W zasadzie to chyba nie będzie długi blo, co nie zdarza się zbyt często. Moje życie przez ostatnie dni zdominowane było przez kluczowy dla dalszej egzystencji problem – usunięcie awarii dysku twardego.
Po kłopotach związanych z zakupem dysku i odpowiedniego przewodu SATA, musiałam stoczyć walkę o dane. Przewód, który zakupiłem i okazał się wadliwy, wymieniono w zasadzie bez słowa. I całe szczęście. Potem jeszcze tylko musiałam znaleźć odpowiedni program, który uratuje to i owo z mojego starego dysku twardego. Plusy, ma się rozumieć, są. Przede wszystkim, postawiony na nowo system działa szybciej, sprawniej – wiadomo. Minus jest taki, że pewne rzeczy musiałam na nowo skonfigurować. A z tym jest dużo pieprzenia, bo dopiero w trakcie różnych prac wychodzi na jaw ile rzeczy mieliśmy ustawionych, wgranych, zapisanych, spersonalizowanych… Ale to jest cena, jaką przyszło mi zapłacić.
Na chwilę obecną, prawie tydzień po awarii mogę śmiało powiedzieć, że jest okej. Udało mi się odzyskać w zasadzie wszystkie dane, które chciałam mieć. Udało mi się wgrać wszystko to, co chciałam wgrać. Nie ocalały duperele – np. adresy kanałów RSS zasubskrybowanych w Operze. Jasne, też szkoda, ale to do przeżycia.

Może od razu i za pamięci powiem też, że odpisałam na list mamy. Co prawda dopiero jutro go wyślę, ale to wynika z tego, że każdą wolną chwilę spędzić chciałem przy komputerze, żeby go uratować. Nie mówiąc już o tym, że list napisałem na komputerze. Pamiętajmy, że moje pismo bywa dla mnie nieczytelne, a co dopiero dla innych. Wiem, że mama zawsze miała problemy z rozszyfrowaniem mnie, więc nie chciałem ryzykować.
List spokojny, stonowany, wyjaśniający. Mam nadzieję, że pomoże.
Brat dzwonił niedawno. Kilkanaście razy, ale nie odbierałam. Nie chcę z nim rozmawiać. Napisał mi smsa ochrzaniającego mnie, że nie odbieram. I nagrał się na pocztę. Gdyby miał coś ważnego, przekazałby – a tak, nagrał tylko coś, że mnie pojebało i że mam odbierać.

List wyślę, jak mówiłam, jutro rano. Idę na pocztę tak czy owak, bo muszę odebrać polecony, który na mnie czeka. Chyba z Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego – tak przynajmniej podejrzewam. To najpewniej wezwanie do uiszczenia wpisu. Czyli 200 zł, które chcą za zajęcie się sprawą mojej skargi na decyzję prorektory. Nie zapłacę, bo w zasadzie spawa jest już nieaktualna. Wyjaśniałam kiedyś, że w momencie, gdy wejdzie w życie nowy Regulamin Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW, to całe zamieszanie stanie się niebyłe. Sąd nie będzie go rozpatrywał, umorzy wszystko. I nie odda mi kasy, a już raz 200 zł poszło na ten cel.
Swoją drogą, wszyscy zawsze się dziwią, gdy wyjaśniam, że sąd nie zasądził mi zwrotu kosztów tamtego postępowania. No, nie zrobił tego. Co śmieszne, w ogóle się do tej sprawy nie odniósł w wyroku. A dziwi to o tyle, że moja skarga zawierała wniosek o zasądzenie kosztów na rzecz organu, który wydał decyzję skarżoną przeze mnie.
Nic to jednak, na pocztę pójdę, wylegitymuję się i odbiorę ten nieszczęsny list polecony. Do archiwum, jako pamiątka mojej walki i praworządność na UW.

Wylegitymować się także musiałam dzisiaj w sklepie spożywczym. Okazało się, że zgubiłam kartę kredytową. I to tak, że nie zauważyłam tego nawet. Moja Radość Życia musiała mi wypaść czy coś w sobotę, gdy w sklepie kupowałam cukierki. (Po co? O tym zaraz.) No i mój bank do mnie się próbował dodzwonić w weekend. A że ja zastrzeżonych raczej nie odbieram, to nie odbierałam. Dostałam maila wczoraj wieczorem, że przyjęto moje zgłoszenie zablokowania karty. Więc sobie myślę: halo, halo, coś nie tak – przecież nie zgłaszałam takiego żądania. Dzwonię do mBanku, miła pani mi mówi, że dostali telefon ze sklepu spożywczego przy Grójeckiej, że jest tam moja karta kredytowa. No to się zdziwiłam, rozłączyłam i sprawdziłam czy w kieszeni kurtki, tam gdzie zwykle, jest mój kawałek plastikowego zbawienia. A jego nie było.
Dzisiaj odwiedziłam sklep, w którym pani kierowniczka wylegitymowała mnie, żeby oddać mi Radość Życia. Oddała, mam ją, jutro rano odblokuję. Dobrze się składa, bo właśnie jutro mam zamiar iść na duże zakupy. Takie naprawdę, naprawdę – w sensie, że chcę sobie jakieś ubrania kupić nareszcie.

Zaplanowałam to z Mihałem i mamy spędzić na zakupach kilka godzin. Do bólu, do skutku. Po prostu naprawdę potrzebuję kilku rzeczy. A że nie lubię zakupów, to dawno niczego sobie nie kupowałam. Z tego, co pamiętam, to ostatnią rzeczą był sweterek kupiony gdy byłem u Mihała, gdy jeszcze pracował w Vero Modzie. To było jeszcze w wakacje. Ja po prostu nie mam czasu ani emocji na zakupy, więc muszę się zmusić nareszcie.

Gorzej z tym, że z kasą nie jest tak dobrze, jak być by mogło. Kończę jakieś prace zlecone teraz – i dobrze. Będę czekać potem na przelewy, bo chcę trochę kartę kredytową (kochaną Radość Życia) spłacić. Jednakże nawet to nie pomoże mi w tym, żeby wyjść całkiem z długu, jaki mam wobec mBanku. Może powinnam opracować jakiś plan naprawczy w tym względzie? Spodziewam się, że mój dochód z tytułu współpracy z moją ukochaną redakcją, który wzrosnąć miał w listopadzie, a nie wzrósł z powodu Kryzysu, podniesie się od stycznia. Nie wiem jednak czy to wystarczy. Spodziewam się bowiem odcięcia dofinansowania rodzinnego w każdej chwili – choć przyznaję, że dziś przelew doszedł, ku mojemu niewielkiemu zaskoczeniu.
Jak ja kurwa żałuję, że nie mam stypendium doktoranckiego… No jak przewrotnym musi być los, by umieścić mnie na pozycji pierwszej pod kreską… Ale nic to, poddawać się nie można. Gdybym jednak miała tę kasę, na pewno nie musiałabym mieć takiego ciśnienia na redakcję. Może wtedy negocjowałabym niższą stawkę dla mnie, w zamian za mniejsze czasowe zaangażowanie?

Może wtedy Szczepana wydawca by nie zwolniła? Dzisiaj był ostatni raz w redakcji. Spakował się, zdał co trzeba, podziękował i wyszedł. Nie wiem, prawdę mówiąc, jak damy sobie radę bez niego. Nie to, że był taki niezastąpiony – takich ludzi nie ma. Ale problem w tym, że redukcja jego okazała się (chwilowym co prawda, ale jednak) zlikwidowaniem stanowiska. To oznacza, że jego obowiązki przejąć muszą inni. Jako że Szczepan bezpośrednio podlegał mi i odciążał znacząco mnie, to będzie mi teraz trudniej.
W ogóle to powiem szczerze, że jakoś do końca nie mogłam uwierzyć, że Kasia go zwolni. W sensie, że Szczepan się nawet sprawdzał – jasne, miał kilka wpadek, ale to normalne. Ja rozumiem, że Kryzys i że oszczędności, ale to już naprawdę utrudnia mi pracę… Nie wiem, no nie wiem – trzeba myśleć, co dalej.

A swoją drogą, moje ostatnie szaleństwa życiowe sprawiają, że opuściłam trochę się w życiu naukowym. Nie podoba mi się to. Dzisiaj, ponieważ kończymy gazetę, znów nie poszłam na zajęcia. Fakt faktem, że wyjątkowo sprawnie idzie nam to kończenie, ale nie zmienia to faktu, że nie jest fajnie opuszczać tyle. Poza tym nie wypada, nie?
W poprzedni wtorek też mi się nie udało wpaść na posiedzenie Zakładu Socjologii Kultury. I tak się zbiera, zbiera i mnie to martwi. Oczywiście, robię wtedy inne rzeczy, nie leżę do góry brzuchem. Dzisiaj jeszcze mam zamiar skończyć gazetę studentów Instytutu Socjologii UW. Nie opierdalam się, nie. Ale z powodu różnych zawirowań, najczęściej niezależnych ode mnie, nie mogę poważnie zająć się pewnymi rzeczami. Nie mówiąc o tym, że chcę nareszcie wziąć się za samą dysertację doktorską. No, kiedyś trzeba, nie? Fakt, że naukowo wciąż pracuję. W przyszłym tygodniu spotykam się z dziewczynami, żeby dopracować nasz tekst do publikacji pooświęcimskiej. Mam też w perspektywie bardzo ciekawą konferencję naukową w kwietniu, na której chciałbym się pojawić ze swoim referatem na temat osób trans i tożsamości konstruowanej konsumpcyjnie… Więc coś się dzieje, coś działam. Ale wciąż wydaje mi się, że robię za mało.

Jak choćby poprzez nie pójście na spotkania. W ubiegłym tygodniu w Warszawie obchodziliśmy II Festiwal Tęczowych Rodzin. O ile na pokazy filmów w czwartek udało mi się wybrać z Mihałem (Grzegorz Bóbr też był), o tyle na sobotnią debatę i niedzielne pokazy – już nie. Filmy średnio porywające. Bardziej propagandowe, prawdę mówiąc – ale może tak ma być. Potem sztucznie pobudzana dyskusja, w której w zasadzie chodziło o powtórzenie tego, co było powiedziane w filmie. Dlatego na niej nie zostałam. Widać było, że nawet sami prowadzący mają problem z wymuskaniem czegoś ciekawego. Dyskusja byłaby porywająca, gdyby był ktoś przeciw, a na sali zebrali się sami „za”, więc o czym tu rozmawiać?
Ciekawym doznaniem za to było podziwianie Bartka, którego kojarzę przede wszystkim z noszenia flagi na Paradzie Równości. Słodki jest i bardzo korzystnie wyglądał. Był jeszcze jeden taki chłopiec, co jego imienia nie znam, ale urodę chcę tutaj docenić. Sam siedział, biedny.

Skoro już o gejach mowa… no to czas wspomnieć weekendowe szaleństwa imprezowe. W piątek się na krótko zb4owaliśmy u mojej przyjaciółki Gacek. Zdarzyło się, że i Jordan, jak zawsze, gdy ma ochotę pójść gdzieś, się odezwał. Wpadł, posiedział, pogadał. U Kasispyrki zebrali się jeszcze Whitney, Maciej ze swoim Wojtkiem i koleżanką. A że ci ostatni się strasznie długo zbierali i wyjść nie mogli, poszliśmy bez nich. Do HotLa, bo tam urodziny selekcjonera Jacka. Życzenia dostał, impreza przednia była i poskakać było do czego. Ludzie dziwni – ja już naprawdę nie wiem kto teraz do tego klubu przychodzi. Kiedyś łatwiej było mi zidentyfikować tę publiczność. A w ogóle do HotLa Jordan nie dotarł, bo stwierdził, że do domu. Dziwne to, no ale zmuszać przecież nie będziemy, prawda? Tym bardziej, że dostał publiczną reprymendę za to, że odzywa się tylko, gdy chce z nami imprezować – a jak ja czasem coś do niego napiszę, to milczy. Tak nie wolno, bo Ciocia ma swoją cierpliwość i owszem, znosi milczenie, akceptuje humory, ale do czasu.
Adam chyba jest dobrym tego przykładem.

Wyszliśmy z HotLa i że moja przyjaciółka Gacek rzuciła hasło: najebiemy się, to ja zaproponowałam McD. Bo jednak tłusta podkładka to podstawa, jeśli chce się przetrwać ciężką noc. A ta się tak właśnie zapowiadała trochę niesłusznie. Okazała się bowiem dość krejzi najt. Bardzo ładnie Energy (potem jeszcze z Yoorą) zagrał. Naprawdę, naprawdę fajnie. Początkowo dość standardowo, piątkowo, a potem poszalał fajnie. I jestem na tak. Wyskakałam się na maksa. A z Utopii wyszłam jakoś koło 8 chyba. Więc było naprawdę dobrze. A moja przyjaciółka Gacek rzeczywiście się najebała nieładnie, bo już po 5 jej nie było. Jej strata.
Sobotę spędziłam na ratowaniu danych i stawianiu systemu ostatecznie na nogi. Instalowanie dziesiątków programów – to jednak czasochłonna sprawa. Ale udało się, wszystko jest. Mogę powiedzieć śmiało, że od soboty system znów mi działa. Szkoda tylko, że na razie nie mam pomysłu co ze starym dyskiem zrobić. Chcę go jakoś megasformatować, wyczyścić, naprawić (bo błędy były natury logicznej a nie fizycznej) – może ktoś poleci jakiś program czy coś? Liczę na was.

W sobotę miało b4u nie być i w zasadzie nie było. Tylko, że Łukaszek Bi się odezwał do mnie, poprosił, to go u Gacka zb4owałam. Wpadł z jakąś koleżanką, co na 13 lat wygląda. Posiedzieliśmy, oni się najebali a potem spokojnie do U się przenieśliśmy. Właśnie tej nocy, przed wyjściem na imprezę, zgubiłam kartę kredytową. Byłam w sklepie pobliskim kupić cukierki dla ładnych chłopców na mikołajki… I musiałam jakoś, nie wiem, nie ogarnąć. Byłam całkowicie trzeźwa, wyspana, wszystko cacy a jednak stało się. A cukierki potem w Utopii rozdawałam ładnym chłopcom, żeby wiedzieli, że w mikołajki o nich myślę ciepło.
Sama impreza – bardzo udana. Duuuużo ludzi. Tłoczno, jak trza. Muzycznie bez zastrzeżeń. Dawno już nie słyszałem tak dobrze grającej Moondeckowej. Widać, koniec roku sprzyja djom utopijnym, bo się naprawdę sprawują pięknie. Wiadomo, że było szaleństwo na parkiecie i w toalecie. I nie chodzi tylko o białego pana, czy śpiącego w kiblu geja, ale także o szaleństwa natury ekscesów seksualnych. Skoro zaś o białym panie mowa, to rzeczywiście Patryczek się wozi po Utopii. Co prawda, jak tylko mnie zobaczył na parkiecie, to z niego uciekł do swojego protektora, ale potem mnie zaczepiał. Lubię ludzi, którzy organizują swój pobyt w klubie wokół mojej obecności. Schlebia mi to.
Niedzielę spędziłam na ogarnianiu rzeczywistości i składaniu gazety socjologicznej.

To żeby teraz z wyższej półki coś było, to przypominam, że 17 grudnia przy Karowej 18 licytacja na rzecz Domu Małego Dziecka, na której będzie można kupić m.in. moje korale przez Dodę zerwane. Mała rzecz, a cieszy. Zwłaszcza po piosence Gracjana „Plastikowe korale”. Polecam, bo cel szczytny! No i na sam koniec powiem, że okazuje się, że w sztuce „Queer casting”, która ma parodiować środowisko LGBTQ (zwłaszcza G) pojawia się postać Waszej Perfekcyjności. Zarezerwowałam sobie miejsce dla siebie i Marcinka na ostatni na razie zaplanowany pokaz 14 grudnia. Zdziwiło mnie tylko, że organizatorzy i autorzy mnie na premierę nie zaprosili. Ja rozumiem, że może mnie nie lubią (skoro parodiują), ale to chyba tak wypada, co nie? No nic, wszystko jedno – pójdę i tak, zobaczę ocenię. Cieszę się na myśl o rozbieranej scenie Roberta. No i ładny chłopiec mnie parodiuje, to też plus.

Skomentuj
Podziel się z innymi:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInEmail this to someone