Czeka mnie tak naprawdę nie lada wyzwanie. Nie pisałam blo przez ponad 3 tygodnie. Nie dlatego, że nie chciałam. Ale dlatego, że nie było jak. Nie wierzycie? To spróbujcie teraz przebrnąć przez to… Może zobaczycie, że naprawdę nie było takiej opcji.

Zacząć muszę (i sama w to nie wierzę…) 24 listopada. Wtedy bowiem urywa się moja opowieść. A ja lubię ciągłość siebie. Więc tego właśnie dnia, po porannej pracy w domu (muszę nadrobić pewne rzeczy związane z redakcją), spotkałam się z Ernestem! Tak, tak, kopę lat go nie widziałam i pomyślałam, że chcę. Co ciekawe, on też chciał. Okazało się, że od zamknięcia Utopii nie widział się z nikim stamtąd (nie licząc obsługi, ma się rozumieć). Więc też mi było miło, że mnie taki zaszczyt spotyka. Spotkaliśmy się we W Biegu Cafe przy Nowym Świecie. Pogadaliśmy, ja wyżłopałam dobrą kawę. Ernest się zmienił. On naprawdę dojrzewa/dorasta/starzeje się. I co najgorsze, to ostatnie słowo mu nie przeszkadza. On lubi być traktowany starzej. Zastanawiałam się z czego to wynika… i chyba z tego, że ma taką chłopiecą, niewinną urodę – przez to pewno zawsze był i tak traktowany. Więc próbuje nadrabiać dobrą miną. Niemniej, wyglądał dobrze (choć kilka kg mu przybyło), jest szczęśliwy… to w sumie miłe wiadomości. Postanowił zabrać mnie też do nowego miejsca, które otwierają jego znajomi. Butik Club czy jakoś tak. Dobra lokalizacja, bo tuż naprzeciwko Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, tuż obok kebaba. Poszliśmy. Wejście może nie robi wrażenia, ale już wewnątrz całkiem, całkiem. On tam miał jakieś spotkanie mieć i – co ciekawe – miał dla nich stanąć na selekcji w pierwszym tygodniu. To o tyle dziwne, że klub do końca nie wie jeszcze na kogo będzie się targetował, z kim będzie się zadawał. Więc też i trudno na selekcji stać. A poza tym Ernest nie chce już selekcjonować. Mówi, że ma dość. Że ta praca jest bardzo trudna i że jej nie chce. Ja go o tym rozumiem, że nie licząc tej jednorazowej przygody w Utopii, nigdy nie chciałabym stać na selekcji. Przecież to jest horror – nie można imprezować!
Spotkanie było miłe. Nie wiem dlaczego ja go lubię :) Nic na to nie poradzę, mam do niego pewną słabość i już. Myślę, że on mógłby to samo o mnie powiedzieć ;)

Po korkach i jakiś tam pierdach, udałam się do Ewy. Umówiliśmy się we trójkę – z Pauliną jeszcze – na picie. Dawno tego nie robiliśmy, a Ewa się cieszyła, bo miała wolną chatę. Jej chłopak wybył gdzieś i stwierdziła, że musimy z teg skorzystać. Nie to, żeby nam jego obecność przeszkadzała… ale wiecie jak to jest. Nasze hermetyczne, dla wielu osób zupełnie nieśmieszne, żarty o podtekstach antysemickich, homofobicznych, mizoginicznych, pedofilskich i rasistowskich nie dla każdego są do zniesienia. Więc rozumiem, że w zasadzie Ewa chciała jego ocalić ;)
Oczywiście, po drodze kupiliśmy wódeczkę. Gorzka Żołądkowa Czysta De Luxe. Najlepsza. Kupiliśmy 0,7 litra, ale w trakcie wieczoru (gdy m.in. oglądaliśmy Tap Madl), okazało się to za mało. Więc jeszcze na stację benzynową poszliśmy po więcej. No, 0,2 l to nie tak znowu dużo, ale ostatecznie okazało się, że wyszło po 0,3 l na głowę, więc byliśmy nieźle dziabnięte. Dla mnie to chyba też było ważne spotkanie, bo sporo gadaliśmy. Także o mojej tożsamości i pewne ważne dla mnie rzeczy padły. Chodzi o zwracanie się do mnie i o to, jak ja się identyfikuję. Myślę też, że „Zakazane miłości” w tej kwestii zrobią swoje. Dadzą dużo innym bez mojego dodatkowego tłumaczenia.
Wracałam do domu taxi (burżuj!) i… pokłóciłam się z panem. Bo on twierdził, że transseksualistów należy likwidować. Więc chyba rozumiecie o co chodzi? Jak tylko wysiadłam, zadzwoniłam do korporacji i się poskarżyłam. Znacie mnie, ja nie odpuszczam. Zadzwoniłam, powiedziałam, pani mnie zaczęła przepraszać i mówić, że to nie chodzi nawet o tolerancję, ale o szacunek dla klienta (mówiłam zawsze, że rynek nie jest drogą emancypacji! „Tu nie chodzi nawet o tolerancję” – powiedziała! No właśnie, nie chodzi! Nie chodzi o uznanie różnicy, o jej gloryfikację czy celebrację, ale o jej usunięcie, pominięcie, ukrycie) a ja jej na to, że nie ma mnie co przepraszać, tylko niech się zajmie tym panem. O, tyle.

Czwartek okazał się dniem spotkań. Najpierw, co normalne, dyżur w zaprzyjaźnionej firmie (ale co wówczas robiłam dokładnie, to już nie pamiętam, wybaczcie), ale po kilku godzinach, dotarłam na UW. Co śmieszne, tego dnia w Instytucie Filozofii odbywały się wybory do Rady Doktorantów (nielegalnie zwołane a na dodatek nielegalnie przeprowadzone do organu, który nie istnieje….) i komisarz wyborczy ostrzegał kandydatów, że zaraz może być zamieszanie, bo może wpaść taki doktorant z Instytutu Socjologii :) Oni naprawdę się mnie boją czy coś. A ja nie chcę od nich niczego, poza przestrzeganiem prawa, które – uwaga! – sami napisali.
Nie wpadłam jednak, miałam spotkanie w sprawie działania kół naukowych w IS UW. A dla mnie to ważne, bo jestem Prezesem jednego z nich w tym miejscu, a wkrótce przecież założyć mam Queer UW, które choć formalnie przynależeć będzie (przez opiekuna) do Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji, to wiadomo, że dużo będzie robić w IS, bo ja stąd i tutaj jestem. Spotkanie nawet ciekawe, ale liczę na więcej. Musimy w ten sposób działać, żeby móc cokolwiek razem stworzyć. A to ważne, ważne. Poza tym naciskam na nich, żeby wykorzystywali narzędzia, które mamy. Skoro dyrekcja chce dać kasę do podziału między koła a podziału dokonywać mogą studenci, to nie oddawajmy tej kompetencji dyrekcji, prawda? Nie ma powodu :)
Ze spotkania musiałam wyjść, bo umówiłam się z Adrianem na spacer. Rozmawialiśmy bardzo osobiście o jego sprawach głównie. Miło było go zobaczyć, bośmy się dawno nie widzieli. Poza tym ja lubię z nim rozmawiać, bo on wie, ale robi czasem inaczej niż wie i wtedy ja go pytam „dlaczego?”. I on musi się zastanowić, żeby do odpowiedzi dojść. A ja lubię jak ludzie przeze mnie muszą myśleć. Naprawdę lubię.
Wieczorem wpadł do mnie Adaś. Kupiliśmy pizzę, bo miałam jeszcze kupony na darmową ważne tylko do końca roku. Więc trzeba korzystać! Został u mnie na noc, tradycyjnie. To było nasze spotkanie w sumie pożegnalne, bo przecież ja wyjeżdżać miałam lada dzień do Strasburga. Tak też było.

W piątek od rana zamieszanie. Bo zakładamy Queer UW. Telefony się urywały. TVP, TVN Warszawa, Gazeta Wyborcza i inne media – wszyscy pytają co się będzie działo. A ja im ze spokojne tłumaczę, że nic. Po prostu zbierzemy się, pogadamy, podpiszemy dokumenty i powstanie w ten sposób uczelniana organizacja studencka Queer UW. Zaliczyłam tego dnia sporo wypowiedzi dla prasy. To trochę jak test przed Paradą Równości 2011, skoro jestem jej rzecznikiem. Nie powiem, żeby to momentami miłe nie było. Ale przede wszystkim śmieszne, bo nagle się robi zamieszanie z niczego. Tylko przez to, że kilku studentów postanowiło stać przed bramą UW i protestować. Nawet nie byli zgromadzeniem publicznym, bo za mało ludzi się zebrało. A Rektor UW odmówiła im stania pod rektoratem, gdyż za późno złożyli zawiadomienie. Ot, cała sprawa.
Mnie rozbawiło, gdy dowiedziałam się, że TVN Warszawa chce na żywo z naszego spotkania relację robić u siebie. A dodatkowo chcieli, żeby wykazała się zdolnością bilokacji i pojawiła się na żywo w studio na rozmowie z kimś z protestujących pod bramą. Śmieszni są. Poprosiłam Pawła, żeby pojechał do tv, zgodził się. Więc na miejscu był on, my zaś w Instytucie Socjologii w mojej ulubionej sali 204A. Przyszło 9 osób w sumie plus Paweł. Czyli 10. Nieźle. Wystarczy 5, żeby założyć uos, więc cieszy mnie to, że trochę nas więcej. No i wiem, że więcej osób chce, ale nie mogło, wstydziło się, nie miało czasu, nie było ich w Warszawie. Tak więc spoko, będzie nas więcej. A nawet gdyby nas 10 została, to i tak nieźle.
Spotkanie przebiegało w spokojnej atmosferze. Siedziało dwóch smutnych chłopców z Krucjaty i słuchali, co mówię. Dlatego też całość przebiegać musiała absolutnie zgodnie z procedurą. Wiecie, że jestem proceduralistką, więc z tym nie było problemu. Ale że wiem, że procedury ludzi odstraszają, to inna sprawa. Musiałam jakoś załagodzić to, że tak a nie inaczej pierwsze spotkanie wygląda. Najpierw TVN Warszawa na żywo, potem Eska rozmawia ze mną a potem jeszcze „Gazeta Wyborcza” słucha wszystkiego i pisze relację. Obraziłam się trochę na niektóre media, bo upierają się, żeby mnie NIE nazywać Jej Perfekcyjnością. A to narusza moje osobiste poczucie tożsamości i tego, kim jestem. Więc nie lubię tego. Ku mojej uciesze, Paweł w studio TVN Warszawa nazywał mnie tak, jak go poprosiłam. Publicznie dziękuję mu teraz za to.

Po założeniu Queer UW poszłam z Marcinkiem do Złotych Kutasów. Tam czekał już na mnie iPad 3G 64GB. Tak, kupiłam go. Zamówiłam go podczas spacerowania z Adrianem. A teraz mogłam go odebrać. Jebany, kosztował w chuj kasy. Prawie że całe moje miesięczne dochody na niego poszły. Sporo, wiem. Ale chciałam chyba go mieć. W sensie, że chciałam jakiegoś notebooka/netbooka albo coś podobnego. A iPad to znacznie więcej niż netbook czy coś. To chyba wiadomka ;)
Żeby było śmiesznie, musiałam wziąć kredyt ;) Wiem, że brzmi strasznie. Ale chodzi o to, że czekam na kasę z UW i tam z kilku innych źródeł i stąd taka potrzeba. Będę ją mieć w ciągu 2-3 tygodni, ale do tego czasu – musiałam wziąć kredyt. W zasadzie, gdy piszę te słowa, to połowy kredytu już nie mam. A lada dzień mam dostać jeszcze dwa przelewy, które sprawią, że w ogóle już go mieć nie będę. Więc stresu zero.
Niemniej, technicznie to fajna sprawa, bo mBank w ciągu 15 min rozpatrywał moje podania, które składałam przez internet w komórce :)

W piątek wieczorem ciekawa impreza. Najpierw b4 u mojej przyjaciółki Gacek (złego słowa o niej nie powiem). Z powodu całego zamieszania przez cały dzień, wpadłam do niej dość późno. Ale nic nie straciłam ;) W sensie, że nic się nie dzieje. Brak Utopii jest nadal znacząco odczuwalny. Po wyjściu do Gacka poszliśmy do tego klubu Butik, na który namawiał mnie Ernest. Nie wiem ile czasu byliśmy w środku… 15 minut? I to dlatego, że ktoś od nas chciał siku zrobić a kolejka była (toalety mają, swoją drogą, dość ładne). Ale muzycznie było coś dziwnego. Jakieś reagge wymieszane z disco. Coś dziwnego, naprawdę. I za spokojnie, nie było szaleństwa. A my lubimy szaleństwo. Dlatego też przenieśliśmy się tam, gdzie się upierali żeby iść od początku – do Live. To jakiś jeden z wielu klubów przy Mazowieckiej. Oni się uparli, bo tam grała jakaś Kożuchowska czy coś. Nie wiem, nie znam. Ale że w tv występuje, to się ludzie rzucili, wiadomka. Dobrze, że jej Nobis pomagał, bo sama by nie dała rady. I widać było, że ludzie tylko dla niej przyszli, bo jak skończyła grać, Live opustoszał. Ale tak dosłownie. Więc i my musieliśmy coś zrobić ze sobą. Damian.be meganajebany był w jakimś innym klubie i wydzwaniał do mnie milion razy z pytaniem czy idziemy do Toro i czy on ma iść do Toro. Oni chcieli iść do Toro, ja nie. Adam robił mi przez to scenę trochę. Nie wiem w sumie czemu. Ale potem mi wyjaśniał, że to nie była scena zrobiona mi, tylko wkurw na to, że nie ma dobrej imprezy. Śmiesznie. Huberta się tamci chcieli pozbyć, bo się w samochodzie im nie mieścił, więc on poszedł kawałek z nami a potem z dworca jakimś nocnym się poruszał pod to Toro. Nie wiem czy dotarł, ale dużo dzwonił do mnie w tej sprawie razy. Dobrze, że byłam przy kompie, to mogłam go podprowadzić jakoś – miałam na mapce widoczne nazwy ulic chociaż :) Damian.be nadal do mnie wydzwaniał. A ja już przestałam odbierać. Szalona, krótka, nudna noc. Ot, tyle.

Sobota zapowiadała się lepiej, bo utopijna impreza w Confashion. Prawda jest taka, że wszyscy mają dość namiastek. Wszyscy chcą Utopii i chyba właściciele się tym przejęli na poważnie, bo po tej imprezie postanowili, że kolejnych nie będą robić aż do otwarcia klubu. Jestem na tak! Ale jestem też na tak, żeby to jak najszybciej się wydarzyło…
Cały dzień spędziłam na pisaniu referatu pozjazdowego (i napisałam!) a potem b4 u mojej przyjaciółki znów. Sporo ludzi, niezła najebka. W sensie, że dużo alkoholu. Ja nie za bardzo, bo rano czeka mnie lot. W Confashion grali ładnie, bo Hugo i w ogóle. Śpiewała jakaś pani – nie pamiętam już nawet nazwiska – ale zdecydowanie dała radę. Ja uwielbiam vocal house tworzony na żywo. To jest właśnie to, co uważam, że w muzyce jest najlepsze. Dobry elektroniczny beat i ktoś śpiewający do tego na żywo. Tak powinno być jak najczęściej.
Niestety, zanim impreza cokolwiek mogła się rozpędzić, ja musiałam lecieć. Jednak trochę snu musiałam zażyć przed lotem, zdecydowanie.

Teraz zaczyna się 7 dni mojego wyjazdu do Strasburga. Zacznę od podsumowania: było naprawdę bardzo, bardzo fajnie. Naukowo trochę mi to nowych rzeczy dało, dużo też się dowiedziałam takich praktycznych rzeczy – a to jest zawsze najtrudniejsze. Bo teorię to może mieć każdy. Ale potem trzeba umieć ją przełożyć na praktykę. I właśnie przekładu się uczyłam tam. Zawsze w takich zqueerowanych środowiskach jest tak, że wielu takich nowych rzeczy można się nauczyć. I to doceniam. Ludzie byli też okej. Szału nie było, nie zakochałam się ;) Ale była taka jedna Lani z USA, z którą doskonale się dogadywaliśmy. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, to przez ten tydzień była mi naprawdę bliska.
A co poza tym się działo? W skrócie, bo każdego dnia opisywać nie będę. Dla większości z Was to i tak nudne ;) Więc mieliśmy mnóstwo zajęć od rana do wieczora. Byliśmy w ogóle w takim European Youth Center, które jest fajnym budynkiem (przez tydzień zdominowanym przez nas), który znajduje się w kompleksie budynków europejskich trochę z boku Strasburga. Nie ma tam sklepów nawet… Więc sami rozumiecie, że łatwo nie było. Raz, że uderzyła zima, dwa że czasu mało, trzy że bardzo daleko od czegokolwiek a cztery że nikt nie zna Strasbuga ;) Więc nieco uziemieni w tym centrum (które naprawdę było fajne), byliśmy skazani na siebie 24 godziny na dobę. O dziwo, nikt nikogo nie zabił.
Ja się cieszę, że wzięłam dwie Gorzkie Żołądkowe Czyste De Luxe ze sobą. Cieszę się też, że miałam iPada i mogłam ogarniać wszystko. Cieszę się, że udało mi się wprowadzić zasadę „nie chcesz uczestniczyć – nie musisz”. Bo nienawidzę tych wszystkich rozgrzewająco-rozbudzających energizerów. Strasznie mnie wkurzają a poza tym często wiążą się z dużym kontaktem fizycznym. Tego zaś nie lubię. Więc to mi odpowiadało. Odpowiadało mi to, że wszyscy mówią do mnie Jej. I że się nie dziwią. To znaczy w sumie na początku się dziwią, bo to brzmi tak samo jak angielski okrzyk radości „Yey!”, ale tylko tyle. A potem jest okej.
Chyba generalnie odnalazłam się w grupie. Wnioskuję też po tym jakie miałam wpisy na sam koniec na plecach. Wiecie, to ćwiczenie, gdy na sam koniec każdy ma kartkę na plecach przyczepioną a inni chodzą i piszą sobie anonimowo różne uwagi na tych kartkach. Zabawne to, ale moja kartka jest tak fajna, że powiesiłam ją sobie po powrocie na drzwiach pokoju. Na pamiątkę. Pewno za jakiś czas mi przejdzie, ale na razie się nią cieszę. A szczególnie tym, że poza słowem „Jej”, najczęściej pojawiającym się na kartce jest „vodka” ;) W tym pochwała za pokazanie komuś (wiem nawet komu) najlepszej sześciokrotnie filtrowanej wódki na świecie. Gorzkiej Żołądkowej Czystej De Luxe, ma się rozumieć! Poza tym pojawiały się słowa „darling”, „gorgeous”, „fabulous” i „divine”, czyli najczęściej używane przeze mnie. Uwielbiam nazywać wszystkich darling podczas tego typu wydarzeń. I dobrze, że to wiedzą ;) A pozostałe słowa to po prostu przymiotniki, które uwielbiam. W tym „divine” wziął się od nazwy gejowskiego klubu w Strasburgu, który nazywa się So Divine. Ładnie, nie? Za to sam klub… bardzo kurwa średni. Bardzo. Ludzi w piątek (wtedy tam byliśmy) było mało (ale ponoć do Niemiec jeżdżą wszyscy w piątki), muzyka średnia, drinki dość drogie (chociaż bez przesady też) i… uwaga! Impreza kończąca się o 1.30! Wtedy nas z klubu wszystkich wygonili i klub zamykali. Dla mnie skandal.
Byliśmy też – w środę – w innym klubie, bardziej gayfriendly niż stricte gejowskim. To w sumie taki pub z małym dancefloorem. Było kiepsko, nie ma co udawać. Najlepiej ludzie bawili się w ostatni dzień, gdy w sobotę zorganizowaliśmy pożegnalne przyjęcie. Na mnie i takiego jednego Dżordża z Irlandii spadło robienie zakupów ze zrzutki i z kasy od organizatorów. No więc zrobiliśmy je – przy pomocy gospodarza, który nas woził oraz Virgii, która miała kartę kredytową ;) Wydaliśmy 190 euro a impreza na 30 osób była przednia! I niczego nie zabrakło! O to nam właśnie chodziło. Poza tym ta noc musiała być udana, bo organizatorzy mieli tej nocy zniesiony zakaz uprawiania seksu czy też angażowania się w inne relacje okołoseksualne z uczestnikami i między sobą. No tak, tak, nie ma co udawać. Trochę tam tego się działo. I dobrze, że nikt nie udaje, że jest inaczej i nie musi się tego wstydzić. Nawet pierwszego dnia organizatorzy od razu powiedzieli, gdzie jest „safe sex corner”, skąd można było wziąć prezerwatywy czy lubrykant. Super!
Środa była poza dniem imprezowania w tym pubie, także dniem, gdy trochę zwiedzaliśmy Strasburg. Trochę, bo pogoda nam nie sprzyjała. Sprzyjało nam grzane wino i to wspieram :) 3 euro za chwilę radości. Udaliśmy się też specjalną łódką w kilka znajomych osób na zwiedzanie miasta z perspektywy wody. Śmieszne to było, ale było wewnątrz ciepło, a tegośmy potrzebowali! Samo zwiedzanie okazało się średnio interesujące. Były fajne momenty, ale całość trwała za długo i tyle. To też był jeden z tych momentów, które miałam z Lani, żeśmy się dobrze dogadywali. Potem po nocy lataliśmy po Strasburgu i bawiliśmy się na huśtawkach, które znaleźliśmy. Pięknie było, miło. Taki przerywnik.
Od czego? Ano właśnie. Konferencja dotyczyła problemów zdrowotnych i dostępu do służby zdrowia młodych osób LGBTQI oraz specyficznych potrzeb, jakie mają. Bo mają, nie zapominajmy o tym. Poza tym przecież każdy lekarz, widząc pacjenta zakłada, że to jest mężczyzna lub kobieta hetero. No a tak nie jest? Jest. Specyficzną potrzebą może być na przykład wizyta mężczyzny trans u ginekologa. To nie są łatwe sprawy, nie zapominajmy o tym. Dla mnie czymś zbliżonym była wizyta raz u lekarza, gdy miałam osławione krwawienia z odbytu. Jedna z pań lekarek podczas badania (ja leżę, ona naciska mi brzuch) pytała mnie o moje życie seksualne. No to mówię, że nie mam. Ale jak to? No, od jakiś 6 lat nie mam. Mhm… a wcześniej to bardziej z kobietami czy z mężczyznami? (Nie wiem w sumie do dziś jakie to ma znaczenie dla schorzenia, które pojawiło się sześć lat później!) Ale mówię, że z mężczyznami. Bo uważam, że przede wszystkim wobec lekarza trzeba być szczerym.
Jedna szczególnie interesująca dyskusja wywiązała się podczas konferencji. Bo wiadomo, że osoby LGBTQI kłamią często u lekarza, żeby dostać to, na czym im zależy. Mamy swoje metody, swoje stałe kłamstwa, które wykorzystujemy, żeby dali nam to, czego nam potrzeba, bez wdawania się w szczegóły. Kłamiemy. No i ktoś zapytał podczas tej debaty, dlaczego niby nie mielibyśmy kłamać, skoro to jest skuteczne? Skoro dostajemy to, czego chcemy i wiemy jak to zrobić, to czemu nie kłamać?
Musiałam się wtedy odezwać. Bo wydaje mi się, że od lat 60. XX wieku, gdy pojawił się ruch LGB (czy może raczej początkowo ruch G, potem ruch LG a potem LGB) chodziło nam właśnie o to, żeby nie kłamać. Żeby móc w pracy powiedzieć, że się nie ma żony, tylko faceta. Żeby móc iść pod rękę przez ulice z kimś, na kim nam zależy. Żeby nie udawać hetero. Żeby nie udawać mężczyzn. Żeby nie udawać kobiet. Żeby nie kłamać siebie i innych. O to chodzi w całej narracji emancypacyjnej. Żeby móc być sobą. U lekarza też. A może zwłaszcza tam, gdzie decyduje się nasze zdrowie i życie, wobec osoby, która może nam to życie uratować. Właśnie w tym miejscu przede wszystkim nie możemy kłamać. Obiecałam sobie, że nie będę kłamać już u lekarza nigdy. I kiedy kilka dni po moim powrocie (wyprzedzam fakty…) jeden Grześ opowiada mi, że się boi iść do lekarza i powiedzieć, co spowodowało, że ma problemy ze zdrowiem (bo była to niepopularna technika seksualna), to namawiam go, żeby to zrobił. Jasne, lekarz może zareagować nieodpowiednio. Może powiedzieć coś głupiego albo niemiłego. Ale może też nie zrobić tego, bo pewno już się z tym spotkał w swojej karierze lekarskiej. Poza tym, jeśli boimy się, że lekarz nas zażenuje, to przygotujmy się na to i zażenujmy go/ją najpierw. Będąc szczerymi!

Ważnym efektem jest też dla mnie propozycja współautorstwa tekstu do anglojęzycznego magazynu medycznego na temat queer w praktyce medycznej. Jeśli to by się udało, będę megazadowolona! To byłoby naprawdę superdoświadczenie i bardzo chcę tego spróbować. Z taką jedną Niemką i Chorwatem. Brzmi nieźle, nie? :) Mam też nadzieję, że tę Niemkę potem mogę ściągnąć do nas na konferencję w czasie Parady Równości 2011, żeby opowiedziała o tej pracy.

Do Warszawy wróciłam w niedzielę koło 16.00 Bałam się, że odwoływane z powodu pogody loty dotkną i mnie, ale na szczęście – nie. Po przepychaniu się przez tłumy do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku we Frankfurcie, udało mi się dostać do Polski.
Zaraz po przylocie… wyszłam z domu. Grześ z Krakowa był akurat w Warszawie, więc pognałam na spotkanie z nim do Złotych Kutasów. Kaweczka, pogaduchy… Takie tam. Miło go było znów zobaczyć po tak długiej przerwie. Jest niezmiennie słodki i ładny :) Odprowadziłam go na pociąg i wróciłam się rozpakować w domu. A to, uwierzcie mi, niełatwe. Bowiem po pożegnalnej imprezie… zaspałam lekko. Miałam w planach wstać koło 6.20, spakować się, wykąpać i ruszyć taxi o 7.40 na autobus, który ze Strasburga zawieźć mnie miał na lotnisko we Frankfurcie. Ale zaspałam. O 7.20 obudziło mnie pukanie do drzwi. „Jej, ty wiesz, że za 20 min masz taxi zamówione?” „Ależ oczywiście! Bez obaw! Będę tam na pewno” odpowiedziałam spokojnie, a po zamknięciu drzwi pakowałam się w szalonym tempie. Pobiłam rekord świata. Pakowanie i malowanie się zajęło mi 20 minut. O 7.40 byłam pod recepcją. Inna sprawa, że taxi nie przyjechała i trzeba było w ostatniej chwili zamawiać inną, która nas dowiozła na styk – ostatnie osoby wrzucały już bagaż do autokaru, gdy stanęliśmy obok. Wszystko się udało. Przynajmniej mi, bo wiem, że dwie znajome z Polski, które miały wcześniej lecieć… zaspały. No, zdarza się. Potem, żeby zdążyć na samolot do Frankfurtu, wydały 400 euro na taxi. Ale dały radę!

Poniedziałek przywitał mnie nowym numerem „Wprost”, gdzie tekst „Jej Perfekcyjność kontra Krucjata” z moim średniokorzystnym zdjęciem się ukazał. Dużo w nim błędów (autorka nazywa mnie transseksualistą!) i wypaczeń, ale nic na to nie poradzę. Ze zdjęciem trochę mnie wkurzyli. Bo nie pytali o zgodę na wykorzystanie wizerunku. Ani mnie, ani Ernesta, który znalazł się obok mnie na fotce. Nie podoba mi się to. Nadal nie podjęłam decyzji czy coś zamierzam z tym zrobić. Mam telefon do dobrego prawnika, który się takimi rzeczami zajmuje, ale nie miałem kiedy zadzwonić. Bo jeśli mi się to opłaci w sensie finansowym i mam duże szanse na wygranie tego, to chcę się z nimi po sądach ciągać! Tylko muszę wiedzieć czy jest sens i czy jest szansa. Ktoś może wie?

Dzień był zabiegany, jak zwykle. Nie udało mi się, niestety, dotrzeć na niektóre rzeczy. W ogóle muszę się kajać, bo z tymi moimi nieobecnościami jest ostatnio niedobrze. Za dużo ich, wiem o tym. Próbuję się ogarnąć, ale to niełatwe, gdy się jest na dwóch studiach i jeszcze ma się różne zajęcia, które zajmują prawie dwa etaty czasowo. I trzy uczelniane organizacje studenckie na głowie. I konferencję w czerwcu. I Paradę Równości 2011. I znajomych. I imprezy. I Komisję Rewizyjną Samorządu Studentów UW. I działalność w Samorządzie Doktorantów UW. Wiem, wiem, sama tego chciałam. I wiem, że mogę w każdej chwili zrezygnować… ale co na to poradzę, że to uzależnia? W sensie, że wszystkie te aktywności. To trochę tak jak piszą postfreudyści. Że świat dzisiaj mobilizuje nas do takiej hiperaktywności. I wiem to, a mimo wszystko robię to. Mam też takie przekonanie, że ponieważ robię to ja, to jest w tym pewien element aktywizmu dnia codziennego. Jestem wyoutowanym transem i wszędzie, gdzie się pojawiam i wszystko, co robię, zawsze powoduje jakieś zamieszanie. W sensie burzenia pewności świata. A na tym mi zależy.

Moją pewność świata próbuje zaś zburzyć Grzegorz. Grześ, jeśli wolicie. Siedemnastolatek (bo starszym trudniej przychodzi burzenie mi czegokolwiek). Grześ mnie kocha. Przynajmniej tak mówił jeszcze kilka dni temu. Teraz już rzadziej używa tego słowa, jeśli w ogóle.
Niemniej, Grzesia kojarzę. Poznałam go przelotnie jakiś czas temu. Jak zwykle, powiedziałam sobie: nie przejmuj się, że cię teraz nie lubi (bo nie lubił) – prędzej czy później trafi do Ciebie. Wiem, że to źle brzmi, ale naprawdę mam przekonanie, że każdy ładny nieheteroseksualny chłopiec w Warszawie prędzej czy później do mnie trafi. I dlatego się nie stresuję, gdy mi początkowo umykają ;) Tutaj historia się potwierdziła. Więc Grześ mnie kocha. Nie wie do końca co to znaczy (poświęciliśmy na te rozmowy kilka godzin) i nie wie czym to się różni od zauroczenia, ale mnie kocha. Ja mam odpowiedni dystans do tego typu wyznań. I on to wie.
Spotkaliśmy się znów we wtorek, podczas spotkania wokół „Zakazanych miłości”. Dzień był szalony, bo w chuj się działo jak zwykle, a ja nadrabiam cały czas tygodniowy wyjazd do Strasburga. (Marzy mi się taki tydzień odpoczynku, że nie zajmuję się takimi rzeczami jak normalnie, wracam potem i nie mam w chuj zaległości, tylko jestem na bieżąco i mogę wrócić do normalnego a nie podwójnego tempa pracy…) A przyjazd na spotkanie jeszcze gorszy. Ponieważ umówiłam się, że wpadnę do Gacka i z nim (oraz z innymi) pójdziemy razem do Nowego Wspaniałego Światu, załapałam jakieś ubrania i w moich domowych dresach pojechałam taxi. Ale że korki były NIEBOTYCZNE, to jazda zajęła nam jakieś 40 minut i jechaliśmy przez Mokotów, żeby się ostatecznie jakoś do centrum przebić… szaleństwo! U Gacka miałam 10 minut na makijaż i musieliśmy ruszać. Dlatego podczas spotkania wyglądałam, jak wyglądałam… Średnio, prawdę mówiąc :)

Spotkanie było okej. Bez rewelacji, ale i bez dna. Trochę nudne – ludzie skarżyli się na prowadzącego, który ponoć sprawiał wrażenie, że nie czytał książki i za mało aktywizował publiczność. Nie wiem, co do pierwszego, to nie mam chyba takiego wrażenia. Co do drugiego – to jego spotkania, on ma jakąś ich konwencję i może tak właśnie ma być? Cieszę się za to, że było sporo ludzi. I że mogłam coś powiedzieć. Wydaje mi się, że coraz bardziej doceniam rolę języka. Nigdy bowiem nie myślałam – to powiedziała Marta Konarzewska podczas spotkania – o swoim imieniu jak o próbie burzenia języka, budowania nowych słów na nowe zjawiska. Zrobiłam to nieświadomie. O ile pewne słowa tworzę lub używam ich świadomie, jako przyjęcie właśnie tej strategii (bo nie da się walczyć z heteronormą słowami, które konstytuują się w niej i nią), to akurat to imię nie powstało w ten sposób.
Po spotkaniu kilka osób podeszło, gratulowało i w ogóle. To miłe. Nawet bardzo. Chociaż nie wiem, czy w zasadzie zasłużone jakoś… jedno takie podejście było dla mnie miłe szczególnie. Wiadomo, kilka osób prosiło mnie o autograf (co zawsze jest dla mnie lekko żenujące, bo nie jestem celebrytką przecież) a ja staram się ich odwieść od tego pomysłu to jedna pani mi powiedziała, że… Jej syn jest gejem, nie radzi sobie z tym i ta książka, a ta część o mnie szczególnie, na pewno mu pomoże w samoakceptacji. Więc z chęcią dedykację dla niego napisałam. Nie wiem czy teraz czyta te słowa (bo to jest megadługa blo!), ale jeśli tak, to chcę go pozdrowić z tego miejsca. Trzymaj się tam!

A po wszystkim, po zjedzeniu czegoś z moją przyjaciółką Gacek (złego słowa o niej nie powiem) i naszymi znajomymi (oni jedli, ja nie), mogłam zająć się Grzesiem. Co prawda usiedliśmy przy stoliku z Martą, z Anią Laszuk i innymi osobami im/nam znajomymi, o tyle potem się rozmowy rozchodziły i mogłem spokojnie z Grzesiem trochę pogadać. Pogadaliśmy, on mniej się już mnie bał. Dzisiaj, gdy piszę te słowa, brzmi to zabawnie w sumie. Bo sypia ze mną w jednym łóżku, więc raczej się mnie nie boi ;) Szybko przełamał bariery i strach, ale… w sumie 17latki tak mają ;)
Dostałam też podczas tego spotkania propozycję partycypacji w tworzeniu jednego z numerów „Furii” – coś na temat manifestów queer i w ogóle. To dla mnie ogromny zaszczyt i brzmi to wszystko bardzo, bardzo ciekawie, więc chcę bardzo się w to włączyć.
Poszliśmy potem jeszcze do Gacka na chwilę. Ja tam miałam rzeczy i w ogóle. Posiedzieliśmy, potem poszłam do domu. Grześ też. Tak przynajmniej miało być, ale wiem, że było inaczej. Choć Grześ nie wie, że ja wiem.

Środa i czwartek minęły mi tak szybko, że nie pamiętam. Masa roboty z dwiema gazetami, zamieszanie, składanie papierów w sprawie rejestracji Queer UW, współpraca z zaprzyjaźnioną firmą… No masa drobnych rzeczy plus nadganianie zaległości z czasu wyjazdu do Strasburga (co ja sobie myślałam, gdy aplikowałam na tę konferencję?!). W czwartek wieczorem spotkanie koła wydającego gazetę w IS UW. Miło, choć sennie (nie moja wina, że wszystkim pasuje dopiero po 19). Próbuję aktywizować ludzi, zobaczymy na ile się da.
Plusem i olbrzymim dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, było pojawienie się pomysłu organizacji dodatkowych spotkań warsztatowych. W sensie, że chcą ludzie przychodzić i ćwiczyć ze mną swój warsztat. Strasznie to fajne, bo ja właśnie tak chciałam zorganizować działalność gazety studenckiej w IS – mieć zajęcia, na których jest trochę warsztatu, a trochę spraw organizacyjnych. Wstępnie pojawia się pomysł, żeby warsztat był raz na dwa tygodnie o stałej porze plus dodatkowe jedno spotkanie organizacyjne. Jestem na tak! Jeśli tylko młodzi się zmobilizują, to robimy to i jedziemy z tym koksem :) A dla mnie to będzie ułatwienie, bo poświęcę im na te zajęcia z chęcią czas plus na ich przygotowanie, a jakość tekstów będzie rosnąć i będę mieć mniej do poprawiania! Więc tym bardziej.

W piątek rano zaprosili mnie do TVP2. Do „Pytania na śniadanie”. W sumie nie wiedziałam do końca o czym chcą gadać – myślałam, że o „Zakazanych miłościach”, bo Marta Konarzewska też była zaproszona. Ale okazało się, że nie do końca. Że bardziej chcą gadać „o nich”, czyli o dewiantach. Mnie nazwali w zapowiedziach transwestytą (nie obrażam się za to, ale to nieprawda) i pokazywali moje zdjęcie z performance’u sprzed miliarda lat, gdy Sonique była w Utopii a ja Pasywa na smyczy prowadziłam. Miliard lat temu!
Spotkanie miłe, ale bez rewelacji. Ileż można opowiedzieć w kwadrans? Miłe to, że taxi mnie podwiozła i odwiozła, bo inaczej mi by się nie chciało :) a potem? Normalny dzień. Zapierdol, jak zawsze. Do samego wieczora zapierdalałam przy komputerze coś tam składając…

Aż nadszedł wieczór. B4 u mnie. Dawno nie było, więc fajnie. Zrobiliśmy na drzwi kartkę „Nie ma Utopii” i ładnie ją ozdobiliśmy świątecznie. Więc mam nadzieję, że wszyscy teraz wiedzą, które to moje drzwi ;)
Impreza była baaaardzo udana. Sporo ludzi się zebrało, to raz. Dwa, że było sporo szaleństwa. Trzy, że była ciotodrama. Czyli że pięknie! Wszystko, co ma być. Polane sporą ilością alkoholu. Wiedziałam, że przyniosą swój, ale na wszelki wypadek jeszcze im kupiłam 0,7 litra. I dobrze zrobiłam ;) Był Gacek, Mocar z ładnym Patrykiem, Rafał, Adam Młody, Grześ, Gacek, Damian.be, potem jeszcze Daniel, Grześ, Robert, Tristan, Tomeczki… No, tłumnie w miarę.
Poszliśmy potem do Glam, bo gdzież by iść? Nie ma Utopii. Krzyczeliśmy za to w kółko, że jesteśmy w Mediolanie. Ja się mocno nie dziabnęłam, ale inni, owszem. Więc było szaleństwo na tyle duże, że Tomeczek zaliczył w WC najpierw Grzesia, potem Tristana. Potem była bójka, bo Paweł się wkurwił na Tomka. Potem Pawła wyprowadzili. I generalnie, zamieszanie. Gacek szalał, Damian.be trochę mniej. Mocar zniknął z tym swoim potem a Tomeczek do domu wrócił następnego dnia po południu jakoś… Adaś ma na mnie focha przez Grzesia i ogólnie zamieszanie. Plus jest taki, że się nudno robiło, więc dobrze, że coś się dzieje. Namieszało się.

W sobotę – po tym jak spędziłam caaaały dzień przy komputerze – postanowiliśmy jechać do Łodzi. Bo przecież skoro w Warszawie się też nic nie dzieje, to spadamy tam, gdzie nas rzadziej widać :) Miałam jechać ja z Pawłem, ale Grześ też się zgłosił. Nie mamy nic przeciwko. Początkowo miał dojechać później, ale zerwał się z pracy i pojechał z nami. Miło, miło. Jak tylko wysiedliśmy z pociągu w okularach przeciwsłonecznych koło 21.30, krzyczeliśmy na zaśnieżonym peronie Łodzi Fabrycznej: „jesteśmy w Mediolaaaaaaaanieeee!” No co? Jak się bawić, to na całego. Jak Tap Madl.
Chłopcy pojechali do Fou Foun a ja do znajomej Gośki. Posiedziałam z nią, pogadałam, pośmiałam się. Miło było zobaczyć po tak długiej przerwie. W tym czasie Grześ podrywał Pawła z dala ode mnie. Dotarłam do nich, ale w FF nie siedzieliśmy już za długo, bo… no bo wiadomo jak ten lokal wygląda. „Średnio” to komplement. Potem jakieś jedzenie (Paweł w tym czasie przebrał się w WC) a potem do Gossip. To nowy klub, co powstał w miejscu dawnej Rezydencji. Miało być wspaniale, bo Michael Canitrot ze swoim „So, Happy In Paris?” był zapowiadany. Więc wpadamy, oglądamy lokal. A w lokalu… no, ładnie, nie powiem. Ale bez rewelacji jakiejś. Ot, nowy klub, ma nowe wszystko, więc się błyszczy, ale niczym zaskakującym nie zszokował. Okej, bar interaktywny, po którym można placem jeździć i tam się coś dzieje na monitorze pod spodem – bajer, ale bez szału. Muzycznie było… bardzo źle. Czekaliśmy na rozwój wydarzeń, ale nic się nie działo. Żeby było śmieszniej, wszystkie stoliki na poziomie +1, gdzie grać miał Canitrot, były zajęte przez warszawskie cioty, co sobie rezerwację tam zrobiły :) Miło spotkać znajomych, oni też się ucieszyli. No i tak czekamy, pijemy, czekamy… Nawet na parkiet poszliśmy zobaczyć co i jak i… wysiadły korki. To przesądziło – idziemy stąd. Nuda na maksa. Canitrot jeszcze nie zaczął grać, a my już dłużej tak cienkiej muzyki nie zniesiemy. Cokolwiek by nie mówić o imprezowaniu, dla mnie najważniejsza jest dobra muzyka. Więc musieliśmy wyjść. Pogoda nam bardzo nie sprzyjała. Cały czas padał marznący deszcz. Tragedia. Więc ominęliśmy Kokoo i udaliśmy się prosto do Narraganset. Wiadomka. Paweł się pokręcił z nami, a potem na chwilkę poszedł do dark roomu zobaczyć co się tam dzieje. Następny raz widziałam go w Warszawie w czwartek :) Więc impreza ewidentnie była jego życiem tej nocy. I przez kolejne dni ;)
My z Grzesiem trochę poskakaliśmy, trochę wypiliśmy… No, ale też szału nie było. Chociaż – uwaga – to było najlepsze odwiedzone przez nas tej nocy miejsce. Grześ, jak to on, szalał trochę. Nie za bardzo miał jak, ale pewno chciał bardziej :) Wracaliśmy pociągiem o 5.30 jakoś. I nie przejmowaliśmy się tym, że ludzie dokoła są. On spał z głową na moim ramieniu. Było miło.

Niedziela to praca, praca, praca… Szkoda gadać, ale udaje mi się powoli wyjść na prostą w nadrabianiu rzeczy zaległych przez Strasburg. Oczywiście, to się nie da bez konsekwencji – wiadomo, że jakieś małe zaległości z bieżących spraw mi się robią. I wiem to, wiem. No, ale powoli, po kolei, dam radę.

Poniedziałek okazał się dniem miłym. Najpierw musiałam Miłości Dnia ogarnąć znów. Bo ja wstawiam je zawsze z jak największym wyprzedzeniem, żeby nie musieć o nich myśleć codziennie, wiadomka. A one same się publikują, więc jest spoko.
Potem dyżur w firmie zaprzyjaźnionej miał być, ale musiałam z tego zrezygnować (330 zł mniej w kieszeni) i zająć się czym innym. Spędziłam cały dzień w domu przed komputerem, jebiąc się z duperelami. Szkoda gadać. Ale to też potrzebne, bo dzięki temu też zarabiam. Czasem właśnie taka dywersyfikacja źródeł dochodów jest ważnym elementem, bo pozwala unikać kryzysów finansowych. Ale jest też czasem problemów, bo powoduje, że czasem trzeba kalkulować i wybierać, jeśli różne te formy nachodzą jakoś na siebie. Kto ma pracę jedną, nigdy tego nie zrozumie. Jeszcze dodatkowo u mnie dochodzi wybieranie między studiami, między studiami a zarabianiem, miedzy działalności samorządową a wszystkimi innymi rzeczami…

W poniedziałek wieczorem zabrałam Adasia na 20 lat Pomation w 1500 m2 do wynajęcia. Mnie zaprosili z powodu mojej „pozycji” a Adam był osobą towarzyszącą. Mieliśmy, generalnie, ciotodramę. W sensie, że Adamowi nie odpowiada to, że z Grzegorzem się zbliżyłam. Więc zależało mi na tym spotkaniu (choć umówiliśmy się już dużo wcześniej), żeby pogadać o tym wprost. Lubię to, że gdy rozmawiamy to jest to metapoziom rozmowy. Mówimy o naszych emocjach, o tym co się nam podoba, a co nie, co chcieliśmy zrobić a czego nie, co nami powodowało przy konkretnych zachowaniach… Adam mówi, że chciał się na mnie całkiem obrazić, ale nie zrobił tego, bo bał się, że znów stracimy kontakt na długo całkiem. A tego nie chciał. Ja mu mówię, co czuję, co robię i dlaczego. Bardzo mi się podoba to, że ta nasza relacja – jakkolwiek dziwna, nietypowa i niezrozumiała (także dla nas, uwierzcie mi) nie byłaby, to jest wszystko do obgadania. Ponieważ zdajemy sobie sprawę, że stąpamy po obszarach, gdzie nie ma reguł narzuconych kulturowo – gdzie heteronorma jest nagięta mocno – wiemy, że wszystkie nasze ustalenia mają charakter temporalny i uznaniowy. To tak jak w Strasburgu na konferencji. Pierwszy dzień spędziliśmy na ustalaniu Ground Rules – zasad, które nas będą przez ten tydzień obowiązywać. Jasne, można je potem zmieniać, ale ich legitymizacja polega na tym, że wszyscy się na nie zgodziliśmy, uznaliśmy je, a nie na tym, że „tak musi być”, „tak jest”, „tak wypada”, „tak powinno się robić”. I tak samo jest ze mną i z Adamem. Mamy jakąś tam relację, której nie potrafimy nazwać i nie chcemy. Relacja ja nie angażuje seksualności, ale już zazdrość trochę wchodzi w grę. Nie ma wyłączności, ale są w związku z tym problemy. Gdy Adam mówi, że coś mu nie odpowiada, to ja pytam dlaczego, co się stało, co czuje i dlaczego. I tak każdą, czasem wydawałoby się, że głupotę, drążymy. Podoba mi się to.
A sama impreza Pomatonu? Udana. Dobra prezentacja. Niezłe jedzenie. Sporo wina. I tyle :)

We wtorek rano musiałam wstać, żeby zaprojektować plakaty dla mojego ISowego magazynu. Potem, o 8.00, musiałam odebrać wydrukowane gazety z drukarni. Szybki druk plakatów, dystrybucja gazety, zlecenia wywieszenia plakatów, rozliczenie faktury, podpisanie papierów, wysłanie listów i mogłam wracać do domu, do pracy, ma się rozumieć. Tak to brzmi łatwo w jednym zdaniu, ale pamiętajcie, że jest zima, jest śnieg, trudno się chodzi i wszystko zamarza! :)
Jeszcze w tzw. międzyczasie udało mi się zanieść dokumenty Queer UW nareszcie do Biura Spraw Studenckich UW. Pani wiedziała o co chodzi. Zrobiła niechcący minę i powiedziała, że do dwóch tygodni trzeba czekać. A jeśli coś będzie nie tak, odezwie się wcześniej. Dwa tygodnie to 28 grudnia. Mam nadzieję, że uda im się wcześniej to ogarnąć. Chociaż tak prawdę mówiąc, to zarejestrowanie po 31grudnia ułatwiłoby sprawę – nie musiałabym składać sprawozdania rocznego z działalności, której na razie być nie mogło ;) Niemniej, chcę jak najszybciej. Tym bardziej, że na 22 grudnia członkowie i członkinie Queer UW ustalili termin spotkania naszego.
Tego dnia jeszcze zajęcia na UW zaliczyłam, korepetycje i dużo, dużo pracy w domu. Dużo, naprawdę. Wieczorem wpadł Grzegorz. Tak, widujemy się prawie codziennie. Napisałam mu, że jeśli po miesiącu takie intensywnego prawie codziennego spotykania się będzie nadal uważał, że mnie kocha, to być może będę w stanie w to uwierzyć. Bo nie ukrywam, że na razie mam nastawienie sceptyczne. A i on rzadziej ostatnio to mówi. Więc może będzie z nim tak, jak z innymi chłopcami… przejdzie mu. I odkryje, że to nie miłość. A może ja go nieświadomie odpycham – jak mógłby stwierdzić psychoanalityk – dokonując na sobie kary za coś i twierdząc, że jestem niegodna miłości i odpychając jakoś wszystkie osoby, które mogą mi ją dać? :) Problem z tym stwierdzeniem jest taki, że: 1. psychoanaliza zakłada, że każdy człowiek jest zdrowy, gdy jest zdolny do miłości i pracy, a ja nie wiem czy się z tym zdaniem zgadzam, a 2. że uczę się przecież mówić whatever (w innej wersji: „mhm”) i reaguję tak na wszystkie rzeczy, które mogłyby mnie u Grzegorza denerwować albo od niego odpychać. Wiem, że nie ma ideałów i staram się to zaakceptować.
No, dużo o Grzesiu piszę, prawda?

Środę znów spędziłam w domu. Udało mi się pewne tematy zakończyć (alleluja!!!), ale niestety – z pewnymi muszę się wstrzymać. Nic to jednak, wiem, że dam radę. Jestem Jej Perfekcyjność! Gdy jest mi naprawdę źle i nie daję sobie rady z czymś czasowo czy jakkolwiek inaczej, powtarzam sobie to zdanie jak mantrę. Jestem Jej Perfekcyjność! Jestem Jej Perfekcyjność! I to dodaje mi siły. Wiem, wiem, głupie trochę. Ale działa a to najważniejsze. Po tym jak skonstruowałam siebie i konstrukcja ta uzyskała pewne uznanie, nie pozostaje mi nic innego, jak wspierać się na niej.

Po południu Adam wpadł początkowo nieplanowanie. Ale miał zły humor (chyba jakieś „sercowe” sprawy), więc go na pizzę zaprosiłam. Poza tym mam wrażenie, że nadal ma lekką ciotodramę a nie chcę tego. Więc ta pizza nam jakoś tam miała pomóc. Ale potem Adam zaczął żartować w sposób dla mnie niewygodny. A gdy nie chcę ranić innych, milczę. I tak się spotkanie skończyło. Dziwnie. Musieliśmy potem jeszcze dogrywać sytuację SMSami.
Najśmieszniejsze jednak jest to, że po Adamie umówiona byłam z Grzegorzem i Marcinkiem. Mieli wpaść… na pizzę :) Więc ich odebrałam z przystanku (jechali tym samym tramwajem ale w innych wagonach), poznali się naprzeciw Hali Banacha. Kupiliśmy pizzę, grzane wino i poszliśmy do mnie. Rozpoczęło się ucztowanie. Sympatyczne spotkanie w sumie się z tego zrobiło i było bardzo fajnie. Marcinek dość długo posiedział, ale zgodnie ze swoim postanowieniem, wrócił do domu nocną komunikacją miejską. A my z Grzegorzem obejrzeć chcieliśmy (taki był główny cel, jeszcze zanim Marcinka do nas domówiłam) „Closer” i wzięliśmy się za oglądanie. Jedzenie i wino grzane sprawiły, że Grzegorz większość filmu przespał. Ja też przysypiałam, przyznaję. Choć film jest genialny i dlatego chciałam, żeby go zobaczył. No, ale może noc była nieodpowiednia. Ale szkoda, żałuję. Bo też miałam nadzieję, że film ten pomoże zrozumieć mu, że mnie nie kocha. Ale nie mogło tak się stać, skoro go nie obejrzał ;)

Czwartek był dniem pierwszej wigilii w tym roku. Po całym dniu spędzonym w zaprzyjaźnionej firmie, umówiłam się z Adrianem, że pójdzie jako moja osoba towarzysząca. Spotkaliśmy się kwadrans przed, wypiliśmy kawę w KFC i poszliśmy na wigilijne spotkanie samorządowe na UW. Ludzi nie za wiele, rok temu było więcej. Jedzenie może być, ale bez szału. Nie było wina, to mnie zaskoczyło, bo zazwyczaj bywało. Obsługę zapewnił LOT Catering. Wydaje mi się, że to dość droga firma… więc mam zamiar oczywiście sprawdzić jak to się stało, że wybraliśmy dostawcę za 5,5 tys. zł. Bo to wychodzi jakieś 55 zł na osobę. Dużo. Oczywiście, atmosfera sympatyczna i przyjazna. Była też pani prorektor ds. studenckich i sama nawet do mnie podeszła z życzeniami, czym mnie zaskoczyła trochę. Bo wiecie, my się po sądach ciągamy, ale jak przychodzi co do czego, to sobie rękę umiemy podać przecież!
Po spotkaniu Adrian pojechał do mnie na… grzane wino :) Posiedzieliśmy, pogadaliśmy… On się rozstał z chłopakiem, nawiązuje kontakt z byłym… Wiecie, normalne ciotodramy młodego stażem geja. Musi to wszystko przeżyć. Po co? Żeby nauczyć się mówić „mhm”. Całe życie uczymy się mówić whatever.

W piątek od rana pisanie, pisanie, pisanie. Nie dziwcie się, że blo tak długo nie pisałam, skoro w tym czasie napisałam pięćset milionów znaków w innych „miejscach”. Nie miałam siły i czasu na blo :) Potem krótki dyżur w zaprzyjaźnionej firmie i miałam pojechać do kina na pokaz prasowy „Pewien dżentelmen”, ale… autobusy jeżdżą teraz tak, że się nie dało. W sensie, że za późno dotarłam. Więc darowałam sobie, bo spóźniać się nie lubię. I po ominięciu tego punktu programu dnia, pojechałam nareszcie na zakupy do Carrefoura. Wszystko fajnie, sprawnie, nie było dużych kolejek, ale gdy wyszłam na autobus, musiałam ostatecznie czekać na niego prawie godzinę!!! Zamarzłam po 15 minutach (dwa już powinny przyjechać), więc weszłam do środka. Chciałam zamówić taxi, ale nie odbierali w korporacjach trzech a w jednej pani mi powiedziała, że na razie nie ma nikogo w okolicy i żebym za 15 min próbowała dzwonić. Skandal w sumie. Dzwonienie zajęło mi prawie 20 minut. Wyszłam znów na autobus. I czekałam kolejne 25 minut. Ale ostatecznie nadjechał i udało mi się do domu dotrzeć. Niemniej, przez godzinę byłam uwięziona w CH Reduta!

Wieczór odbywał się u mnie. Wpadło kilka osób, ale nie za wiele. Nie tyle, co tydzień wcześniej :) Wpadli, poszaleli, popili (była walka o to, kto ma pójść po softy, gdy się skończyły a alkohol został…) i się zebraliśmy ostatecznie w sobie, by do Glam pójść. W Glam Grzegorz oczywiście spotkał milion byłych i byłych kochanków. I w zasadzie zajmował się nimi. Ja zajmowałam się sobą. I dojrzewałam powoli do pewnych decyzji. A ciotodrama była, bo Mocar podrywał chłopca, którego poderwać chciała moja przyjaciółka Gacek. A poza tym Mocar w sumie przyszedł z Rafałem. I Rafał udaje, że nic się nie stało, ale wiadomo, że tak nie jest. Bo to musi boleć.

W sobotę zaczęłam blo pisać (tak, tego!). W chwili obecnej ma 25 stron znormalizowanego maszynopisu. Czyli że mała praca licencjacka się z tego zrobiła ;) Musiałam jednak przerwać, żeby iść na Uniwersytet Warszawski. Spotkanie w sprawie Raportu Studenckiego na posiedzenie Senatu UW. Bardzo ciekawie było. Zgłosiłam, oczywiście, że uważam, że powinniśmy zająć się w raporcie także sytuacją osób LGBTQ na UW. I się zaczęło. Że co to dokładniej miałoby być? Że czemu się mamy tym zajmować skoro – uwaga! – brak danych na ten temat. Wiedziałam, że będzie opór materii, ale nie wiedziałam, że aż taki. Wypomniano mi przy okazji moją wypowiedź dla mediów! Dziwi mnie to, bo Zarząd Samorządu Studentów UW za pomocą swojego rzecznika prasowego lub też za pomocą rzecznika prasowego uczelni, może przecież prostować do woli, jeśli powiedziałam coś nie tak ich zdaniem. I zachęcam do tego! A wracając do spotkania – Paulina, która przyszła ze mną, była w szoku. Dla niej to pierwsza styczność z samorządnością na szczeblu uczelni. I pierwsza styczność z takim oporem wobec używania skrótu LGBTQ. Więc była zdziwiona poważnie i lekko wkurwiona. Potem za każdym razem jak się pojawiał jakiś inny pomysł rzeczy do raportu, które warto by tam umieścić, to pytaliśmy czy są dane na ten temat a jeśli nie ma, to nie ma sensu tego tam umieszczać. Bo wiadomo, że nie ma danych na tym etapie – na razie poruszamy się we mgle i próbujemy na podstawie różnych źródeł identyfikować interesujące nas obszary, które dopiero zdiagnozujemy. I wtedy będą dane. Oczywiście, że ZSS UW wie, że ten argument jest z dupy i widzieli to za każdym razem, gdy podnosiłam argument, że czymś nie należy się zajmować, bo nie ma danych. Bo to naprawdę jest argument bez sensu. Ale rozumiem, że jak raz powiedzieli, to chcą teraz w to brnąć. No, okej.
Zapowiadam zatem niniejszym, że przygotuję te dane, chociażby mnie to miało kosztować sam nie wiem ile wysiłku. I opublikuję je. Jeśli nie będą chcieli inkorporować tego do Raportu Studenckiego na posiedzenie Senatu UW, to ich nie zmuszę oczywiście. Opublikuję to osobno i zrobię dodatkowo zamieszanie, że władze samorządu studenckiego na UW wykluczają tę tematykę specjalnie i na siłę. Nie przebiję się z tym do mediów? Możemy się zakładać kto na tym gorzej wyjdzie.
Cały czas powtarzam: jak ja się uprę, to swojego dopnę. Jestem Jej Perfekcyjność. A to, że ktoś chce po drodze się ze mną potyczkować… no cóż, to nie moja wina i nie moja sprawa. Ale skoro najpierw się mówi: pisz do nas maile w różnych sprawach, nie pisz pism a gdy ja to robię i wysyłam maila z pytaniem, przypominam o nim po tygodniu a po dwóch nadal nie mam odpowiedzi, to będę pisać pisma. I skoro mówi się: przyjdź na spotkanie w sprawie raportu, powiedz czego chcesz a gdy ja przychodzę to się mówi, że nie mogę tego zrobić, to ja będę robić zamieszanie. Jakkolwiek zawistnie nie brzmiałoby to, co powiem: dopnę swego. A w poniedziałek złożę pismo. Albo i ze dwa. Żeby przypomnieć im, że ja nie odpuszczam.

Wieczorem wpadł do mnie Grzegorz. Zasypiał po tym, jak szalał ostatniej nocy w Glam i po Glam. Jakiś czas później dołączył do nas Marcinek. W komplecie zebraliśmy się, żeby pojechać do Pawła na jego wigilię tradycyjną. Plan był taki, żeby poruszać się komunikacją miejską. W tym Kolejami Mazowieckimi :) Plan był dobry, rzeczywistość ciut mniej. W sensie, że pociąg się spóźnił i się potem posypało. A dodatkowo Grzegorz, który wcześniej zobowiązał się, że wypije tej nocy 1-2 drinki, pił z Marcinkiem wódkę w pociągu. Bo to nie drinki tylko szoty. I wino u Pawła to też nie będzie drink. I grzaniec wypity u mnie to też nie drink. Bo drink to alkohol+soft zmieszany w jednej szklance…
Skończyło się na tym, że miałam z Grzegorzem rozmowę w toalecie Pawła. Chwilę potem trochę żałowałam, ale dziś widzę, że nie ma czego, że dobrze zrobiłam. Powiedziałam Grzegorzowi, że to koniec naszej znajomości na takiej stopie jak dotychczas. Że skoro on nie chce nic zrobić dla mnie, to ja nie mogę niczego zrobić dla niego. Że skoro on się nie stara, to nie widzę powodu, dla którego ja miałabym się starać.
Po wszystkim Grzegorz, mocno próbując poderwać Marcinka, został z nim i spali u Pawła. Ja pojechałam do klubu. Bo hiperaktywność nie pozwala mi odpoczywać. Najpierw zaliczyłam Glam. Pochodziłam, pokręciłam się… potem Paweł ze swoim do mnie dołączyli. Ale ruszyliśmy się zaraz. Stwierdziłam, że chuj, że jadę do Nine. Zobaczyć co tam się dzieje, jak wygląda to, co jest namiastką imprez Utopijnych. To moja druga w życiu wizyta w tym klubie (a mam kartę jakąś VIPowską czy coś tak w ogóle). Ludzi trochę było, ale nie było tłumu. Muzycznie: okej. Znajomi się bawili, wszyscy się witali… Zmęczyło mnie to szybko, więc po kwadransie się wyniosłam stamtąd. Zastanawiałam się, co zrobić ze sobą i trafiło na Toro. Tak, pojechałam do Toro. Nie spędziłam tam jednak dużo czasu, bo nudno było. I wróciłam do domu.

Kiedyś miałam taki zwyczaj, że zamieszczałam jakieś piosenki na blo, prawda? W tle leciały a słowa dodatkowo były ważne. Dlatego postanowiłem dzisiaj znów to zrobić. Słucham tego bez przerwy podczas pisania Najdłuższej Blotki w Historii (mojego blo).

David Guetta – „It’s The Way You Love Me” (feat. Kelly Rowland)

Late at night I lose my focus
Late at night I’m calling out for you
It can’t be right I got no focus
I hope you noticed

The chemistry is off the radar
Look at me I don’t know what to do
This chemistry is off the radar
Baby let me see you later

Over and over you run in my mind
Give me one look and I know
Can’t you see we’re only wasting our time?
Baby thought you understood

It’s the way you look me
It’s the way you move me
And the way you touch me
It’s the way you love me

What’s the point? I can’t remember
Where’s the key? Well give it up to me
You got me boy and I surrender
Let’s get you back on my agenda

Over and over you run in my mind
Give me one look and I know
Can’t you see we’re only wasting our time?
Baby thought you understood

It’s the way you love me
It’s the way you move me
And the way you touch me
It’s the way you love me

Baby it’s simple to see
This is where I’m meant to be
You stole a piece of my heart
You’re making me start all over

It’s the way you love me
And the way you move me

It’s the way you love me
It’s the way you move me
And the way you touch me
It’s the way you love me
It’s the way you love

Every little thing you do
Everything that you do
You can put me in the mood
You put me in the mood

Now I’m looking straight at you
You’re looking at me too
Yeah you know what I want from you

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email