień, trzeba im spojrzeć prosto w oczy, gdy przychodzą z pretensjami. Dziennikarz dużej „Gazety Wyborczej” jest anonimowy. Nikt nie wie, jak wygląda, nikt na ulicy go nie zaczepi i nie opierdoli za to, że coś źle zrobił. A w prasie lokalnej – owszem. Tego nauczyłam się po tym, jak zaproponowano mi współpracę najpierw w dzienniku a potem w tygodniku lokalnym. Byłam jeszcze wówczas w liceum, a tydzień w tydzień pisałam po kilka, kilkanaście tekstów dla tych tytułów. To z kolei nauczyło mnie radzenia sobie z najtrudniejszymi tematami ale i specyfiki trafiania do czytelnika lokalnego. Bo wiadomo, że trzeba jakoś przyciągnąć osobę, która może 2 zł wydać na tę „Wyborczą” (niech będzie, skoro już się czepiłam), albo na dziennik lokalny. Ba, trzeba nie tylko przekonać, że warto ale potem udowodnić, że to nie były zmarnowane pieniądze. A poza tym pisać trzeba o rzeczach… no, różnych ;) Moim „szczytowym” osiągnięciem było w tej kwestii napisanie relacji z – uwaga! – spotkania opłatkowego emerytów służby więziennej w połowie stycznia. Tak, zrobiłam to. I udało się! Oraz, oczywiście, musiałam brać udział w tymże doniosłym spotkaniu…

W międzyczasie zaczęłam jeździć na obozy dziennikarskie do Rewala. Raz jako uczestniczka ale od razu zaproponowali mi pracę instruktora. Uczyłam dziennikarstwa radiowego. Ale z prasowego też szkoliłam przy okazji. Tym niemniej, przez jakieś 5 czy 6 lat spędzałam prawie 2 miesiące nad morzem, kształcąc kolejne dziesiątki dzieciaków w sztuce dziennikarskiej. To była superprzygoda i wspaniała zabawa. Ponieważ tam byłam „Erykiem”, do dziś setki osób spotykanych przypadkiem po latach tak do mnie mówi… To dość zabawne w sumie. Zabawa jednak skończyła się po „skandalu”. A więc wówczas, gdy wyszło na jaw, żem jest transem. No i się urwały kontakty z niektórymi dotychczasowymi „przyjaciółmi”, z którymi szkoliliśmy dzieciaki. Dobrze, że ci prawdziwi pozostali po tych latach i nadal mamy kontakt. Strata najpewniej dla obozu większa niż dla mnie. Raz, że ze mną na pokładzie zawsze mieli kłopot z głowy – nie musieli pytać, szukać nowych osób do zatrudnienia, bo wiedzieli, że ja będę. A poza tym ja naprawdę lubiłam to robić, a więc i zabawą było dla mnie pracowanie z nimi. A wiadomo, że wówczas zaangażowanie i efekty lepsze. Pamiątką jest to, że do dziś – po kilku już latach mojej absencji w tym miejscu, w radiu usłyszeć można nadal mój głos w jinglach. Znaczy, że dobrze uczyłam ;)

W Warszawie w tym czasie zaczęłam studia dziennikarskie na UW. Najpierw się na nie wcale nie dostałam (co wydawało mi się skandalem i śmieszne zarazem), ale rok później – owszem. Studia okazały się najgorszym pomysłem z możliwych. Supernudne zajęcia – głównie z historii dziennikarstwa/mediów. Prawie całkowity brak zajęć praktycznych. Bardzo niewielka liczba zajęć w ogóle. Nuda, nuda, nuda. Masówka, beznadziejni, zblazowani ludzie (wszyscy chcą być od razu prowadzącymi „Fakty” w TVN), którzy mają problem z pisaniem i mówieniem po polsku. Naprawdę bardzo, bardzo złe studia. Okej, miałam tam fan, bo się w samorząd już wówczas wciągnęłam i mogłam Uniwersytet Warszawski po sądach administracyjnych targać, ale to była wisienka na niesmacznym torcie. Niczego mnie te studia nie nauczyły. Ciekawe były tylko zajęcia prawnicze (nie wszystkie, bo jedne prowadziła zawsze nietrzeźwa prowadząca, którą ostatecznie odsunięto od zajęć…). Nie brakło na tych studiach skandali. Jeden pan nie zrobił egzaminu, wszystkim dziennym wstawił piątki, a wieczorowym czwórki. Inny pan profesor, pracujący w jednym z największych tygodników w Polsce, nie pojawił się na zajęciach przez cały rok ANI RAZU, ale wszystkim oczywiście zajęcia te zaliczył (indeks zostawiało się na portierni w redakcji, w której pracował a po dwóch-trzech dniach odbierało się z zaliczeniem już wpisanym). Dno, skandal i smuteczek zarazem.

Próbowałam więc inaczej. Trafiłam do kilku mediów internetowych (czasem krócej, czasem na dłużej), aż zaczęłam współpracę z „Mobile Internet”. To miesięcznik poświęcony nowoczesnej technologii. Zajmowałam się tam testowaniem telefonów komórkowych. Supersprawa, fajna i ciekawa zabawa. Ale znów, jako że wydawca jest organizatorem wspomnianego obozu dziennikarskiego, to przygoda musiała się skończyć… Szkoda, szkoda, bo wydaje mi się, że nasza kooperacja była udana dla obu stron.

Wówczas trafiłam do „Gazety Studenckiej”. To ogólnopolski darmowy miesięcznik studencki. Największy, ale powoli też już w tendencję spadkową wszystkich mediów wpisujący się. Napisałam tekst. Jeden, drugi, trzeci. Kilka przedrukował onet.pl, współpraca dobrze się układała. Najpierw dobra naczelna, fajna sekretarz redakcji… potem zaczęły się fluktuacje, kto inny przejął wydawnictwo – a to oznaczało, oczywiście, cięcia. Więc pojawiła się opcja zostania sekretarzem. Zgłosiłam się, przyjęli mnie. Wszystko układało się dobrze, aż naczelny po roku stwierdził, że musi skupić się na pracy w onet.pl (do dziś nagrywa dla nich reportaże). Czyli że zwolniło się miejsce dla mnie. Zajęłam je i przez kilka lat prowadziłam tytuł. W bardzo, bardzo trudnych okolicznościach finansowych, personalnych, lokalowych i w ogóle. Ostatecznie moja współpraca z nimi skończyła się właśnie z powodu kasy. Szkoda, bo to naprawdę ciekawy tytuł, bardzo fajny projekt medialny i jedna z ostatnich tego typu gazet, które przetrwały zapaść na rynku mediów drukowanych.

Od kilku lat też prowadzę w Instytucie Socjologii UW miesięcznik studencki „Niusy” – to kontynuacja mojego pomysłu z liceum, teraz w nowej sytuacji. Miesięcznik radzi sobie nieźle. Rok rocznie znajduję nowe osoby, które zainteresowane są tworzeniem go i pisaniem dla dobra całej społeczności. Bo tak też traktuję to pisanie – jako robienie czegoś dla społeczności. Że nic na tym nie zarabiam, nie muszę dodawać? :) Więc to bardziej przyjemność, zabawa. Ale taka, którą traktuję poważnie i nie opierdalam się. Wiem, że jesteśmy jakoś tam już stałym elementem istniejącym w tym środowisku i wiem, że pewne nasze przekazy mają znaczenie. Stąd odpowiedzialność za słowo.

Co robię poza tym? Eh, kiedyś startowałam w castingu na prowadzącego do VIVA Polska. I nie dostałam się. Wówczas może byłam jeszcze za gruba? Nie, no żartuję. Tym niemniej, do TV się nigdy nie dostałam. Ale i próbę podjęłam tylko raz. Wiadomo, że bywam tam za to gościem czasem ;) Aktualnie prowadzę zajęcia – warsztaty dziennikarskie dla studentów i studentek Uniwersytetu Warszawskiego (w szczególności: Instytutu Socjologii UW). Poza tym piszę stale i co miesiąc kilkadziesiąt newsów dla pewnego portalu, od czasu do czasu publicystykę dla innych mediów (innastrona.pl to miejsce, z którym też można mnie kojarzyć). Aktualnie zajmuję się w tych tekstach głównie tematyką LGBT, choć nie oznacza to, że tylko do tego się ograniczam. Nadal pisuję coś niecoś dla miesięcznika studenckiego w IS UW. Dla innych mediów aktualnie rzadziej.

Te blisko 15 lat dziennikarstwa przekonało mnie, że praca w mediach jest bardzo, bardzo nudna. Że jest to coś, czemu nie chcę się poświęcić. Gdy obserwuję aktualnie dziejące się w mediach rzeczy, to jest mi smutno. I nie chodzi nawet o wpadki, takie jak „Rzeczpospolitej” z trotylem (dno…) ale generalnie o to, co się dzieje w mediach. Co jest informacją. Co jest newsem. O czym się mówi/pisze. To mnie smuci właśnie. Dawno, już bardzo dawno nie czytałam jakiegoś dobrego, poważnego i zaangażowanego reportażu. Czytam za to co chwilkę teksty, w których ktoś komentuje, co ktoś inny powiedział. Polityk X na słowa polityka Y mówi coś-tam. A polityczka Z na słowa polityka X w reakcji na słowa polityka Y mówi coś-tam innego. Kogo to obchodzi?! To znaczy, jasne, czasem jest to ważne. Ale czasem! Takie dziennikarstwo mnie nudzi.
Druga prężnie rozwijająca się gałąź, to „dziennikarstwo opinii”, czyli felietony, opinie i komentarze. A więc najprostszy, najbanalniejszy i najmniej wnoszący typ dziennikarstwa. Nuda, nuda, nuda. Takie dziennikarstwo mnie też nie interesuje. Chcę faktów, wydarzeń. Chcę wiedzieć, co się dzieje, a nie co ktoś sądzi na ten temat. Znów: jasne, takie rzeczy też są potrzebne, ale gdy zaczynają dominować – tak jak teraz – to mnie to zniechęca. Dlatego rzadko mówię o sobie, że jestem dziennikarką. Jestem, wiem. Jestem redaktorką, też wiem. Ale czasem mi po prostu wstyd to powiedzieć.

Inna sprawa, że aktualne moje pisanie nie jest wystarczająco dochodowe i zajmuję się też innymi rzeczami… Ale to nie oznacza, że chciałabym się pisaniem prasowym na poważniej zajmować. Naprawdę zniechęca mnie to, co się dzieje z mediami. I choć na razie jest tak, że chcą mi za to płacić, a ja – choć nie za bardzo chcę to robić – zgadzam się na to, bo przychodzi mi to z łatwością, to jakoś sama nie wiem… Nie mam już tego ognia do tego, który miałam kiedyś. Kiedyś byłam autentycznie podjarana jadąc w nowe miejsce, robiąc kolejny wywiad, szukając przyczyn jakiegoś wydarzenia. A teraz? Teraz wiem, że mało kogo to wszystko obchodzi. I może dlatego nie chce mi się tego robić. Może gdyby moja praca była lepiej wynagradzana, to zajęłabym się tym na poważniej, ale na razie… Na razie będę kończyć piąty tysiąc tekstów stworzonych przeze mnie.

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone