Przyznaję się bez bicia, że sama długo w to nie wierzyłam. Ale można. To znaczy – wierzyć, to wierzyłam, bo przecież kiedyś nikt nie miał Facebooka i było okej. Ale co innego nie mieć a co innego dostać a potem stracić. Ale uwaga, uwaga – żyję bez. I żyję, podkreślam. Jasne, że nadal mam nadzieję, że mi naprawią/odblokują fan-page’a, ale nadal się nie odezwali. Nie wiem o co chodzi, wkurwia mnie to. Ale żyję sobie spokojnie i bez większych problemów.

Wraca człowiek do Warszawy po seminarium w Oświęcimiu i co? I od razu miła niespodzianka. List od Rzeczniki UW. Strasznie śmieszna sprawa. Postanowiła skomentować… moją skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW. Nie wiem po co. Nie wiem dlaczego. Nie wiem w zasadzie w jaki sposób się o niej dowiedziała i co to ma wspólnego z jej działalnością na UW… Ale skoro chciała, to cieszę się, że się odniosła. Napisała, oczywiście, że wszystko jest okej i że niepotrzebnie napisałam skargę. Ja bardzo dziękuję za to, że wyraziła swoje zdanie i że tak się angażuje w sprawy doktorantów. To miłe, prawda? Oczywiście, w swojej wiadomości mija się z prawdą, co wynika najpewniej z tego, że nie zna całej sprawy dokładnie a i najpewniej na dokumentach Samorządu Doktorantów UW, moim wniosku jak i dostępie do informacji publicznej zna się nie najlepiej. Ma prawo przecież. Ale już to, że odsyła mnie na stronę internetową doktorantów i… podaje zły adres, to mnie rozbawiło. Tak szczerze. Widać od razu, że musiała skończyć Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Bo tutaj rzetelności i dokładności to na pewno nie uczą.
Ponieważ jednak doceniam jej gest, postanowiłam odpowiedzieć. Grzecznie, ma się rozumieć i z wyrazami wdzięczności. W skrócie moją wiadomość można opisać: „bardzo serdecznie dziękuję, to strasznie miłe, więc bardzo serdecznie dziękuję”. No przecież nie muszę, nie chcę i nie będę jej tłumaczyć, że nie ma racji. Bo i po co, skoro sprawa jej nie dotyczy? Jak będzie wyrok sądu, to wtedy poproszę ją o komentarz.

Co do zaś samej sprawy… Zaskakuje mnie osoba pełniąca funkcję organu Samorządu Doktorantów UW. W sensie, że Przewodniczący Zarządu tegoż. Po pierwsze – bo to magister prawa. Po drugie – bo mnie zna i wie, że ja nie odpuszczam za nic. A po trzecie – bo brakuje mu elementarnej ludzkiej przyzwoitości. Złożyłam skargę na jego bezczynność. Ja rozumiem, nie zgadza się z nią. Ma prawo. Dlatego składa się takie skargi za pośrednictwem organu, który się skarży – żeby przekazał dokumenty do sądu razem ze swoją odpowiedzią. I sąd ma dwie opcje, rozważa, zapoznaje się i wydaje wyrok. Więc dlaczego, powiedzcie mi proszę, dlaczego on nie przekazał dokumentów do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie? No dlaczego? Liczy, że zapomnę? Że mi się nie będzie chciało? Że nie wiem, że musi? Że powiem: gra niewarta świeczki? Nie, nie zrobię tego. Dlatego złożyłam – zgodnie z prawem – wniosek o ukaranie go grzywną. Maksymalna jej wysokość to jakoś ponad 33 tys. zł. Tyle na pewno nie dostanie, ale niechby sąd wymierzył 3 tysiące. Albo i tysiąc. Dla zasady. Skoro na WPiA UW go tego nie nauczono, to może teraz będzie okazja dowiedzieć się czegoś o swoich obowiązkach?
Wkurza mnie to. Nie to, że muszę czas na to poświęcać. To akurat jest okej. Wkurza mnie takie chamstwo ludzi. Prosto w twarz – bezczelnie. Że ktoś potem może sobie w lustro spokojnie patrzeć na swoje odbicie?

Jak wiadomo jednak, nie samym Samorządem Doktorantów żyje człowiek. Żyje też z pisania prac. I kolejną pracę zleconą skończyłam. Czekam teraz na uwagi i propozycje zmian. Ale co się namęczyłam, to moje. I przyznać się trzeba, że pisałam znów pijąc. W sensie, że drinka jakiegoś. Nie chwaląc się, muszę przyznać, że dziś jest pierwszy wieczór od 2 kwietnia, kiedy nie piję alkoholu… No wiem, wiem – nie jest to może najbardziej chwalebna rzecz w życiu (dieta!), ale taka prawda. A to okazja, a to impreza, a to spotkanie… a to pisanie pracy. A uwierzcie mi, że po 1-2 drinkach pisze mi się lepiej. W sensie, że nie wkurwia mnie to, że muszę czas marnować na robienie takich rzeczy :)
No i już. Ja wiem, że to niezdrowo. Że mi grozi uzależnienie, śmierć i ciężkie choroby. Wiem to wszystko, ale specjalnie nie będę się tym przejmować. No bo nie wszystkim mogę.

W czwartek oficjalnie, formalnie i na zawsze złożyłam wypowiedzenia umów kredytowych do mBanku. Zostawiłam je w Reducie, bo tam mają taki półruchomy mPunkt ;) Pani wzięła, zdziwiła się ale schowała. Wypowiedzenie umowy karty, drugiej karty i kredytu odnawialnego. Będę czysty jak łza. Co było najtrudniejsze? Na wypowiedzeniu trzeba wpisać numer umowy i datę zawarcia. Generalnie, na pewno mam gdzieś w białym segregatorze te umowy i mogłabym poszukać i sobie sprawdzić. Mogłam. Ale po co? Zadzwoniłam i przy pomocy dwóch pań ustaliłam te dane. Teraz już poszło, jestem happy i zadowolona.
Nie spłaciłam kredytu studenckiego. Mam kasę na to, ale pomyślałam, że skoro spłacić muszę dopiero od października 2010, to do tego czasu te pieniądze na lokatę wsadzę. I stało się, wpłaciłam. Niewiele, ale coś tam przez te pół roku mi urośnie, co nie? Okazało się też, że poza tym mam nadal jakąś kasę. W sensie, że myślałam, że już prawie-nic mi zostanie po tych spłatach, a się okazało, że nie. Że coś tam mam jeszcze. To miła niespodzianka, ma się rozumieć. Niemniej, nadal i coraz poważniej myślę o zakupie roweru. Tak, tak – RO-WE-RU! W sensie, że chcę się poruszać takowym. Dziwne? No, tyle, że od lat tego nie robiłem, ale przecież sam pomysł zły nie jest, prawda? Sprawdziłam ceny rowerów – no, z 400-600 zł muszę odłożyć. Na taki miejski, ma się rozumieć. Dam radę, coś czuję. Potrzebuję ruchu. I tak mam wrażenie, że zdechnę tłusta, ale chociaż nie poddam się bez walki. Biegam znów rano i ćwiczę. Ledwo mi to idzie, bo jestem nierozruszany nic a nic. I tłusty. Ale dam radę, coś się będzie dziać w tej kwestii!

Kupiłam też komputer :) Ważne wydarzenie! To znaczy – skonfigurowałam, wybrałam, zamówiłam i zapłaciłam. Teraz czekam na doręczenie. W zasadzie jutro powinien być. Jak nie będzie, to zacznę awanturę robić. Komputerek sympatyczny, bez szaleństw. Trzyrdzeniowy procesor, sporo RAMu, terabajtowy dysk twardy, Windows 7. Ze starego kompa już mi się udało kości RAM sprzedać. Zostawiam sobie dysk (500 MB), ma się rozumieć i DVD-ROM. No bo po co mam wymieniać, skoro działa doskonale? Kasy szkoda. Tylko niech już dojedzie do mnie, bo mnie wkurza.

Kasa poszła też na konferencje naukowe. Zapłaciłam za wrocławską, która w dniach 31 maja – 1 czerwca ma być. Będzie dotyczyła ciała i cielesności. Wydaje się ciekawe. Będę mówiła o heteronormie, ciele, gejach i klubie. Na tym się przecież znam. No i mam nadzieję, że uda mi się kasę od UW na tę konferencję dostać zwrotnie, jak i na kongres młodej socjologii w Krakowie. Muszę się zmieścić w 450 zł, więc się zmieszczę. Tym bardziej, że – jak się okazuje – chcą mnie słuchać. I tego, co mam do powiedzenia. Więc jestem na tak. Zgłosiłem się też, w ostatniej chwili, na Zjazd Socjologiczny. Temat: o śmierci prezydenta w mediach. Na świeżo, więc pewno jeszcze nikt na to nie wpadł. Niemniej, referat przyjęty – i za to już będę sobie samodzielnie płacić, niestety. Bo już na to kasy z dofinansowań nie wystarczy. No, ale są priorytety i PRIORYTETY, prawda? :) Rozwój naukowy przede wszystkim!

W piątek dotarłem na UW na spotkanie podsumowujące wyjazd do Oświęcimia. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że uwagi, które wypisałam na kartce z ewaluacją, będę teraz w stanie nagłos wypowiedzieć. I powiedziałam. A przy okazji wizyty miałem możliwość obserwowania tego, co się na Krakowskim dzieje. Tłumy, tłumy, tłumy.
Ja, prawdę mówiąc, trochę zmęczona już tą żałobą całą byłam. W sensie, że nie umniejszając rozmiaru tragedii, jaka się stała, to jednak mam wrażenie, że wszystko to było „za bardzo”. Ciekawa jestem jak to potem będzie wyglądało, z perspektywy, z odległości pewnej. Podejrzewam, że będziemy się lekko stukać w głowę. Lekko, bo nie wypada – gdy mowa o śmierci czyjejś – robić takich rzeczy mocno. Stąd też nie dziwię się, że były niewielkie w zasadzie protesty przeciw pochówkowi Lecha na Wawelu. Ja, osobiście, jestem przeciw i uważam to za jeden z najgłupszych pomysłów po 1989 roku. Szkoda trochę, w sumie. W sensie, że ofiara przez to poszła na marne, bo zamiast działać – jak chcieli sympatycy – na rzecz konsolidacji i w ogóle, to podziałało na rzecz podzielenia, znów.
Po spotkaniu poszedłem do mojej przyjaciółki Gacek (złego słowa o niej nie powiem). Kuba zrobił sałatkę (Gacek pomagał) i pyszną karpatkę. Zjedliśmy sobie, pochichraliśmy się, wypiliśmy wino, którem przyniosła i poszliśmy na spacer. Pod Pałac. Wieczór, noc, ciemno, tłumy ludzi, masa światełek. Specyficzna atmosfera, ale nie podobała mi się. W sensie, że niczego nie poczułam. Dlatego, gdy tylko Whitney zadzwoniła, poszliśmy. Namówiliśmy Gacka, żeby swojego Ballantinesa rozlał. I zrobił to :) Więc wieczór nam mijał miło. Potem jeszcze Tomeczek z Pawełkiem do nas dołączyli i zabawa się rozkręciła. Skoro miasto nie pozwala nam się bawić gdzieś, to będziemy się bawić u siebie. Siedzieliśmy w sumie do momentu aż nas senność nie zmorzyła. Mnie ścinało trochę wcześniej – zmęczenie całego tygodnia daje się we znaki – ale się rozbudziłam i jeszcze poszalałam z chłopcami. A potem zamówiliśmy taxi. I znów nas w chuja zrobili. Dwie zamówiłam. 2. Słownie: dwie. I dwie przyjechały, ale jedna odjechała… Na szczęście byliśmy we trójkę, więc zabraliśmy się ostatecznie jedną. Ale mnie wkurzyła tak czy owak.

Ten weekend był odskocznią na maksa. Bo i w sobotę nie szliśmy, oczywiście, nigdzie. To znaczy szliśmy – do Whitney. Ale nie szliśmy w sensie, że do klubu. A tego dnia miało być „So, Happy In Paris?”, przypominam. U Whitney oglądaliśmy filmy – „Rec2”, „Paranormal Activity”, „Dziewięć śmierci” i „Przeczucie”. Czyli w sumie jakieś 7 godzin gapienia się w telewizor z ambi-light. Może nie porywające zajęcie ale potrzebowałam chyba takiego czegoś. W sensie, że relaksu i odmóżdżenia (bo przecież to nie było ambitne kino…).
Skoro o sobocie mowa, to muszę też stwierdzić, że jestem przeciw i nie rozumiem tej prohibicji tego dnia. Po co ona? Bo tego nie wiem i może dlatego mnie to tak oburza. Jedyne racjonalne rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy, brzmi: „Ponieważ niemalże cała policja jest oddelegowana do uroczystości pogrzebowych, to nie ma kto interweniować w razie czego – więc zakaz picia alkoholu ma zmniejszyć prawdopodobieństwo zajść”. Sama to wymyśliłam, więc nie wiem czy tak jest naprawdę. Niemniej, to jeszcze jakoś racjonalnie działa przynajmniej. Ale też i nie jestem przekonana, czy racjonalne rozwiązanie jest tym, którego winnam szukać. A może chodzi po prostu o uzasadnienie symboliczne?

Niedzielę poświęciłam na pisanie. Miałam termin: niedziela i go dotrzymałam. No, prawie. W sensie, że o 1 w nocy tekst poszedł. Ale się liczy, bo zleceniodawca odbierał pocztę rano dopiero ;)

W poniedziałek wznowiłam po zimowej przerwie biegi. Nie było łatwo, przyznaję się. Niby jakieś 3 km, może mniej… Ale jednak jak się nie biega tak długo, to się ma ;) Gorzej jednak, że dopiero dzień później i dwa dni później poczułam NAPRAWDĘ ból. W sensie, że rozruszane mięśnie (tak, mam coś takiego!) i stawy, dały o sobie znać. Mocno :)
Zważywszy na to, że tego samego dnia wróciłam do ćwiczeń na brzuch, to nie ma się co dziwić, że organizm powiedział: „Hola, hola, baletniczko!”. Inaczej być nie mogło.
Generalnie jednak – poza tym, że mnie jakieś przeziębienie bierze – to najważniejszym dla mnie tego dnia wydarzeniem było jednak posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Tak, tak, znów. Wiadomo było, że coś się będzie dziać, bo nie dość, że kamera była obecna, to jeszcze się zjawiło sporo samorządowych tuz. I rzeczywiście, działo się. Może najpierw jednak zdradzę, jakim totalnym brakiem zmysłu politycznego wykazała się Nowa Koalicja. Mają do przegłosowania zmiany w Regulaminie Samorządu Studentów UW. Ważna rzecz, więc i większość kwalifikowana i dość wysoka jest potrzebna. Sami nie są w stanie jej uzbierać. A projekt zmian zgłaszają bez konsultacji z opozycją. I choć wiedzą, że sprzeciw opozycji sprawi, że nie dadzą rady – pchają to i tak. Bez sensu. Tym bardziej, że okazało się, że nie dadzą rady. Proponowaliśmy poprawki – żeby przyjąć tak, jak opozycji się też spodoba. Ale nie. Oni chcą Wszystko Albo Nic. No i opozycja się wstrzymała. I wyszło nic.
Potem – sprawozdanie z działalności Zarządu. To ważna rzecz. Po 4 miesiącach władze wykonawcze Samorządu muszą opowiedzieć tym, którzy ich wybrali, co udało im się zrobić. I składają pisemne sprawozdanie. Złożyli je, a jakżeby inaczej. Okazało się jednak tak słabe, tak cienkie… Że opozycja przygotowała jakieś 170 pytań. Tak, słownie: sto siedemdziesiąt. Samo ich zadanie zajęło sporo czasu. A potem odpowiedzi. Ja też zadałam. I to dość szczegółowe. Chciałam wiedzieć między innymi dlaczego niektórych uchwał nie ma w sieci, dlaczego są błędy w niektórych i w ogóle. Wszystko wyliczone nie na zasadzie „w niektórych” tylko konkretne numery. Cały czas numery, zarzut i pytanie „dlaczego?”. Rzeczowo, żeby nikt mi nie zarzucił, że to było niemerytoryczne. Otóż było na maksa merytoryczne.
Gdy kończyły się odpowiedzi – ku zaskoczeniu Nowej Koalicji, opozycja złożyła wniosek o odwołanie Marszałka. Musicie wiedzieć, że po 1. za moich czasów to się nie stało, a po 2. generalnie co najmniej w ciągu ostatnich 3 latach to się nie zdarzyło. No, ale też i prawda jest, że Marszałek jest słaby. Opozycja wykorzystała to, że gros posłów i posłanek Nowej Koalicji… poszło sobie. Oczywiście, odwołanie wymaga także odpowiedniej kwalifikowanej większości i odpowiedniego quorum. Brakowało – może ze 3-4 osób. Bywało gorzej – czasem udawało się nam (za moich czasów) zwołać nawet 11 brakujących posłów w ostatniej chwili. Więc nie było to takie nierealne. Jednakże pozostali posłowie postanowili… wyjść. Po prostu opuścili salę, zrywając quorum. Było to o tyle ważne, że chyba pierwszy raz w historii, koalicja (a więc – pamiętajmy o tym – ci, którzy mają więcej) muszą wyjść, żeby nie przegrać głosowania. To dopiero skandal. Zostały ze 3 osoby może, które zabierały głos w tej sprawie, mówiąc, że opozycja robi skandal, że nierzeczowo, że o 2 w nocy taki wniosek. A sami mieli niezgłaszany wcześniej wniosek w zanadrzu i chcieli go zgłosić jeszcze później :) Sprawiedliwość Kalego ;) Generalnie odbyła się debata, dyskusja nad zarzutami wobec Marszałka. A są poważne. Brak publikacji protokołów, bardzo długie opóźnienia w publikacji uchwał, brak panowania nad salą, brak panowania nad Komisjami Parlamentu i kilka innych rzeczy. Wszystko to składa się na niską, zdaniem wnioskujących, ocenę pracy Marszałka. I mają do niej prawo. Tak między Bogiem a Prawdą, to moim zdaniem już porażką Nowej Koalicji jest to, że dopuścili do tego, że ten wniosek i ten punkt znalazły się w porządku obrad. To już świadczy o tym jak słaba jest Nowa Koalicja. Oczywiście do głosowania nie doszło – złożono wniosek o zakończenie obrad tego dnia. I po 3.30 jakoś z UW wyszłam. Nie ma to jak samorząd ;)

A to oznacza, że znów rano na zajęcia u Pani Redaktor nie poszłam. Mam kolejne za to usprawiedliwienie… Mam nadzieję, że się bardzo nie wkurzy. Ja się trochę wkurzyłam, jak się okazało, że moje zgłoszenie zajęć w Instytucie Socjologii nie dotarło. A najgorsze, że oczywiście było na tym laptopie, co mi się przed wyjazdem zepsuł. I musiałam na szybko – we wtorek, po tym całym posiedzeniu – napisać od nowa. Udało mi się (jestem JP, wiadomo, że mi się uda!) i wysłane. Teraz czy przyjmą, ale to już inna sprawa. Zobaczymy – ważne, że ja zrobiłem, co w mojej mocy.
Korki, oczywiście, zaliczyłam też tego dnia. Poszło dobrze, bo gramatykę ćwiczymy. A ja zawsze byłam z tego niezła. W sensie, że i z gramatyki i z jej ćwiczenia z dzieciaczkami.

W środę, po całym dniu spędzonym w redakcji, wybrałam się na spotkanie z Adrianem. On właśnie kończy leczenie z nieprzyjemnej, rzadkiej choroby pasożytniczej. Nie podaję nazwy, żeby nie było. Ale pojechał ze mną do Europejskiego Centrum Medycznego, gdzie dzisiaj odebrałam wyniki swojej histopatologii. Skomplikowanym medycznym slangiem napisali tam, że w zasadzie nie są na 100 proc. pewni, ale chyba mają pomysł co mi jest. „W nadesłanych wycinkach ogniskowo śluzówka o miernie (zawsze byłam bardzo dobra!) zaburzonej (to akurat wiadomo, że jestem) architektonice gruczołowej (tak, gruczoły mają architektonikę!) z limfoplazmatycznym (najdłuższe słowo w całym tekście) naciekiem zapalnym z obrazami o typie cryptitis (ładna nazwa, co nie?). Pojedyncze cewy (mam cewy w odbycie!?) z zanikiem śluzu w komórkach kubkowych. Obraz może odpowiadać chorobie zapalnej jelit.” Czyli generalnie nic nie wiadomo na pewno. Mam iść teraz do swojej pani lekary i ona mi pomoże. Coś mi przepisze. Mój Oficjalny Konsultant Medyczny powiedział mi, że są na to leki jakieś i że będę brać i że będę zdrowa. Czyli uwaga, uwaga – jest szansa, że mi się skończy krwawienie analne. Wielka radość w sercu (tak, tam też).

Napisałam do Anatola. Po 7 dniach milczenia z jego strony. Tak, tak, to Anatolokoniec. W sensie, że znudziło mu się moje zadurzenie. No cóż, musiało się to stać. Więc napisałam mu tylko, że fajnie było i że rozumiem. Choć nadal twierdzę, że lepiej być zadurzoną niż zadłużoną. A z tego wszystkiego najlepiej być zaburzoną. To już mam. Ach, ale w telefonie nadal mam go na tapecie. Bo niezmiennie mi się podoba.

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone