Napisanie blo to dziś priorytet. Bo już – znów – minęło tyle czasu, że szkoda gadać. Dlatego mam postanowienie, że nie wyjdę z domu, dopóki nie skończę. A że piątek, to wiadomo, że wyjść chcę. Zacznijmy zatem od rzeczy już nudnych i banalnych – tak, nadal krwawię. Wiem, wiem, to już brzmi aż niewiarygodnie, ale jednak tak jest. Pani doktor też była zdziwiona, ale do tego dotrę. Sąd Administracyjny w zasadzie codziennie już coś do mnie wysyła. To aż śmieszne się robi, że ten sam pan listonosz z kolczykiem i wąsami codziennie dzwoni do drzwi i ma coś dla mnie z WSA. Ale o tym też zaraz. No i idzie długi weekend podczas którego mam tyle roboty, że nie chcę o tym nawet myśleć. I na samą myśl już mi się nie chce. Ale po kolei…

Zaczynam więc 22 kwietnia w czwartek. Najważniejsza rzecz: wizyta u pani promotor. Po przeczytaniu zleconych przez nią chyba 5 książek, miałam się zjawić i coś opowiedzieć. No i fakt, że coś udało mi się powiedzieć. Ale w zasadzie chyba się trochę rozczarowała. Bo ona jednak miała nadzieję, że perspektywa psychoanalityczna wyda mi się na tyle interesująca, że jej ulegnę i popłynę z nią. A ja nadal nie jestem przekonany. No i teraz mam miesiąc na to, by określić „stabilny grunt”, czyli te miejsca i te obszary, które nie są dla mnie wątpliwościami, tylko są czymś pewnym. Wbrew pozorom, to bardzo trudne wyzwanie. I teraz będę się na tym skupiać, ale… mam oczywiście na to bardzo ograniczony czas. I to mnie wkurza. Bo chciałabym poświęcić się bardziej nauce, naprawdę. Wydaje mi się, że nic nie daje mi tyle radości, co to właśnie. I dlatego czekam na wyniki grantów Ernst&Young. Wiem, że może nie mam jakiś wielkich szans, ale jednak w duszy marzę, że się uda. I raz, że to będzie megafajne wyzwanie, supersprawa i duży fan a do tego – dałoby mi to możliwość życia przez pół roku z nauki. Marzenie. Trzymajcie kciuki 20 maja (ogłoszenie listy skróconej) a potem – jeśli się znajdę na liście – 1 lipca, bo wówczas ostateczne wyniki są.

Wracając do spraw bardziej bieżących i o wiele bardziej realnych – przeprowadzka redakcji. A w zasadzie wyprowadzka. Zaangażowałam się w to, bo w zasadzie jestem ostatnią osobą tak sztywno związaną z wydawcą (jeśli umowę o dzieło można nazwać związaniem…). Więc wypada. A poza tym, przy pakowaniu udało mi się kilka fajnych rzeczy znaleźć i dostać – m.in. trzy archiwalne mocno już płyty Girls Aloud, Blue i Westlife. Starocie, ale takie, które są mi bliskie. Plus dostałam lampkę na biurko (jeszcze jej nie mam w domu).
To, co mnie cieszy, to że wydawca ostatecznie zrobiła porządek z KRS i że podjęła decyzję o dalszym wydawaniu gazety. Bo przecież mogła tego nie robić. Ponieważ po maju mamy przerwę do września, to w tym czasie na pewno nie będziemy mieć siedziby jako takiej. No bo i po co? Oczywiście, oznacza to także pewien problem dla mnie – nie ma gazety, nie ma kasy :) Nie jest jednak tak źle. Ostatecznie dogadałam się z wydawcą, że za opiekę nad witrynami internetowymi będę dostawać pewną kasę (niewielką, żeby nie było wątpliwości) a dodatkowo… No właśnie, to chyba najciekawsza rzecz. Zaproponowała mi współpracę ze swoimi znajomymi, którzy mają firmę eventową. Że miałabym tam przez jakiś czas popróbować swoich sił. Myślałem nad tym, myślałem i zgodziłem się iść na rozmowę. Ale to zaraz.

W piątek udało mi się wyskoczyć do fryzjera (nareszcie!) i to jeszcze ze zmianą godziny przybycia w ostatniej chwili. Cieszę się, że stylista fryzur nie pyta mnie, co ma mi zrobić, bo już wie, co ja lubię. Lubię coś fajnego, coś trochę inaczej niż ostatnio i żeby krótkie boki były. No i to się mu udaje. Przyznać też muszę, że ma sprawne ręce i szybciutko to załatwia. No i że cały czas coś zmienia w tym swoim zakładzie. Dlatego jak się zjawiam raz na miesiąc, Afera Fryzjera wygląda za każdym razem inaczej. To też ciekawe doświadczenie w sumie :)

Także w piątek miałam okazję być… obrońcą. Jeden znajomy działacz poprosił mnie o to, bym mu w ten sposób pomogła. Bo ma sprawę mieć. Najpierw jest przesłuchanie przed Rzecznikąm Dyscyplinarną. To taka osoba, która decyduje, czy sprawę kieruje dalej czy umarza. Podobna jest więc jej rola do prokuratora. Obwiniony siedzi, odpowiada na jej pytania a ona protokołuje. Ja też mogę zadawać pytania. I powiem tak: poszło, moim zdaniem, nieźle. W sensie, że miałam wrażenie, że rzecznika nie wie naprawdę, czy kierować sprawę dalej czy nie. Więc dobra nasza. Gdyby nie ja, obwiniony pewno nie miałby wielu możliwości, by powiedzieć ważne dla siebie rzeczy. A tak – dzięki naszej linii obrony – coś tam więcej powiedział. Sprawa w sumie jest dość zabawna, bo sposób sformułowania oskarżenia absolutnie uniemożliwia skazanie go. Gorzej, gdy się je trochę zmieni – wówczas może się okazać, że jest ono prawdziwe i należy się zastanowić nad tym, czy zasługuje to na karę. Moim zdaniem – nie. Żeby było śmieszniej, Cała sprawa dotyczy zajęć u doktorantki, która organizowała ten mój ostatni wyjazd do Oświęcimia! Świat jest mały.
Generalnie jestem teraz umocowany do reprezentowania go, do otrzymywania wszelkich informacji w sprawie i do uczestniczenia w kolejnych stadiach postępowania, jeśli takie nastąpią. Przesłuchanie w ogóle odbyło się na terenie ogrodów BUW, gdzie Wydział Prawa i Administracji UW ma swoje baraki. Inaczej tego nazwać nie można :) To takie budynku złożone z jakiejś blachy czy czegoś takiego. Śmiesznie to wygląda, nie wiem jak funkcjonuje na co dzień, ale na pewno nie jest to najbardziej reprezentatywna część UW ;)
Było śmiesznie, chociaż widziałam, że momentami obwiniony się denerwował. Zobaczymy, co będzie dalej. Żeby było śmieszniej, to powiem, że po raz pierwszy w znanej nam (nie za daleko sięgającej więc w przeszłość) historii postępowania dyscyplinarnego, obwiniony już na tym etapie korzystał z obrońcy. Wiadomo, że ja jestem fanem eksplorowania nowych przestrzeni różnych regulaminów. Więc cieszę się, że przypadło mi w udziale penetrowanie tych obszarów Regulaminu Studiów na UW.

Najważniejszą jednak rzeczą w piątek było przybycie mojego nowego komputerka. Dziś już mogę powiedzieć, że nazwałam go Justyna. Nie pytajcie czemu, tak wyszło. Ale może być. Mówię do niego „Justynko, no coś ty…” albo „Justynko, no czadu, czadu!” W zasadzie wszystko udało mi się ustawić. Ze starego dysku odzyskałam w zasadzie wszystko. No, poza jednym pornolem. Wciąż nie wiem też czy stary dysk będzie się nadawać do użytku – nie mam czasu, żeby się tym zająć na poważnie, a jednak to sporo czasu wymaga. Nie mam jednak ciśnienia, bo Justynka kryje w sobie 1TB :) Ma tez inne rzeczy, jak trzyrdzeniowy procesor, wspaniałą płytę główną i takie tam. Bez problemu poszła instalacja i przyznaję też, że Windows 7 daje radę. Że jest okej. Do kilku rzeczy trzeba się przyzwyczaić, ale generalnie jest cacy. Już udało mi się zacząć nadrabianie porno-zaległości i mam kilka nowych rzeczy. Całe szczęście, bo ileż można bez nowej pornografii żyć?!
Kocham moją Justynkę. I nikt mnie nigdy nie przekona, że laptopy są lepsze. Może poręczniejsze, może mobilniejsze, ale nie lepsze.

Wszystko to nie przeszkodziło oczywiście niewielkiemu spotkaniu b4owemu u mnie. Niewielkiemu, wpadli Adam, Gacek i Kuba. Czuć było, że wszyscy wyposzczeni po długiej przerwie chcą się bawić. I tak też było. Postanowiliśmy zaliczyć trochę clubbingu i stąd odwiedziliśmy różne miejsca. Ja chciałam do Obiektu Znalezionego i taki był plan. Ale, jak to zwykle z nimi bywa, plan się zmienić musiał. Bo się uparli, żeby jechać na otwarcie nowego klubu gay-friendly. Glam? Jak on się nazywał? Nieważne. Ja byłam na nie. Udało mi się osiągnąć zapewnienie, że jak będzie kiepsko po 20 minutach to wychodzimy. Na szczęście moja przyjaciółka dużo szybciej zauważyła, że jest źle. Mało ludzi, muzyka średnia, nuda. Więc wyszliśmy. Choć, jedną rzecz trzeba przyznać – z zewnątrz nie można się domyślić, że tam jest klub. A poza tym mają takie jedno przejście fajne. I to by było na tyle.
W Obiekcie okazało się, że ludzi jest w chuj. Ale okazało się też, że to skrajny off. W sensie, że nie ten mainstreamowy, jaki jesteśmy w stanie znieść (jako plastikowi ludzie ze sztucznego świata), tylko skrajny off. To oznaczało, że nam się średnio podobało. A Adamowi najbardziej nie. Ja lubię czasem nowe doznania, ale bez przesady. Musieliśmy wyjść wcześniej niż planowaliśmy, bo chłopcy umarliby (zwłaszcza po tym jak ich jakaś pani podrywała). Spotkaliśmy za to na miejscu Kaktusa, który był tak meganajebany, że szkoda gadać. A potem się okazało, że ta dziewczyna, z którą się całował, to jego b.s.p.s. Ale dziw, że pamiętał, że mnie spotkał ;) Bo stan był naprawdę kiepski.
Ostatecznie, przez McD, trafiliśmy do Utopii. Musieliśmy chwilkę posiedzieć w świątyni konsumpcji, bo była młoda godzina. W Utopii impreza okazała się baaaardzo udana. Wyposzczeni także inni, nie tylko my. Więc w chuj i ciut ciut ich było. Ładni, brzydcy, młodzi, starzy, wszyscy. Potrzebne im było szaleństwo po tym, co się działo. Więc szaleli. Ja też. Do 6.30. Oczywiście, bez kropli alkoholu. Mam trzeźwy miesiąc, więc mi się udaje wytrzymać w postanowieniu nie-picia przez 30 dni. I jestem w sumie z tego dumna, bo – wierzcie mi – nie zawsze się da wytrzymać imprezę zupełnie bez alkoholu. Tym razem szalałam do 6.30. Podobało mi się to, że gdy ludzie opadają z sił pod koniec, ja wciąż mam energię do skakania. Raz, że wypoczęta, dwa, że bez alkoholu czy też innych używek (kofeiny nie liczę!) a trzy, że inni śmiesznie wyglądają gdy gapią się na mnie jak na starego ćpuna. Lubię to.

Sobota, jak zawsze, spędzona przy komputerze. Tym razem jednak nie napisaniu a na konfigurowaniu go. Walka z Justynką ;) A w zasadzie nie taka nawet walka, co współpraca. I Justynka daje radę. Mówiłam już, że ją kocham? Gonił mnie czas, bo raz, że pocztę chciałam już mieć normalną (MS Outlook rządzi! Nie lubię MS Windows Mail Live, czy jak to się tam nazywa) a dwa, że obiecałam, że jednej organizacji złożę gazetę… Że jestem jej członkiem ;) To tym bardziej trzeba było, prawda?
Nie zmienia to jednak faktu, że jest sobota – jest impreza. B4 u mojej przyjaciółki Gacek. Znów mały, bo znów się okazuje, że ludzie nie dają rady. Tym razem jednak do nas Tomeczek i Paweł dołączyli. Posiedzieli, pogadali i dołączyli do nas jeszcze goście z Białegostoku. W sensie, że Adrian przyprowadził swojego b.s.p.s. i znajomego maturzystę. Maturzysta ów miał być kartą przetargową dla mnie, żebym się nimi zaopiekowała. Podoba mi się takie podejście. Raz, że wiadomo, co lubię. Dwa, że myśli się o kontaktach ze mną ekonomicznie. Trzy, że maturzystów traktuje się lekko przedmiotowo ;) Inna sprawa, że on też o tym wiedział i się bał. W sensie, że nie wiem czego się spodziewał, ale robił im awanturę, że traktują go przedmiotowo właśnie i że wydają go wilkom na pożarcie. Czyli mi. Że ja jestem te wilki ;) Bez obaw, przecież krzywdy mu nie zrobię. Nie do końca się w mój gust wpasował, choć brzydki nie był. Nawet Adaś potem myślał, żeby go ogarnąć, ale… no, nie wyszło mu. Maturzysta był generalnie wystraszony. Podobnie jak b.s.p.s. Adriana. I dobrze, tak powinno być za pierwszym razem w Utopii.
Impreza zaś była super! Hugo pięknie grał. Licky go potem uzupełniał. Świetny set, naprawdę. Tym bardziej, że Hugo zagrał „Goddess” mojej przyjaciółki Tary McDonald. Udało mi się też poznać pięknego Marcina z loczkami jak owieczka ;) Śmieszny taki, słodki. Myślałam, że jest jeszcze młodszy niż jest. Ale nie, ma 21 lat. Rozsądny wiek.
I wszyscy, którzy myślą, że w sobotę bawiłam się krócej, są w błędzie. No, dla ścisłości, to wyjść musiałam z 15 minut wcześniej niż dobę temu, ale to dlatego, że o 12.00 musiałam być na nogach. I byłam! Co więcej, godzinę później w redakcji miałam megafizyczną pracę. Noszenie mebli, te sprawy. Najcięższe, przyznaję, nie ja nosiłam. Ale tak czy owak – wysiłek fizyczny po dwóch dniach imprezowania! Może schudnę dzięki temu?

No właśnie, to kolejna ważna sprawa. Policzyłam to. Spożywam dziennie 1400-1600 kcal. Naprawdę. I czy ktoś może mi powiedzieć czemu ja nie chudnę? Przecież ruszam się sporo, chodzę, czasem biegam rano (niestety, nie każdego dnia), nie jem dużo… No wkurwia mnie to. Ja wiem, że sport by mi się przydał, ale 1) nie lubię chudnąć od sportu, 2) nie mam czasu. Więc czy ktoś mi powie o co chodzi?

Przyznaję się, że w poniedziałek odpuściłam sobie zajęcia. Już nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale nie poszłam. No co, mogę chyba czasem? Po 1. jestem doktorantką, więc bez przesady, a po 2. nikt nie robi na tych zajęciach listy ;) I w zasadzie to trochę czekam na wakacje już. Nie to, żebym odpoczywała wówczas tak bardzo, ale chociaż część obowiązków mi odpadnie. I będą się działy inne, ciekawe rzeczy. Więc dlatego. Bo lata nienawidzę.
W poniedziałek mnie za to Wojewódzki Sąd Administracyjny zaskoczył. Przysłał mi zawiadomienie, że otrzymał odpowiedź na moją skargę. Najśmieszniejsze, że 1) dostał ją 15 dni po terminie, 2) nie od osoby, na którą jest skarga :) Strasznie mnie to rozbawiło. Przewodniczący Zarządu Samorządu Doktorantów przekazał sprawę Rektorze UW i ona (ręką swojego radcy) mi odpisała. Śmieszne, naprawdę. Oczywiście od razu wystosowałam „oświadczenie strony” do WSA. Żeby wytłumaczyć im, że chyba komuś coś się pojebało ;) Bo oczywiście Przewodniczący chce uniknąć odpowiedzialności za swoje naruszenia prawa. I ja to rozumiem i ma do tego prawo. Ale ja się nie dam tak łatwo. Swoją drogą – z ciekawostek – Przewodniczący ów, mieszkający i urodzony chyba nawet w Warszawie, został właśnie (jak twierdzą lokalne media: po znajomości) członkiem Rady Nadzorczej miejskiej spółki komunikacyjnej… w Inowrocławiu :) To też mnie bawi strasznie. 1,6 tys. zł co miesiąc za nic. Bo przecież nie musi nawet do tego Inowrocławia jeździć. A nawet jakby raz czy dwa miesięcznie pojechał, to i tak się opłaca. Też tak chcę! Jakby czytał to jakiś prezydent/burmistrz miasta i nie miał chętnych na takie stanowisko, to ja ma wszystkie odpowiednie kwalifikacje. Zapiszcie sobie adres: jejperfekcyjnosc[małpka]jejperfekcyjnosc.pl – ja się na pewno zgodzę. I będę przyjeżdżać trzy razy miesięcznie! Obiecuję!

Kolejnego dnia też dostałam pismo z sądu administracyjnego. Tym razem, że wyznaczono datę rozprawy! Ale to w tej wcześniejszej sprawie – Walne Zebranie Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW vs. Decyzja Rektory UW. Na 16 czerwca ;) Nie ma to jak wczesna informacja. Ale dobrze, dobrze, przyda się, bo tego dnia trwa SocjoSzkoła i muszę mieć to na uwadze.
Ciekawe, co udało się urodzić. Nie muszę mówić, że Rektora nadal twierdzi, że Walne nie ma prawa reprezentować studentów (to prawda) a ja cały czas podkreślam, że Walne reprezentuje siebie a do tego ma prawo. Zobaczymy, co sąd powie. Generalnie, wyrok nie ma dużego znaczenia. W sensie praktycznym niczego nie zmieni. Jeśli WSA uzna, że mam rację – a tak jest – to Rektora UW będzie musiała dokonać jednak ponownego rozpatrzenia sprawy (o to chodziło we wniosku, który umorzyła, co ja zaskarżyłam). I jak będzie rozpatrywać, to może: uznać, że mam rację we wniosku (praktycznie niczego to nie zmieni), uznać, że nie mam racji (praktycznie niczego to nie zmieni). Dawniej zmieniałoby, ale już minęło trochę czasu i dlatego był sens walki, ale tyle się od tamtej pory zmieniło (decyzja było z września 2009…), że już nie zmieni. Oczywiście, od decyzji Rektory UW przysługuje prawo… wniesienia skargi do WSA :) Jeśli będzie bzdurna, to się nad tym zastanowię.

We wtorek także ważna część wyprowadzki. Już większość rzeczy poszła. Znów noszenie, sport, wysiłek. Doceniam sama siebie! :) A na deser: korki. Wiadomo, żywa gotówka się przyda. Potem składanie gazety, o którą mnie proszono.

W środę byłam na rozmowie. Nie o pracę – w sprawie współpracy. Wydawca zaproponowała, żebym porozmawiała z jej znajomymi na temat tego, czy im się nie przydam przez wakacje. Więc czemu nie. Rozmowa miła, dość konkretna, choć było też kilka typowo HRowych pytań („Kim będziesz za 3 lata?”, „Twoja największa wada?”, „Jak radzisz sobie z niesubordynacją podwładnych?”), ale chyba ogólne wrażenie okej. Dostałam zadanie domowe. Nie wiem kiedy je zrobię… Mam czas do wtorku, ale taki zapierdol do tego czasu, że nie wiem, naprawdę. Długi weekend powinien być co tydzień, żebym miała czas na takie duperele.
Znów w redakcji potem miałam być, ale zrezygnowaliśmy z tego, bo rozmowa długo trwała i nie było czasu na to. Może to i dobrze. Psychicznie szykowałam się na wieczór. Nadzwyczajnie posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Ważna rzecz, prawda?
Okazuje się, że Nowa Koalicja nie potrafi nawet dobrze ściemniać. Jak już chcą udawać, że coś robią legalnego, to udawanie musi być kompletne, całościowe. Nie można po kawałku, bo to zawsze wyjdzie. Uwaga, będzie teraz zamieszanie.
Posiedzenie nadzwyczajne może odbyć się na wniosek m.in. Zarządu Samorządu Studentów UW. I Marszałek Parlamentu Studentów UW poinformował tydzień wcześniej, że ma taki wniosek i że zwołuje. No spoko, może. Ale co się okazuje? Że w księdze korespondencji nie ma śladu na wpłynięciu takiego wniosku. W sensie, że on go wcale nie ma. Więc już podczas posiedzenia pytam czy może mi go pokazać. Trwają poszukiwania. Ponoć jest „w sali 106, ale sala jest zamknięta i nie ma klucza”. No, już wygląda nieciekawie. Ale klucz się znalazł. Gorzej z wnioskiem, bo go nie ma. Znajdzie się ponoć. Taki wniosek, skoro składa go ZSS UW – musi być w formie uchwały napisany. Więc pytam kiedy uchwałę podjęto. W poniedziałek przed środą, gdy ogłosił wszystko Marszałek. No okej, wygląda nieźle. Ale po posiedzeniu ZSS UW ma tydzień na uzupełnienie dokumentów (uchwały i protokoły). Minęło 9 dni i ani jednego dokumentu nie ma. Złamanie regulaminu, to na marginesie. Gorzej, że skoro nie ma żadnego dokumentu, to jak to się stało, że jest kopia uchwały, którą ponoć ma Marszałek? To udało się im przygotować? I to w dwa dni? A innych rzeczy już nie? Trwa posiedzenie, a ja dopytuję się o uchwałę z wnioskiem. Przerwa ogłoszona. Wszyscy „ważni” z Nowej Koalicji idą do biura i organizują „poszukiwania”. W mojej opinii: drukują uchwałę, tworzoną na poczekaniu. Reszta mnie zagaduje, bo oczywiście stoję 1,5-2 metry od nich. Coś gadają, rozśmieszają mnie – jak małe dziecko u dentysty ;) Drukowanie trwa i przynoszą mi po jakimś czasie uchwałę. Bez pieczątki wpłynięcia, bez niczego. W sensie, że taką uchwałę to ja sobie mogę w 5 minut wydrukować. A dowodu po tym, że istniała wcześniej – nadal nie ma. Co gorsza, okazuje się, że są już dokumenty z KOLEJNEGO posiedzenia ZSS UW, a z tego nadal nie ma. Dziwne, prawda? Tym bardziej, że uchwały podjęte na tym KOLEJNYM mają numer jakby pochodziły z poprzedniego (numer posiedzenia 19 zamiast 20) skreślone i ręcznie zamienione na 20 z dopiskiem „błąd w druku”. Wszystkie poszlaki wskazują na to, że posiedzenia o którym mowa w cale nie było. I że tworzy się teraz dokumenty „jakby ono było”. Fałszuje, antydatuje. I dlatego – ponieważ mam dość mocne dowody – będę działać. Nie pozwolę, żeby łamano prawo.
A Nowa Koalicja jest naiwna, jeśli sądzi, że ja takich rzeczy nie wyłapię. Przecież ja znajdę brakujący przecinek, jeśli trzeba. A tutaj szycie jest naprawdę grubymi nićmi. Nie szanują przeciwnika, szkoda. Pożałują.

Co nie zmienia faktu, że jestem megadumna z klubu opozycyjnego, którego jestem sympatykiem. To najlepsza opozycja na świecie i mam nadzieję, że nie odpuszczą i nie będą patrzeć bezczynnie jak jawnie łamane jest prawo. A z ciekawostek – pewien student Wydziału Prawa i Administracji przedstawił ostatnio fakturę samorządowi za jakąś tam imprezę dla studentów, w której… wpisał swój numer konta. Oczywiście, wychwycili to i teraz chłopiec ma przejebane. Dyscyplinarna i Prokurator. Ludzie to, przepraszam, debile.

Wczoraj ostatni raz w redakcji. Jeszcze trochę śmieci zostało, ale chyba już nie będę potrzebna przy pakowaniu tego. Tym bardziej, że mam zamknięcie gazety na głowie. Plus setki innych spraw. Jak na przykład napisanie referatów pokonferencyjnych. Kurwa, muszę, bo bez tego nie będzie publikacji. A być musi. Zgłosiłam też zainteresowanie pewnym projektem badawczym a propos wyborów i obecności kandydatów w TV. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Po redakcji – zajęcia na UW. Wpadłam, bo muszę jednak czasem. A te czwartkowe notorycznie opuszczałam… Będę mieć chyba zresztą przez to problem z zaliczeniem. No ale nic, nie zapeszam na razie. Najważniejsze, że na dziennikarstwie sprawę wyprostowałam i raczej bez problemu zaliczę.

Potem spotkanie z Il. Jak zawsze, wyszło na to, że jestem ten najgorszy, bo nie ja zainicjowałam. U Il mnóstwo złych rzeczy, więc szkoda gadać. U mnie chyba nie tak źle. Przecież mam spłacony kredyt! To najważniejsze :) Chociaż, jak mi dochody wakacyjne spadną znacząco, to zobaczymy, co się wydarzy… Miło ją znów zobaczyć. Schudła :( Ja wiem, że to przez stresy i takie tam, ale ja też chcę! Inni mogą, a ja nie :( Siedzieliśmy w mainstreamowi offowym Nowym Wspaniałym Świecie. A po spotkaniu leciałam do kina na „Dobre serce”. Zabrałam Kaktusa. A na miejscu spotkaliśmy Damiana.be z Kacprem. Kaktus przyniósł mi trzy tulipany, więc wyglądaliśmy jak na gejowskiej randce. Śmieszne to, bo ja na randce ostatni raz byłam 5 lat temu a on ma dziewczynę ;) Więc zabawnie. A film wart zobaczenia! Koniecznie! Rzadko aż tak mi się coś podoba, ale tym razem warto. Potem spacer z Muranowa do Centrum i powrót do domu, do pracy.

Piątek spokojny. Poszłam rano na Debaty Oksfordzkie, w których startował Marcinek z bratem i jego b.s.p.s. Nie wygrali, co mnie dziwi. Mieli – moim zdaniem – lepszy temat i na pewno retorycznie lepiej wyszli. Gorzej, że trafili opcję taką, która życiowo większości jurorów nie odpowiada i dlatego mogli głosować przeciwko im. No nic, trudno. Nie udało się. Cieszę się za to, że – mam nadzieję – jakoś tam wsparłam Marcinka swoją obecnością. A skoro o chłopcach mowa, to ciekawskim powiem, że Anatol się nie odezwał.
Potem zaliczyłam zakupy w Carrefourze i tak mi dzień mija. Na pisaniu, znów.

W tytule pojawia się informacja, że Mihał nie ma ręki. Zaiste, tak jest. Dzisiaj stwierdził, że nigdy o tym na blo nie pisałam i że czas to zrobić. Oto stało się. Mihał nie ma ręki. A ja mam 22 tys. znaków na blo i kończę pisanie ;)

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone