Będzie długi blo, bo poza tym, że piszę o tych pierdach, co zwykle, to mam kilka dłuższych przemyśleń. A i czas, który streścić chcę nie jest najmniejszy. Ale damy radę. Bo wszystko zaczyna się… dzień po wyborach na prezydenta. Nie wiem czemu ludzie się stresowali w nocy, gdy się wyniki zmieniały? Przecież zawsze tak jest, że cząstkowe spłynięcia powodują dość duże wahnięcia. I tak musi być, statystyka o tym mówi. No, ale najważniejsze, że wiadomo, kto wygrał. Choć – co nie zaskakuje – są już grupy, które podejrzewają fałszerstwo wyborcze. M.in. przez ogłoszenie, że przez chwilkę Kaczyński wygrywał… No nic, trudno. Najgorsze, ma się rozumieć, że nie wygrała Paris Hilton.

W poniedziałek obgadałam też sprawę mojej dalszej współpracy z firmą. No bo minęły dwa miesiące na próbę co były dla nas – czy się zgramy, czy dopasujemy, czy damy radę, czy jest sens. I jest. W sensie, że kontynuujemy to. Uregulowałam sobie godziny, w jakich będę się tam zjawiać (rano raczej, żeby potem mieć dzień wolny) no i ostatecznie wyszło, że będę tam przebywać tygodniowo… mniej o 2,5 godziny niż dotychczas a dostawać za to będę 300 zł więcej ;) Więc dla mnie – na tak! Tym bardziej, że zapowiedź „wolnego tygodnia” na EuroPride została przyjęta bez sprzeciwu. Podoba mi się to.
Zastanawiam się jak to będzie od września. Bo w sumie gazeta wraca, co nie? Więc nie wiem, nie wiem. Ogarnę to. Najważniejsze dla mnie na chwilę obecną jest jednak to, że mam pewność, że do końca września nie umrę z głodu. Powiem więcej: moja sytuacja finansowa jest bardzo okej. Bez szału, bez rewelacji, ale jest okej. Dawno tak nie pisałam, co nie?
Wieczorem widziałam się z krakowskim Grzesiem, który znów jakieś wizowo-paszportowe sprawy załatwiał. Ale tak to jest jak ktoś chce dwa miesiące Azję zwiedzać. Przyjechał z jakimś kolegą. Pochodziliśmy, zjedliśmy coś, odprowadziłam ich na dworzec i mogłam wracać do domu. Spotkanie z Grzesiem jest zawsze miłe, bo jest na maksa pozytywny. A poza tym jestem mu tyle winna przysług, że szkoda gadać. Więc dlatego właśnie Grzesia uwielbiam. No i dlatego, że lubi czasem pójść w noc.

A wieczorem – jedno z ostatnich spotkań w sprawie monitoringu mediów. Na szczęście projekt powoli dobiega końca. Bo ja już mam dość :) Zresztą widać, że nie tylko ja. To było bardzo męczące doświadczenie. Ciekawe na maksa, porywające, wyzywające. Ale jednak strasznie męczące. Dlatego cieszę się, że kończymy. Ostatnie poprawki w raporcie końcowym nam zostały i po sprawie. Kolejne spotkanie – za tydzień. Mam nadzieję, że będzie jednym z naprawdę ostatnich.

We wtorek miałam egzamin na studia. Na OSA UW. Ludzi sporo, wiadomo. Jedna osoba na mojej sali w ogóle niepolskojęzyczna. Więc czuję, że się powinna dostać. Egzamin dość specyficzny. Dwie części: jedna to wiedza o USA, a druga – język angielski jako taki. Choć całość, ma się rozumieć, po angielsku. Jeden punkt za pytanie, zero za brak odpowiedzi, minus jedna czwarta za odpowiedź złą. Jeden piękny chłopiec w pierwszym rzędzie (ja w drugim, kawałek dalej, więc widziałam go idealnie). Zakochałam się w nim trochę i chcę z nim studiować! Nie ważne czy na OSA czy gdziekolwiek. Będę chodzić nawet na wykłady, jeśli on będzie. I pożyczę mu notatki. I cokolwiek, wszystko!
Ostatecznie jednak: dostałam się na studia. Na filologię polską. Na OSA na razie nie. Mówię, że na razie, bo to pierwsze wyniki rekrutacji. Bo to jest tak, że kogoś-tam przyjmują, ludzie nie donoszą dokumentów i się lista przesuwa do góry. Rok temu ponoć do połowy sierpnia tak się jebali. Więc nie tracę nadziei, choć – prawdę mówiąc – nie wiem na co bardziej chcę iść w chwili obecnej. Na polonistykę muszę dokumenty do piątku donieść. Dam radę, dam radę. Muszę tylko zdjęcia sobie jebnąć i po sprawie. A na OSA – mam 48 pkt a przyjmowali od 52,25. Do zdobycia było 100, ale pamiętajmy, że były też ujemne za błędne odpowiedzi.
Więc od października na pewno będę studentką II stopnia na UW. Pytanie tylko czy na Wydziale Polonistyki czy w Ośrodku Studiów Amerykańskich. Ale to jakby w tym momencie mniej ważne.

Dostałam z WSA dwa pisma w tym czasie. Jedno, to odpowiedź Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW na skargę, jaką złożyłam w sprawie złamania ustawy o dostępie do informacji publicznej. I choć sam przewodniczący w – moim zdaniem – bzdurnym piśmie twierdzi, że nie może niczego odpisać, nie może podjąć jakiegokolwiek działania, nie może nawet listów odbierać, to jednak WSA w piśmie przewodnim poinformował, że dla nich to jest odpowiedź na skargę. A więc komplet dokumentów niezbędnych do rozpatrzenia sprawy jest. Można ruszać teraz – czekam na wyznaczenie terminu rozprawy.
Drugie pismo to po prostu odpis uzasadnienia wyroku w sprawie z Instytutu Dziennikarstwa UW. Mam od dnia doręczenia 30 dni na złożenie skargi kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Zastanawiam się nad tym, prawdę mówiąc. Bo nie chodzi nawet już o tę konkretną sprawę, co bardziej o wyrok, który zapadł i na który będzie można się teraz powoływać. A wyrok jest głupi. Więc myślę. Problem polega na tym, że nie mam radcy prawnego lub adwokata, który mógłby napisać tę skargę. Bo w postępowaniu przez NSA musi być skarga złożona przez prawnika, a nie przez osobę po prostu. To utrudnienie i dlatego się zastanawiam co zrobić. Chyba że zgłosi się do mnie jakiś prawnik, który pro publico bono będzie chciał się tym zająć… Może jakiś czyta teraz te słowa? Albo znacie takiego? ;)

Także we wtorek udało mi się rozliczyć wszystkie delegacje na UW. Teraz czekam na kasę. No i na kasę z AWF we Wrocławiu, gdzie musiałam dwa razy dokonać wpłaty, żeby udało się odpowiednie dokumenty dostać. Jedna z tych wpłat musi być teraz mi zwrócona. I na to czekam. Ponoć coś się w tej sprawie dzieje, ale jest mały przestój… Eh… Moje 200 zł! ;)
Ponieważ nie mam kasy na badanie z Ernsta (skoro już o kasie na/za naukę mowa), to chcę starać się o dofinansowanie skądinąd. Np. z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. I nawet jest taka opcja, ale musiałabym do 20 lipca przygotować wniosek. A obawiam się, że to się nie uda :( Fizycznie mi po prostu czasu zabraknie, bo EuroPride mnie teraz dość mocno pochłania.

Wieczorem wpadł do mnie Piotr Pacewicz. Czyli zapowiadany od dawna wywiad dla redaktora naczelnego „Wyborczej” do jego książki doszedł do skutku. Opowiadałam wszystko jak na świętej spowiedzi ;) Ciekawa rozmowa, bo z jednej strony miałam mówić jako po prostu ja, jako człowiek – a z drugiej: jako teoretyk queer, jako osoba zajmująca się naukowo badaniem tego zjawiska. Myślę, że coś z tego może wyjść. Choć Piotr, któremu chyba spodobał się mój ukochany manifest „Queers Read This” pytał mnie jak mogę być „apostołem queer” (to jego określenie, z którym się nie do końca chyba zgadzam) a zarazem nie uprawiać seksu. No mogę. Po prostu. Queer pozwala nam na bycie niespójnym, nieciągłym. Na wyłomy, na pęknięcia, na załamania. Na to, żeby robić coś nie tak jak wydawać by się mogło, że to powinno być, ale tak, jak sami chcemy.

Środa to dzień radosny – dotarł do mnie baner „Whatever”. Jest wielki. Ale naprawdę wielki. W sensie, że co innego projektować go w Photoshopie, co innego pisać o jego wymiarach a co innego zobaczyć na żywo, że to bydle ma 5 m długości i jakieś 1,5 m wysokości. Będzie ciężko. Co nie zmienia faktu, że samo to, że ktoś za darmo i z własnej inicjatywy zrobił mi takie cudo zasługuje na największą pochwałę! Dlatego dziękuję Ci, Tomku :)
A! I śmiesznie było jak pan kurier mi dostarczał i pyta: „A tutaj jest >Jej Perfekcyjność<, to co to jest? Jakaś firma?”, „Nie, to ja.”, „Znaczy, że takie nazwisko?”, „No, tak.”. „Aha… To przepraszam…”. Walka o świadomość queer odbywa się na polu codzienności przede wszystkim! :)

W piątek zaliczałam na UW różne miejsca. Udało mi się ogarnąć kolokację serwera, z którą się jebałam od dawna (nie pytajcie co to jest…) jak i ogarnęłam bibliotekę. Bardzo pozytywnie działanie. Tym bardziej, że potem można się zawsze Chmielną przejść, jak za starych dobrych czasów.
Wieczorem bifor u mojej przyjaciółki Gacek. Specyficzny, bo skład osobowy niezwykły dość. Ale miło, miło. Dla mnie b4 ważny, bo jedyny w tym tygodniu. Więc się chciałam nacieszyć imprezą. Dlatego też w Utopii poszalałam trochę. Bez przesady, bo przecież wyjazd w perspektywie. Ale jednak było miło. Łukasz i Filip ładnie razem wyglądają. I nadal twierdzą, że będą ze sobą na zawsze. To dobrze. W sensie, że tak myślą.

Z tym weselem było tak…
Miałam jechać z Marcinkiem. A skoro piszę, że „miałam”, znaczy, że tak się nie stało, prawda? I rzeczywiście, tak się nie stało. Ale po kolei. Pociąg, którym miałam jechać, wyruszał z Warszawy około 7 z minutami (teraz już nie pomnę o której). Poszłam więc normalnie, jak człowiek na piątkową imprezę w Utopii, poprzedzoną b4em u mojej przyjaciółki Gacek. B4, jak b4 – śmiesznie, ale strasznie gorąco. Noc była ewidentnie niesprzyjająca. Daliśmy jednak radę i sprawnie się na Jasną 1 przenieśliśmy. Wszystko ładnie, impreza, te sprawy. Wszystko w porządku się działo – pojawiły się elementy szaleństwa, pojawiło się to, co ma się na imprezach pojawić. Wypiłam może ze 2 czy 3 drinki. Trzeźwo myślałam planując tę noc, że nie mogę być padnięta przed podróżą, prawda? No i nie byłam. W sensie, że trzeźwo się do rana trzymałam.
W nocy Marcinek napisał, że bardzo źle się czuje, że ma atak wysokiej temp[era tury i podejrzenie jakiegoś udaru czy coś takiego. Myślałam, że żartuje. Ale nie. Naprawdę go sponiewierało i blisko 40 st. Celsjusza miał.
O 5 miałam wyjść z klubu. I tak też się stało. Jedyną zmianą względem mojego planu było to, że Chrust mnie podwiózł, bo właśnie taxi do domu brał. Że mieszka niedaleko, to zaproponował. A ja przystałam, bo czemu nie. I to był błąd. W sumie nie stało się nic złego poza tym, że dojechałam do domu wcześniej niż planowałam. I to było złe. Bo w mojej głowie – planującej wszystko co do minuty – pojawiła się opcja: skoro zyskałam na czasie, rozprostuję nogi na 15 minut. Gdy obudziłam się, była 8.40. Miałam godzinę do pociągu TLK… Bo o wykupionym EIC mogłam oczywiście zapomnieć (był pewno już w połowie drogi do Poznania). Wkurwiona na siebie ogarnęłam się i poleciałam na dworzec. Tragedia polegała na tym, że było tego dnia ciepło. Gorąco. A ja zamiast jechać EIC jechałam nieklimatyzowanym TLK. Mówcie co chcecie, ale spędziłam tam prawie 7 godzin. Bez klimatyzacji. Przez jakiś czas z panią „przepraszam, czy może pan przymknąć trochę okno”. Naprawdę, poprosiła o to.

Jakoś dotarłam. Na 17.00. Ślub o 19.00. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że dziękować trzeba bogu, że na ten pociąg się obudziłam, bo inaczej byłoby naprawdę kiepsko… Ale dałam radę, to najważniejsze. Ogarnęłam się, zjadłam coś, ubrałam się ładnie (spodnie od Gacka, ładne ale nieweselne buty, koszula i – uwaga – krawat) i poszłam do kościoła. Tam chłodniej (alleluja!). Już pierwsze przywitania z dawno nie widzianą rodziną (jak ja to lubię…) i o 19.00 zaczęła się uroczystość.
No dobra, przyznam się, płakałam. Nie tam, że wzruszająca chwila czy coś. Ale że mój rodzony brat się właśnie – za przeproszeniem – chajta. Popłakałam sobie jak stał na ołtarzu i mówił, że jej do końca życia nie zostawi… to nie wiem czy płakałam bo mi tak smutno było, że taka decyzja na całe życie czy że już taki duży jest, że może takie decyzje podejmować. No bo wiecie, to mój brat, taki mały zawsze… A tutaj ślub, wesele… Dziwnie mi było.
Jednakże nie tak dziwnie, jak potem. Na tym weselu całym. Nie będę narzekać na salę bez klimatyzacji, bo to się dało przeżyć. Było ciężko, ale się dało. Gorzej było z gośćmi. Co chwilkę ktoś mnie chciał ciągnąć do tańca. Podkreślam, że to było takie prawie-wiejskie wesele, gdzie jest pan wodzirej i gra się na key-boardzie jakieś dziwne hity… Więc nie było łatwo. Spotkałam babcię, co mieszka w tym bloku co moja mama (i dawniej ja), ale z którą nie miałam jakieś 9 lat kontaktu. Spotkałam matkę chrzestną, której ze 12 lat nie widziałam. Kuzyna, który mi groził, a z którym ani słowa nie zamieniłam przez całe wesele (bo i o czym mam z nim gadać?). I masę innych dziwnych ludzi. Którzy ciągnęli mnie do tańca. Łącznie z moją mamą. Na szczęście było dużo alkoholu i jakoś udało mi się to przetrwać. Bogu dzięki za alkohol! Za to jedzenie było obfite i pyszne :) To jest jedyny plus wesel. Że jest dużo dobrego żarcia. Najśmieszniejsza rzecz? Mój 17letni kuzyn znikający na dłużej (najebany strasznie) z byłą partnerką swojego starszego brata (ten, co mi groził), z którą to ów ma dziecko (ona ma ograniczone prawa rodzicielskie, on ma nową bsps) a która to jest siostrą panny młodej, czyli żony mojego brata. Wiem, wiem, patologia.
Żenuła skończyła się koło 5. Ludzie zmęczeni pogodą przez cały dzień odpadali dość szybko. Nie ja ;) Pierwszy raz z bratem szoty piłam! To dopiero osiągnięcie. Dostał (ze swoją żoną) ode mnie prezent w wysokości moich średnich miesięcznych wydatków na Utopię. Czyli jakby chciał poimprezować, to ma za co.
W niedzielę – poprawiny. Boże, jak było megagorąco! Dałam radę, ma się rozumieć. Ale na poprawinach byłam dosłownie godzinkę. Zaczynały się o 14.00 a ja o 15.20 miałam pociąg. Szczęśliwie wsiadłam i wszystko miało być już cudownie (EIC Błękitna Fala), gdy okazało się, że… nie działa klimatyzacja. Tak, tylko w moim wagonie. Przesiadałam się potem 3 razy zanim ostatecznie mogłam jechać spokojnie, spać, czytać, słuchać muzyki. I dlatego, kurwa mać, napiszę reklamację.
W Warszawie Michał przywitał mnie radośnie. Mnie i wódkę weselną, która tej nocy przestała istnieć.

Poniedziałek – pierwszy dla mnie dzień EuroPride. Odebrałam z dworca 15latka, który u mnie nocuje w czasie festiwalu. Ja wiem, że od razu wszyscy pomyślą, że oto wiadomo po co przyjechał. W sumie wiadomo ;) Jak ja miałam „prawie 16 lat” (cały czas to podkreśla), to też miałam ochotę jeździć i poruchać gdzie się da. Wiadomo. Ale wiadomo też, że to nie jest coś z czym przyjechał personalnie do mnie.
Chociaż… drugiej nocy, jak się trochę najebaliśmy (nie, nie podawałam alkoholu nieletniemu), to w nocy nie dawał mi spać i męczył mnie, że mnie przerucha ;) I mówił: „Ale przecież chcesz. No powiedz, że chcesz.” Nie, no ja bym chciała. Nawet żeby mnie 5 piętnastolatków brało… ale to tylko takie fantazje. Bo przecież celibat. Dlatego grzecznie, ale stanowczo odmówiłam :)

W samym Pride House sporo się dzieje. Codziennie spotkania, debaty, koncerty, warsztaty, wystawy… Specyficznie. Na wszystko nie chodzę, bo i nie wszystko mnie interesuje. Niemniej, codziennie w zasadzie tam jestem. Rekordowo – we wtorek, bo aż 6 godzin bez przerwy. I to w peruce. A uwierzcie mi, proszę, że w taką pogodę jaka jest teraz, noszenie peruki to jak ubranie czapki na plaży latem w samo południe. Nie jest to najlepsze doświadczenie w życiu… Pogoda generalnie utrudnia mi udział w EuroPride. Bo, jak wiadomo, ja wolę temperaturę -10 niż +30. A w ogóle najbardziej lubię temperaturę +15. Gdyby taka była to, przyrzekam, nie ominęłabym ani jednej rzeczy podczas EuroPride.
Niemniej, sama tego chciałam. Młody strasznie jest napalony na wszystko. Odwiedza, skacze, poznaje, słucha, zbiera, prosi… No, cały czas jest podjadany tym. Czasem to może wydawać się zabawne, ale domyślam się – i wczuwam się w to – że to może być najważniejsze wydarzenie w jego dotychczasowym gejowskim życiu. Więc nie dziwię mu się :)

Skoro zaś o Pride House mowa… Na ich stronie w serwisie Facebook.com napisano:
„12 lipca po południu została zerwana tęczowa flaga z Pride House mieszczącego się w Centrum Kulury Nowy Wspaniały Świat. Flaga powiewała przed wejściem, kiedy podbiegł do niej młody łysy chłopak, dwoma szarpnięciami zerwał flagę i odbiegł zabierając ją ze sobą. Nasi wolontariusze nie zdążyli go powstrzymać.
Nie lękamy się. Nie damy się zastraszyć.
Po chwili od zdarzenia nad Pride House powiewała kolejna powieszona przez nas flaga. Została zerwana po kilku godzinach przez nieznanych sprawców.
Dziś powiesiliśmy nową tęczową flagę nad Pride House, bo nie zamierzamy chować naszych symboli do środka i zostawiać ulicy homofobom.
NA MIEJSCE KAŻDEJ ZNISZCZONEJ FLAGI POJAWI SIĘ NASTĘPNA.
To jest nasze święto oraz nasza przestrzeń. Nie damy jej sobie odebrać.
Tęczowa flaga jest dla nas symbolem równości, wolności, różnorodności i nadzieji, czyli wartości, których łatwo się nie wyrzekniemy.
Zróbmy warty pod flagą. Stójmy pod nią dumnie. W końcu to Pride House!”

Tekst mnie trochę wzruszył. Wiem, wiem, sentymentalna się robię ostatnio. Ale to nie o to chodzi. Nie o tym chcę mówić. Powiem szczerze dwie rzeczy:
Po 1. Wkurwiłam się na maksa. Nie dlatego, że zerwali. Wiadomo, że zerwą. Może nawet gdzieś jako trofeum sobie powieszą albo rytualnie spalą. To było oczywiste, że takie coś stać się musi. Ale wkurwia mnie to, o co musimy walczyć w Polsce. O flagę. Rozumiecie? O możliwość bezpiecznego wywieszenia flagi na prywatnym lokalu! Nawet nie o całowanie w miejscu publicznym, o trzymanie się za rękę, ale o flagę. O kawał szmaty. Strasznie mnie to wkurza i dlatego zgłosiłam się do stania pod flagą. Nie wiem czy pomysł generalnie ruszy, ale ja chcę stać pod nią ile trzeba będzie, bo jestem dumna z tego, że EuroPride 2010 odbywa się w Warszawie. I chcę walczyć o tę zasraną flagę.
Po 2. Od razu pojawiły się głosy, żeby nie stać tylko wystawić kamerę i będzie wiadomo, kto to zrobił. I będzie może działać też prewencyjnie. Ale to nie chodzi o to, żeby wiedzieć, kto to zrobił. To nie ma de facto znaczenia. (Chociaż, oczywiście, osobę tę trzeba zidentyfikować, zlokalizować i oddać sprawę policji. To nie ulega wątpliwości). Ale tak naprawdę chodzi o to, żeby tego już nie zrobiono. Bo można przy Grobie Nieznanego Żołnierza postawić kamerę i usunąć żołnierzy, a jak ktoś zhańbi to miejsce, to będzie wiadomo kto to, prawda? Ale właśnie to nie o to chodzi. Chodzi o to, by to się nie stało. By z dumą – skoro już jest to porównanie, to powiem to: niczym warta honorowa przy Grobie Nieznanego Żołnierza – stanąć pod tą flagą i z dumą jej chronić, żeby to się nie stało znów. Dlatego pójdę i stanę pod tą zasraną flagą ile trzeba będzie.

Zbliża się też akcja „whatever”. Która trochę zamieszania w mediach gejowskich robi. Może bez szału, ale jednak. Wiem, że nie będzie to akcja ciepło przyjęta i od razu to wiedziałam. Po pierwsze ma ona charakter dość niszowy, po drugie – wywoła zamieszanie, które niektórzy nazwą "niepotrzebnym" a po trzecie, jest grupa ludzi, która każdą akcję, w której biorę udział stara się dyskredytować, doszukując się moich ukrytych w niej intencji. Mogę im tylko powiedzieć: whatever. W sensie, że cały czas słyszę, że to jest moja autopromocja. Ja wiem, że nawet jakbym zaczęła zbierać kasę na WOŚP, to powiedzą, że to akcja promocyjna mojej osoby. Ale nic na to nie poradzę. Nie działa nawet to, że przez kilka lat w PCK zbierałam kasę, że dla WOŚP kilka lat z rzędu robiłam duże akcje i za darmo prowadziłam dla nich coś w telewizji. Nie działa nawet to, że mam dyplom i uprawnienia Lidera Młodzieżowego PCK. Jak ja coś robię, to musi być autopromocja. No, trudno.

I na koniec…
Wiem już dlaczego pójdę w Paradzie. Zastanawiałam się nad tym dzisiaj, gdy byłam w Nowym Wspaniałym Świecie, tymczasowo przemianowanym na Pride House. Już wiem. Zawsze mówiłam, że pójdę, m.in. dlatego, że chcę, żeby moi znajomi, którzy czują potrzebę zawierania związków partnerskich, mieli taką możliwość. Teraz wiem, że to też, ale nie ma to aż takiego znaczenia. W Paradzie pójdę przede wszystkim dlatego, że się boję. Czuję strach. Gdy wychodzę z domu w spódnicy, bo chcę pojechać do Pride House’u, czuję strach. Dzisiaj wyszłam z młodym, który u mnie nocuje i bałam się. Bo rzadko wychodzę tak na św3iatło dzienne, zazwyczaj skrywam się w nocy. I sprawdził się mój koszmar. Taxi nie było. Co prawda po chwili podjechała, ale ta chwila kosztowała mnie dużo nerwów. Wkoło było kilka osób. I to ich się bałam.
Potem, gdy wracałam do domu wieczorem z Pride House’u, zamówiłam taxi. I poprosiłam Kasięspyrkę, żeby odprowadziła mnie do niej 15 metrów. Bo się boję. Bo się obawiam. I nie wiem, czy bardziej wkurza mnie to, że mam powody, by się bać czy też bardziej wkurza mnie to, że się boję. Bo mogłabym mieć powody i mimo wszystko się nie bać. To chyba nawet nie jest battaile’owska trwoga. To jest strach. Po prostu się boję. To uczucie, które sprawia, że czuję się nieczłowiekiem, czuję się gorsza. I dlatego pójdę w Paradzie.
Pamiętam, gdy jechałam do Berlina do Kaktusa. Na imprezę, na jedną noc. I wiedziałam, że tam się bać nie muszę – przekonanie to było irracjonalne, niczym nie poparte. Po prostu czułem, że gdy dostanę się do Berlina, nie muszę się bać. Mogę iść w sukience i peruce z epoki Ludwika XVI i jest to okej. Że nic mi nie grozi. Jeździłem komunikacją miejską – metrem, tramwajami, autobusami, czymkolwiek – ale i chodziłam ulicami. Po prostu. I się nie bałam.
W Warszawie, w Polsce się boję. Dlatego chodzę z kimś (choć w ostateczności przecież taka obecność nie jest żadną gwarancją, że nic mi się nie stanie), dlatego nie chodzę na uczelnię w sukience. Czasem myślę sobie, że może to strach nieuzasadniony. Bo Rafalala mówi, że jeździ tramwajami i nic się nie dzieje. Czasem ktoś skomentuje teatralnym szeptem, że ją kojarzy. Ale ona ma łatwiej, bo ona wygląda jak kobieta. Może nie o przeciętnej urodzie, ale jednak kobieta. A ja wyglądam jak nieudane przebrany za kobietę facet. Nie zrozumcie mnie źle: tak chcę wyglądać. Nie inaczej. Ale nie chcę się tego bać. Chcę móc jechać do Pride House’u tramwajem, a nie taksówką. Chcę móc przejść od palmy do skrzyżowania Nowy Świat/Świętokrzyska, bo upał dzisiaj wieczorem trochę zelżał. Nie robię tego, bo się boję.
Choć na zewnątrz uśmiecham się, nie daję tego po sobie poznać, to tak naprawdę po prostu się boję. Dopóki ten strach mi nie minie, będę chodzić w Paradach. Dlatego pójdę w niej w tym roku. I za rok. I za dwa lata. I najpewniej za 5 lat też. I pewno za 10 lat też. I gdy już będę stara, będę miała 23 lata, może będę na wózku jeździć z tlenem w butli przy pojeździe – też w tej zasranej paradzie pójdę. Dopóki nie przestanę się bać.

I zapraszam też Was. Już w sobotę o 13.00 na pl. Bankowym. Jeśli chcecie nieść „whatever” ze mną, to zapraszam na skrzyżowanie… a zresztą wszystko w wydarzeniu na Facebook.com zajdziecie i na whatever.com.pl.
Paradujmy dumni.

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone