To nie jest tak, że ja teraz nie mam czasu się spotykać. Mam. Moje porozumienie z wydawcą jest takie, że w redakcji jestem kiedy chcę i w zasadzie ile chcę. Pełnię takie obowiązki, że nikt nie może mnie kontrolować z tego kiedy pracuję nad zleceniami i dobrze. Ważne, że pewne rzeczy mają być zrobione. W sensie, że no musi się gazeta ukazać i już. A kiedy się zajmuję swoim wkładem w ten proces, to już moja sprawa. Dlatego nie mam problemu formalnego z wyjściem kiedy tylko chcę. Powód dla którego nie robię tego częściej, szybciej czy coś jest prosty – skład redakcji jest świeży, moja pozycja nowa i muszę sobie wypracować autorytet. Wiem, jak to działa. Na razie muszę twardą ręką wszystko trzymać. Dlatego jestem często nieprzyjemna, dużo wymagam, rozliczam, sprawdzam, weryfikuję. Nie mogę pozwolić sobie na rozluźnienie atmosfery.
Co nie zmienia faktu, że się w poniedziałek umówiłam z Kamilem. Tak, znów. Zależało mu, więc poprosiłam go o przyjazd po szkole. Wpadliśmy do pobliskiego KFC i spędziliśmy godzinę tam. Mówił głównie Kamil, opowiadał o swoich kolejnych pomysłach, wyjaśniał, rysował świetlaną przyszłość, proponował, prosił, zapraszał, oferował… Generalnie utwierdza mnie to w przekonaniu, że więcej mówi niż robi. I że ma setki pomysłów (a raczej pewnych zarysów tychże) i nie zrealizuje żadnego, bo z dnia na dzień porzuca poprzednie i kombinuje jakby tu coś nowego zrobić…
We wtorek też widziałam się ze zleceniodawczynią jednej pracy – dostałam od niej nowe materiały. Chwila pierdolenia o głupotach przy okazji, jak zawsze. No a potem krótkie, ale ważne spotkanie z chłopcem, co na praktyki chce do redakcji przyjść. Przyjęłam go. Generalnie młody chłopak, offowe środowisko, szczupły, nawet sympatyczny się wydawał. I po kilku dniach (od czwartku jest z nami) oceniam, że nawet daje radę. Ja wiem, że to może za wcześnie, ale zapowiada się naprawdę okej.

I jak tak sobie myślę o minionym tygodniu (bo znów zaczynam w trybie tygodniowym pisać, niestety), to muszę przyznać, że to było dobre 7 dni.

Zacznijmy od tego, co w sumie chyba najważniejsze. A na pewno wyjątkowe. Jestem doktorantką. No, może w sumie nie jestem jeszcze teraz, ale będę od 1 października. Tak, tak, udało się. Zacznijmy więc od początku. Czyli od środy rano. Muszę po pierwsze powiedzieć, że – ku mojemu naprawdę dużemu zdziwieniu – stresowałam się. I to bardzo. Co w zasadzie nie zdarza mi się nigdy. A zwłaszcza przed egzaminami. Moje podejście wszyscy znają: przyjść – zdać – wyjść. Tutaj bałam się, że nie zadziała.
Kazali mi być w środę o 10:40, więc jakieś 10 minut wcześniej zjawiłam się w Instytucie Socjologii. Miałem problem w co się ubrać, ale na szczęście sweterek z Vero Mody sprawdził się idealnie, dodał powagi, wyglądał dobrze. Okazało się, że komisja akurat miała chwilkę przerwy i czekali na mnie. Gdy tylko mnie zobaczyli, zeszli się do sali i zaprosili po chwili. Wchodzę, megastres. Przede mną siedzą najważniejsze osoby w Instytucie Socjologii. Najważniejsze nie tylko instytucjonalnie, ale i autorytetem. Szefowie zakładów, profesorowie i profesory. Sadzają mnie dokładnie na wprost prof. Śpiewaka. Z większością z nich miałam jakieś zajęcia, ale nie ze wszystkimi. Zaczyna się śmiesznie. „Ma pan bardzo chwytliwy temat… Taki najbardziej smakowity” – żartują. No więc mówię, że owszem, to zapewne z powodu słowa Internet w temacie, które jest teraz w socjologii takie na czasie. Na co Śpiewak ripostuje, że chyba raczej chodzi o słowo seks… Jest okej, choć stres jest nadal.
Każą mi opowiedzieć w kilku słowach swój projekt „dla tych z komisji, którzy nie przeczytali” tego, co złożyłem w sekretariacie w czerwcu. Opowiadam, streszczam, wyjaśniam. To najprostsza część, bo przecież znam ten projekt. Potem pytania. O metodologię, o trudności. Wyjaśniam, mówię co moim zdaniem będzie najtrudniejsze, wyjaśniam gdzie pojawia się styk praktyki i empirii z teorią. Pytania dotyczą tylko tego, co napisałam (lub czego ewentualnie mogło zabraknąć) w moim projekcie dysertacji. Atmosfera jest okej, widzę przytakiwania, moja promotor siedzi i słucha. Jest także członkiem Komisji, ale z racji naszej relacji promotor-promowana, nie może zabierać głosu w dyskusji. Odpowiadam na kilka pytań – wydają mi się proste. Aż prof. Marody pyta mnie o to jak broniłabym zastosowania narzędzi psychoanalitycznych do opisu zjawisk społecznych. Nie chcę bronić, bo nie mam przekonania do psychoanalizy. No tak, ale z racji tego, że stosuję to jako jedną z hipotez, muszę. Więc odpowiadam, że wzorowałabym się na innych stosowanych dotychczas w socjologii uzasadnieniach. Dopytuje mnie na jakich. Przyznać teraz muszę, że to najtrudniejsze pytanie. W sensie, że samo w sobie nie jest może jakoś szczególnie skomplikowane, ale się nie spodziewałam. Powołuję się na Żiżka. Jest okej.
Wychodzę, słyszę jak za drzwiami dyskutują. Ja muszę usiąść, zaczynają ze mnie schodzić emocje. Spotykam kolejnego kandydata – Jędrka, którego znam. Rozmawiam z nim trochę i pytam o czym jest jego projekt. Agregacja preferencji. Jestem w takim stanie, że nic mi to nie mówi. Myślami gdzieś biegam, nie wiem co się dzieje. I myślę sobie: no to kurwa nieźle. Ja mam pracę o seksczatach a inni o agregacji preferencji. Moja wydaje mi się aż śmieszna przy dwóch trudnych słowach. Ale chuj, już poszło.
Potem cały dzień jestem rozbita, nie mogę się na niczym skupić. Pojechałam nawet do redakcji, po załatwieniu kilku dupereli w dziekanacie przy okazji, ale niepotrzebnie, bo już niczego konkretnego nie byłam w stanie ogarnąć. Za dużo emocji się zbierało przez te kilka dni. Gdy wracałem do domu, Michał wysłał mi SMSa z gratulacjami. W sensie, że się dostałem. Nie wiedziałem co zrobić. W domu rzuciłem się do komputera i sprawdziłem. I zgadza się, przyjęli 20 osób, ja byłem siódmy. Jestem! Tylko mały zgrzyt – okazało się, że stypendia dali pierwszej… szóstce. Szkoda, wiadomo – to jak być czwartym na olimpiadzie… Ale liczy się fakt, że się udało, że będę mieć szansę na tytuł naukowy doktora nauk humanistycznych w zakresie socjologii.

Wieczorem umówiłam się z Gackiem i Adamem, że idziemy do nowego klubu Nine. Ja najpierw zaliczyłam jeszcze Utopię. Tadeusz poprosił mnie o współuczestnictwo i pomoc przy wywiadzie z Królową, który z okazji Jej urodzin ma się ukazać. Zgodziłam się z chęcią, bo zawsze chciałam zapytać o pewne rzeczy. Choć i z drugiej strony pomyślałam sobie, że to jednak bez sensu. Jest między mną a Królową taka relacja, która przypomina trochę relację zwierzchnictwa zawodowego – prawie jak szef i pracownik. Jasne, to nieformalna struktura, ale jednak. I są rzeczy, o które nie zapytam – bo byłoby to nie do pomyślenia. To nie zarzut, bo wiedziałam, że tak jest, gdy się zgodziłam pomóc Tadeuszowi. A i tak wydaje mi się, że rozmowa wyszła ciekawa i nie jest li tylko słodzeniem i mówieniem, że jest superzajebiście. Rozmowa będzie na GayLife opublikowana za jakiś czas, więc sobie niektórzy z Was poczytają. Ja jestem zadowolona, choć przyznać trzeba, że wywiad jeszcze nie zredagowany.
Potem do tego Najna się mieliśmy wybrać… Nie dotarliśmy tam, a to już dłuższa historia. Generalnie wyszło na to, że nie straciliśmy za wiele. W sensie, że tłum był w środku, same znajome gęby (na fotkach widać) i pseudocelebryci jak Jola Rutowicz ze swoim gejem. Nie, nie, to nie dla nas. Wybraliśmy McD.

Rzeczywiście następnego dnia praktykant się zjawił u nas. I zaczął się wdrażać, za przeproszeniem. Współczuję mu, bo niełatwo wejść w zespół gotowy, wiadomo. Zwłaszcza, gdy jest jedna osoba, która usiłuje dominować nad pozostałymi. Nie, nie chodzi o mnie. Choć i zabezpieczyłam się przed tym i dzień przed jego przyjściem wysłałam maila do wszystkich z informacją, że to ja jestem jego zwierzchnikiem (opiekunem praktyk, jak kto woli) i że jeśli mają do niego jakąś sprawę, to przeze mnie musi to iść.
W czwartek znów się do Centrum wybrałam – odebrać zaproszenia na Hed Kandi. Adam mi dzisiaj o to zaproszenie na GG małą ciotodramkę robi. Że mu nie dałam i nie zaproponowałam. Nie chodzi o to, że innym rozdałam, bo bez problemu Adam by „się zmieścił” w ilości, którą dostałam. Powód, dla którego nie pomyślałem nawet o tym, żeby mu zaproponować jest prosty – Adam ma bramkę w Capitolu i od razu wyszłam z założenia, że nie ma sensu o tym z nim rozmawiać. Zaproszenie zaproszeniem, ale selekcjoner jest na niego cięty i nie odpuszcza.
Odebrałam więc zaproszenia – i oczywiście dziękuję za nie Marcie :) (musi być trochę podlizywania się!).

Szczytem jednak wszystkiego był piątek. To był naprawdę ciężki dzień. Nie to, żeby ostatnio w redakcji było spokojnie. W czwartek po południu Szczepan mówi nawet – padnięty już na maksa – że miał w planach poproszenie mnie o to, żeby w piątek mógł wyjść wcześniej z redakcji. A potem wybuchnął śmiechem razem ze mną. Generalnie, ja mam sporo do zrobienia, ale jego zajebałam robotą. Początki zawsze są trudne. Więc piątek, jako początek (i koniec) tygodnia, musiał być taki, jaki się okazał. Tragiczny. Wszystko się nagle posypało i musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby wyszło wszystko na tak. Plus dodatkowo zajmowałem się kontaktowaniem z Asią, która nie chce podpisać umów z firmą oraz z Arkiem, który wisi nam kilka tys. zł. W sumie nie są to moje obowiązki, ale – z związku z tym, że jestem generalnie złamanym chujem – to nieźle mi idą takie sprawy. No więc się podjęłam, bo czemu w sumie nie – dla rozrywki.
Gdy udało mi się wyprostować to, co się posypało, okazało się, że wszystko jest inaczej niż miało być, ale jest okej. Więc jestem dumna z siebie, że potrafię błyskawicznie w sytuacji dużego stresu działać bez problemu.

Wróciłam do domu, ogarnęłam się lekko i zaraz trzeba było lecieć. Wieczorem jeszcze kilka tekstów przeczytałam i się załamałam poziomem. Generalnie, zapamiętajcie jedną rzecz – zanim cokolwiek gdziekolwiek wyślecie, marząc o tym, by was opublikowano to spróbujcie poczytać innych. W sensie, że wiedzieć co i jak się pisze. Bo załamuję się często, gdy czytam różne rzeczy i mam wrażenie, że ludzie-autorzy nigdy nie czytali ani jednego tekstu w gazecie. O, rzekłam.
Do Capitolu dotarłam po północy – po drodze zgarnęłam Michała tego ze Szczecina i jego kolegę (b.s.p.s.a?). Pod klubem czekałam jeszcze chwilkę na Daniela i Kubę. No, ale na Kamila już czekać nie mogłam. Tym bardziej, że oczekiwał, że będę tam stać dobre 20 minut. Bez przesady. Jak się umawiam, to zawsze z dużym wyprzedzeniem, żeby sobie można było inne rzeczy poukładać w miarę potrzeby i być na czas. Nie lubię spóźnień. Ale rzuciłam Kamilowi ostatecznie pod stojący samochód jedno zaproszenie, żeby mógł ze swoją b.s.p.s. (nową!) wejść.
W Capitolu – szaleństwo. Dobra impreza, jak za starych dobrych czasów. Nie to, co ostatnio było jakoś, gdy się wakacje zaczynały. Tym razem ludzie dopisali, muzycznie super i wszystko było na tak. Szkoda, że mało znajomych moich się wybrało – niech żałują, bo naprawdę było szaleństwo straszne. Jestem na tak i z chęcią będę się bawić na kolejnych edycjach. Fakt, że nigdy nie siedzę tam długo wynika z tego, że jest tyle ludzi, że nie ma się nawet gdzie bawić i mogę co najwyżej delektować się muzyką. Co też jest dobre samo w sobie, oczywiście.

No a potem Utopia. I tutaj największe zaskoczenie. Chciałam się w sumie najebać, ale mi nie wyszło. Bo jakoś tak dobrze było muzycznie, tak wszystko fajnie szło, że nie. Dj naprawdę ładnie zagrał. I gdy wychodziłam nad ranem z klubu po 7:30 i dziękowałam mu za udany set, powiedział: „To napisz o mnie coś miłego”. Z radością niniejszym to czynię. Zasłużenie! Była to naprawdę udana impreza – muzycznie udana. W ogóle trochę szaleństwa było. Łukasz z Damianem.be szalał (bo jego b.s.p.s. na pogrzebie był), barmani na barze, no ogólnie taka dobra, piątkowa atmosfera. A i to zasługa muzyki, która najpierw ładnie oldschoolowa się potem zrobiła mocno rozrywkowa. Takiej imprezy można sobie życzyć co tydzień.
Wracałam lekko dziabnięta, ale nie najebana (niestety) – zdołałam nawet bułeczki świeże po drodze kupić i kartę miejską w odpowiednim automacie zasilić. Więc naprawdę dobrze się czułam.

Na tyle, że mimo pójścia spać koło 8:40 (jeśli nie później), spędziłam cały następny dzień na spotkaniach. Wstałam jakoś przed 13 a o 16 już widziałam się z Jordanem. On zaproponował widzenie, ja przystałam na to z chęcią. Zobaczyliśmy się w Złotych Kutasach. Dobrze wygląda w dziennym świetle też. Zresztą 16latkom to w ogóle łatwiej przychodzi – wyglądać dobrze. Jordan to opalony, lekko dresikowaty chłopiec z głową czasem gdzieś daleko w świecie fantazji. Z drugiej strony – lubiący dobrą zabawę. Zajmuje się fryzjerstwem i takimi tam. Słodki jest i tyle. Pogadaliśmy w Wayne’s Coffee, gdzie przy dużej kawie mi się go miło słuchało. Nie siedzieliśmy tam długo, bo jeszcze potem chciał do H&M iść. Poszliśmy. Cały czas próbowałam go przekonać, że jest przegiętą pasywną ciotą, ale jeszcze się opiera przed używaniem tego określenia w stosunku do siebie. W tym wieku to normalne. Przypomina mi to historię elastycznej księżniczki :)
Gdy szliśmy potem Chmielną w stronę Nowego Światu – odprowadzał mnie bowiem kawałek – ludzie się na nas dość często gapili. Jasne, jak widzą przegiętą ciotę, to się zawsze gapią. Trudno nie reagować w takiej sytuacji. Dlatego kilka razy zdarzyło mi się spojrzeć na nich i powiedzieć im w twarz: „Tak, to przegięta ciota!”. Lubię to. Obserwowanie jak wtedy zareagują jest przezabawne. Bo sytuacja taka zaburza porządek interakcyjny, jaki jest ustalony w naszym społeczeństwie. Po pierwsze – nie odzywamy się do obcych ludzi, chyba że chcemy zapytać o drogę, zapytać o godzinę lub prosić o pomoc jakąś taką „miejscową” (wniesienie wózka, pomoc niewidomemu, prośba o jałmużnę itp.). Po drugie – bycie ciotą jest czymś społecznie niepożądanym i heteroseksualiści najczęściej cieszą się, gdy odkrywają, że ktoś jest pedałem (komentują to między sobą i się cieszą swoim odkryciem: „Zobacz, pedał!” szepczą). Po trzecie – nazwanie kogoś ciotą lub pedałem jest w zasadzie uważane za obraźliwe i traktowane jako objaw agresji, dlatego nie robi tego nigdy osoba będąca w relacji z tymże pedałem, tylko ktoś z zewnątrz. Po czwarte – taka reakcja powoduje demaskację tego, że skrycie ktoś się owej ciocie przygląda – bo teraz już i ciota i jej towarzyszka (ja w tym przypadku) wie, że ktoś się przygląda, gapi, obserwuje, co samo w sobie jest także naruszeniem pewnej normy interakcyjnej. A reasumując: daje to dużo radości. Bo ludzie nie wiedzą jak się zachować, zazwyczaj zaczynają milczeć, czekając na dalszy ciąg wydarzeń lub na reakcję kogoś innego dokoła. A takowa nie nadchodzi :)

Potem dotarłam do Gacka. Dostarczyłam mu 2 z trzech zamówionych produktów Avonowych i mieliśmy okazję pogadać trochę. Oczywiste jest, że Gacek spotyka się nadal i znów z Piotrem Barmanem. To widać choćby po kwiatach, które u niego w domu stoją. Ukrywa to nadal i wciąż się do tego nie przyznaje – wiadomo, bo przegra zakład, to raz – a dwa, że ośmieszy się trochę, bo dotychczas wszystkim dokoła powtarza, że Piotr to nudny debil. Więc teraz sam wyszedłby nienajlepiej, gdyby przyznał się, że jednak się z nim zadaje.
Ale to na marginesie. Generalnie spotkanie przebiegło szybko i bez problemów. Omówiliśmy plany na wieczór i zaczęliśmy myśleć o przyszłym tygodniu. Bo będzie się działo, wiadomo! A że ja lubię mieć wszystko zaplanowane, to powoli przekonuję do takiego planowego trybu życia także moich znajomych. I już powoli ogarniają to, że w środę powinien być weekend jasnym punktem na planie życiowym. Zgodnie z taką dobrą zabawą, że trzeba więcej czasu poświęcać na myślenie o przyszłości niż wspominanie przeszłości. To dlatego tak trudno mi się zebrać do napisania blo – bo to wspominanie przeszłości, na które mi w sumie trochę szkoda czasu.

No i widziałam się z Pasywem! Tak, tak, wrócił! Strasznie się ucieszyłam jak zobaczyłam tę jego pasywną dupkę kręcącą się na boki i zbliżającą się do mnie. Umówiliśmy się, że pójdziemy coś zjeść na mieście. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że może to nie najlepszy pomysł, bo on niewiele teraz na mieście jeść może. Ale znalazło się rozwiązanie – poszliśmy do Pizza Hut na bar sałatkowy. Zdrowo, niedrogo, smacznie. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy… Naprawdę miło było go znów zobaczyć. Do tego stopnia, że jak tylko się do mnie zbliżył na Nowym Świecie (tam się umówiliśmy), to musiałam go przytulić mocno. Biedny mój Pasywek :)
No i może uda mi się go na jakąś imprezę wyciągnąć. Taką niewielką, ja wiem, że nie może szaleć… Ale da radę, przecież to Pasyw!

Potem wróciłem do domu i zaraz musiałem się na imprezę ogarniać. Siebie i innych. Michał postanowił, że się ruszy z domu i zaprosił nawet naszego znajomego Tomka. Tomek wpadł, ja się ogarniałam a po chwili dołączył do nas Karol – to z kolei mój nowy znajomy. Zebraliśmy się, zamówiliśmy taxi i zaraz byliśmy u b.s.p.s. Łukasza. B4 okazał się dość liczny, choć muszę przyznać, że wciąż nie rozumiem zapraszania tej jednej heteroseksualnej pary, która była. Organizator potem mniej zajmował się gośćmi, a bardziej swoim partnerem. Goście za to świetnie dawali sobie radę – łącznie z tym, że Przemek w pewnym momencie odpłynął i usypiał na łóżku Tomeczka. (Potem, już w Utopii, gdy tylko wszedł, uśmiechnął się do mnie i powiedział „już nie jestem śpiący”) I generalnie większość twierdziła, że czas się dłużył. Nie wiadomo dlaczego. Niby sporo ludzi, niby koncert Madonny, niby wszystko fajnie… A jednak jakoś dziwnie się towarzystwo zachowywało. Najważniejsze, że udało się przy okazji zmusić gospodarzy do wymiany uszkodzonej spłuczki. Wizyta gości była dobrym pretekstem, by przestać spuszczać wodę wiaderkiem…
W Utopii było bardzo tłoczno. I chyba pierwszy raz w życiu Ernest pochwalił mój wygląd. No, może drugi raz. Jednak wymyślony na poczekaniu kostium a la biurwa-sekretarka spełnił swoje zadanie. Dużo się działo. I muzycznie (Monky! Licky!) i w ogóle. Karol z Jarkiem się zjawili, to miła niespodzianka. Karol jest nadal i bez zmian nieziemsko męski. Był też Patryk, którego – jak mi przypomniał – poznałam kiedyś. Oto bowiem młodzieniec, który w Barbie Barze tak mnie urzekł swoim barowym tańcem, że raz (chyba za pośrednictwem kogoś? Chociaż nie pamiętam dokładnie), jedyny raz w swoim życiu zaproponowałam piwo. Odmówił wówczas. Teraz mieliśmy okazję pogadać. Poznałam też jego (chyba naprawdę) brata. Miłe, ładne towarzystwo. Jestem na tak. No i Karola tego, z którym przyszłam, próbowałam rozruszać. To nie było łatwe – tak mi się wydawało, ale okazało się, że wystarczy pomachać przy nim transdupą i zaraz zacznie się ruszać też. Adam się bawił głównie z Gackiem, co trochę mnie zaskoczyło, ale niech się dzieje wola nieba. Miło było spotkać Lolę Lou i jej faceta. Ale co mnie najbardziej zszokowało, to że okazało się, że on ma… 56 lat! Pięćdziesiąt sześć. Jest oficjalnie najstarszą osobą, z jaką kiedykolwiek rozmawiałam na imprezie. Szok.
Miałam wyjść wcześniej, ale bawiłam się na tyle dobrze, że przetrzymałam Mihała do 5:55 :)

W niedzielę Mihał jechał do Szczecina. Radość z pozostania w domu sam-na-sam ze sobą mnie ucieszyła. Nawet nie wiecie jak mi mina zrzedła, gdy nagle do domu wszedł nasz współlokator Piotr… Niezapowiedziany w sumie, ale i zapowiadać się przecież nie musi. Wrócił ze Słowacji (czy Słowenii? Gdzie on był w sumie?) z wielkim plecakiem i został. Myślałam, że się załamię a w myślach już wieszałam się na sznurku…
Na szczęście wpadł na chwilkę tylko. W sensie, że posiedział godzinę czy dwie i się zwinął mówiąc: „do zobaczenia za dwa tygodnie”. Co oznacza, że do soboty jestem sama samiuteńka w domu! Alleluja! Owszem, biegam nago po domu. I to mnie zmobilizowało do tego, by oficjalnie od poniedziałku zająć się sobą i ciut ściślej jednak przestrzegać zasad swojej diety. Chyba nie przytyłam, ale nie czuję się najlepiej ostatnio ze swoim ciałem. Gorzej niż zazwyczaj.
Udało mi się jeszcze w niedzielę Carrefour zaliczyć i zająć pisaniem (jak zwykle).

A w tle nowa piosenka. Prince „Dance 4 me” w remiksie Icon Extended. Zaśpiewanie w jednym wersie „dance for me, allelujah!” jest dla mnie szaleństwem geniuszu.

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email