Jak ta nowa Utopia? Wszyscy o to pytają. Nawet ludzie, którzy nigdy tam nie byli, nie znają się na clubbingu i nie są fanami wychodzenia gdzieś w weekend wieczorem. Bo słyszeli o Utopii ode mnie albo od kogoś i są ciekawi jak to się układa. Ja jestem żywo zainteresowana tym, żeby było dobrze, wiadomo. Ostatnio o swoją relację z wizyty przy Kredytowej 9 pokusił się nawet Abiekt. Wszyscy wydają się być jakoś wyjątkowo zainteresowani losami tego miejsca. Nawet mnie to nie dziwi, wszak Utopia dość legendarnym miejscem była. I znów chce być.
Zacząć trzeba od tego, że się stara. To ważne. Poza tym warto docenić to, ze się cały czas zmienia. Gdy na przykład okazało się, że wejście z przodu budynku nie jest dobrym rozwiązaniem, przeniesiono je na tył. Tak jest lepiej. To tylko przykład. Cieszy to, że widać zainteresowanie właścicieli klubu reakcjami gości. Wiedzą, że nie mają monopolu na wiedzę jak ma wyglądać to miejsce i słuchają innych. To cenne. 
Nadal jednak jest wiele rzeczy, które są i powinny być poprawiane. Nadal chyba nie ma piwa. Nie wiem czy na pewno, bo nie piję, więc szczególnej uwagi na to nie zwracam, ale wiem, że ludzie lubią i że tego brakuje. Mi bardziej brakuje jednego z barmanów, który na początku pracował a teraz już go nie ma, bo się nie sprawdził. Kłopotem są też toalety. Że niby jest ich za mało. Tego też nie wiem, bo raz, że mam toaletę na górze a jakby mi się naprawdę chciało i nie byłoby gdzie – w podziemiach kolejną, a poza tym ja generalnie mało korzystam z toalet, więc nie jest to dla mnie sprawa priorytetowa. Ale rozumiem, że tak może być. Trudno "ograć" to miejsce – jest dużo wyższe niż stara Utopia, która była klubem piwnicznym. Teraz mamy wysoki sufit. Jasne, dałoby radę powiesić tam jakieś płachty materiału. Byłoby inaczej, znów bardziej przytulnie, ale… wtedy trochę traci sens balkonu w VIProomie. Więc odpada raczej. Ja narzekać będę też na selekcjonera. Powiedziałam mu to wprost, więc i tutaj mogę napisać. Jednej nocy wchodzę z Maciejem Bieacz i proszę selekcjonera, żeby po założeniu mi opaski (dzięki temu nie płaci się za wstęp), założył takową także Maciejowi. Na co Paweł-selekcjoner odpowiada mi, że da mu, gdy Maciej zapłaci za wstęp. "Ja też muszę zarabiać na swoją wypłatę" dodał. No, to było niegrzeczne. Nieładnie tak mówić do gości. Po pierwsze: nie traktuje się ich jak dojnych krów i nie mówi się, że chodzi tutaj o ich kasę. Dlatego też nie nazywa się ich klientami tylko gośćmi. Po drugie: nie obchodzi mnie jak selekcjoner zarabia na życie i nie powinien o tym mówić gościom. Jak dla mnie, takie zachowanie było totalnie nieakceptowalne. I, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z byłych selekcjonerów powiedział do kogoś coś równie niestosownego. 
Dużo więc pracy przed Kredytową 9. Cieszy to, że powoli, powoli – w trudnym wakacyjnym okresie – widać efekty. Ludzi jest jakby coraz więcej, przekonują się powoli i zaczynają bywać w U. Przestraszył się nawet Hunters, który ściągnąć chce do siebie ludzi promocją "wódka za trzy złote". To w sumie nawet dość zabawne, że klub aspirujący do kategorii "high class" robi promocje cenowe godne barów typu "wódka+przekąska". Ale to też pokazuje, jak trudny jest to dziś rynek. Czasy się zmieniły.
Muzycznie Utopia generalnie zaspokaja moje potrzeby. Goście grają ciekawie, nieco inaczej niż znani mi dje, ale nadal mieszcząc się w pięknym nurcie muzyki house, którą kocham. Pitu powoli wydaje się stawać naprawdę dojrzałym djem. Uczy się szybko, ma niezłe wyczucie rytmu imprezy i publiczności, gra ciekawie i niemonotonnie. To dobre granie.
Nie wiem ile dali sobie właściciele Utopii na to, by rozgrzać miejsce. Ale trzymam kciuki, by się udało. Ja na razie skłaniam się do bycia "na tak" i czekam na dalsze usprawnienia.
***
Jest ciężko. Cholernie ciężko. Mam strasznie duży problem z doktoratem. I nie chodzi o to, że nie idzie mi pisanie, ale o to, że nie mogę się zająć pisaniem, bo mam ma głowie poważniejszy problem.
Jestem aktualnie na ukończeniu trzeciego roku. To kluczowy moment, bo regulamin studiów nakazuje właśnie teraz najpóźniej otworzyć przewód doktorski. Jeśli nie zrobię tego do końca roku akademickiego, to kierownik studium doktoranckiego winien skreślić mnie z listy doktorantów. Niewesoło, prawda? Przewód otwiera rada Instytutu Socjologii UW. By tak się stało, wniosek musi złożyć opiekun naukowy doktoranta a sam doktorant musi wykazać się spełnieniem pewnych warunków formalnych, takich jak napisanie co najmniej 20 stron plus dwu-, trzystronicowego opisu całej pracy. Niewiele w sumie, prawda? No, trzeba mieć jeszcze pewną liczbę publikacji i – zdaniem opiekuna oraz potem rady – rokować na pomyślnie ukończenie pracy w terminie.
Choć rok akademicki kończy się we wrześniu, to ostatni w zasadzie moment na otwarcie przewodu to czerwiec, bo wówczas jest ostatnie posiedzenie Rady, na którym może zapaść decyzja o otwarciu przewodu. Skoro piszę to w lipcu, to znaczy, że coś jest nie tak, prawda?
Współpraca z moją panią opiekun – mam na myśli współpracę naukową – układała się raczej ciężko. Prezentujemy nieco odmienne paradygmaty, mamy inne pomysły, inaczej widzimy pewne rzeczy. I choć próbowaliśmy się dotrzeć w tym zakresie, ja szłam na ustępstwa, zmieniałam wiele rzeczy zgodnie z jej sugestiami, to jednak nie udało się nam znaleźć punktu wspólnego. Jasne, to trochę moja wina, bo za późno się wzięłam za to tak na bardzo poważnie. Poza tym miałam wrażenie, że jednak się dogadamy i znajdziemy wspólny mianownik. Dodatkowym utrudnieniem były pewne zewnętrzne okoliczności. Brak internetu w domu przez tydzień (awaria modemu Aster/UPC) i nakładające się na to moje osobiste zmartwienia sprawiły, że… nie mam aktualnie promotora. I nie mam otwartego przewodu. 
Jakby tego było mało, właśnie trwa okres wyborczy na UW i zmieniają się wszystkie władze. Odchodzący czują się już nieco "w zawieszeniu", bo wybrano nowych. Nowi zaś nie mają jeszcze formalnej mocy sprawczej. Zmienia się także skład Rady.
To nie koniec. W życie wchodzą właśnie nowe przepisy dotyczące studiów doktoranckich i otwierania przewodów doktorskich. I trochę momentami nie wiadomo, jakie przepisy w konkretnych przypadkach stosować…
Co się więc dzieje? Szukam nowego promotora. Mój pomysł: dr hab. Jacek Kochanowski, bo on coś niecoś na temat mojej pracy wie. W trakcie kwerendy i nie tylko, rozmawiałam z nim o niej kilka razy, jest trochę wtajemniczony. Jest co prawda osobą spoza Instytutu Socjologii, bo z ISNS, ale jednak to nadal UW. A zdarzało się, że nasi doktoranci otwierali u nas przewód u kogoś spoza IS. Działo się to nawet w tym roku – jakoś w maju chyba ostatni raz. Ścieżka więc jest. Jest też nadzwyczajne posiedzenie Rady we wrześniu, gdy teoretycznie można poddać pod głosowanie kwestię mojego przewodu. Plan jakiś jest.
Ale… dotychczasowy kierownik studium doktoranckiego stwierdził, że otwieranie przewodu u nas może nie być dobrym pomysłem. Że może lepiej w ISNS UW. Żebym się tam przeniosła na ostatni rok studiów. To pomysł, który mi się średnio podoba, nie ukrywam. Ale jeśli inne opcji nie będzie, to oczywiście walczyć nie będę. Gorzej, że Jacek nie jest przekonany, czy mnie ta chętnie tam przejmą – liczba miejsc jest ograniczona i może być tak, że najzwyczajniej nie ma techniczne takiej opcji. Sprawdzamy to.
Kierownik dodał także, że na wrześniowym posiedzeniu Rady może nie być quorum samodzielnych pracowników naukowych, by przegłosować kwestię przewodu. Pojawiła się opcja wykorzystania nowych przepisów regulaminowych – mojego formalnego przejścia na urlop na chwilę (semestr? rok?), żeby wszystko załatwić. Musiałby jednak to być w zasadzie urlop wsteczny. Więc trochę kombinowany. Nie to, żeby takie rzeczy się na studiach I i II stopnia nie działy, ale to zawsze już zależy od kierownika studiów. Obecny kierownik powoli oddaje swoje kompetencje i na pewno nie będzie chciał takiej decyzji trudnej podjąć. I – uwaga – wisienka na torcie: nowym kierownikiem studiów doktoranckich będzie raczej na pewno… moja dotychczasowa opiekunka naukowa. Tak, tak, wiem. To nawet dość zabawne, gdyby nie dotyczyło mnie.
Tak więc ten, no… Mam przejebane.
***
Jestem na dodatek w ciągłym kryzysie finansowym. Zarabiam mało, ale zarabiam. Gorzej, że znów i nadal nie dostaję kasy na czas. Moja wydawca na ostatnim spotkaniu powiedziała, że w ciągu 3-4 dni otrzymam przelew za luty i marzec. Kilka tys. zł, więc kwota dla mnie ważna. Mija tydzień i nadal nic… A ja nie ukrywam, że spodziewając się tego przelewu, podjąłem pewne krótkoterminowe zobowiązania finansowe u moich znajomych. Strasznie to denerwujące. Czekam też na drugi przelew – poniżej 1000 zł, który dostaję regularnie od jednej firmy za comiesięczną pracę redaktorską. O ile dotychczas na czas przysłali wszystko, o tyle teraz się opóźniają o miesiąc. Mam jednak wrażenie, że maja zamieszanie, bo nie wiedzą jakie umowy podpisali a jakich nie… No denerwuje mnie to.
Dodatkowo moja wydawca powiedziała, że jeszcze w tym roku kalendarzowym raczej na pewno zawiesi działalność = odpadnie mi to jako źródło dochodu (choć w sumie już w lutym odpadło tak faktycznie…). Będzie coraz trudniej, wiem to. A nie mogę podjąć się teraz czegoś, co moja mama nazywa "normalną pracą" nie tylko dlatego, że w XXI wieku w Polsce to generalnie trudne, ale także dlatego, że od października mam prowadzić zajęcia na UW, które nieco jednak mi czas ograniczają. Muszę też napisać doktorat w tym roku akademickim. Więc mam co robić. 
Czekam jeszcze w lipcu na jeden przelew za pewną pracę. Kilkaset zł dostanę też za zlecenie dla UW… Takie dziobanie, dziobanie drobnostek. Denerwuje mnie najbardziej jednak nie to, że nie mam "normalnej pracy" czy pewności, że w kolejnym miesiącu będę mieć zlecenie czy nie ale to, że za wykonaną pracę nie mam kasy na koncie i że muszę się zadłużać. To strasznie deprymujące i frustrujące. 
Tym bardziej, że moi wierzyciele nie czekają. Play się dopomina, PZU Życie i UPC też. W mBanku jakieś niefajne zadłużenie mi się zrobiło dodatkowo… Wszystko dlatego, że ktoś nie przelewa mi kasy na czas.
***
Układa się za to moja współpraca z ambasadami. Ostatnio nawet ludzie z amerykańskiej ambasady zaprosili mnie na 4th of July Party do rezydencji Ambasadora. Niestety, nie dam rady przybyć, bo jestem we Władysławowie. Ale sam fakt otrzymania zaproszenia jest dla mnie wyróżnieniem. Ambasadę chcę wciągnąć w mój nowy pomysł. Zresztą nie tylko ich, ale też czasopismo naukowe "American Dream" i Queer UW. Chodzi o konferencję naukową. Szczegółów na razie nie zdradzać, bo za wcześnie. Ale jakieś tam zainteresowanie jest, mam nadzieję, że się uda. W ogóle mam już sporo pomysłów na to, co Queer UW może robić w przyszłym roku akademickim! Obawiam się tylko, żeby mnie to za bardzo nie pochłonęło. No, ale kreatywność to podstawa!
Druga z ambasad to ambasada Holandii. Nie wiem czemu ale odezwała się do mnie i… zaprosiła mnie do Amsterdamu. Na cztery dni. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Holandii robi jakiś projekt i mają zaprosić do Amsterdamu po jednym (foto)blogerze zajmującym się sprawami LGBTQ do siebie na te cztery dni. Ostatni z nich to zresztą dzień parady w stolicy Holandii, więc dodatkowa atrakcja. Nie wiem jak trafili do mnie, ale generalnie wszystko wskazuje na to, że jadę. Lada dzień ambasada ma mi kupić bilet. Miłe wyróżnienie. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdyby nie okazało się, że jest problem. Jakiś czas temu zgubiłam dowód osobisty. Mój paszport zaś termin ważności stracił gdzieś rok temu w lipcu. Pojawia się pytanie: jaki dokument umożliwi mi wyjazd za granicę RP? Niby nie jest to trudna rzecz, bo i bez niczego da się przekroczyć w strefie Schengen ale nie samolotem. Nie wpuszczą mnie na pokład bez czegoś. I choć jakiś czas temu zgłosiłam utratę dowodu w Urzędzie Dzielnicy Ochota (można to zrobić w dowolnym) oraz zgłosiłam do Systemu Dokumentów Zastrzeżonych, to wyrobienie nowego jest pewnym kłopotem… Trzeba to zrobić osobiście. I trwa to jakiś czas. Przeraziło mnie to, że mogę się do 1 sierpnia (wtedy ma być wylot) nie wyrobić. Dlatego piszę te słowa siedząc w pociągu powrotnym do Władysławowa. Spędziłem bowiem niecałą dobę w swojej rodzinnej miejscowości tylko po to, by wyrobić nowy dowód. To nie koniec – odbiór też jest osobisty. Więc za jakiś czas będę ruszać z Warszawy też tylko po to, by go odebrać… Na szczęście na 99,99% uda mi się go odebrać przed sierpniem. Zakładam, że 1 sierpnia lecę do Amsterdamu.
***
Wszyscy przeżywają ostatnio odrzucenie przez komisję sejmową dwóch projektów ustaw o związkach partnerskich. A mnie to ani nie zaskakuje, ani nie dziwi. Jak już mówiłam nie raz: nie tylko nie wierzę, że taką ustawę uda się uchwalić w ciągu najbliższych 10 lat ale nadal uważam, że na jej uchwaleniu zależy wąskiej grupce osób. Kilkudziesięciu działaczom i działaczkom LGBTQ. I nikomu więcej. Dlatego szanse są marne. Mam wrażenie, że nawet Abiekt powoli się do tej tezy przekonuje. Nie tylko słabnie jego zaangażowanie w walkę o taką ustawę ale i coraz częściej mówi o tym, jak trudne i niewykonalne jest to zadanie.
Ja powtórzę, co już kiedyś napisałam: (prawie) nikomu nie zależy na ustawie o związkach partnerskich.
***
Specjalnie nie piszę nic o chłopcach, chociaż powinnam. Może w osobnym wpisie mi się uda. Bo chcę uwiecznić pewne wydarzenia i myśli związane z Pawłem, Wojtkiem, Tomkiem i Grzesiem. Ale to już zupełnie inne historie.
Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone