Ogólnie, to zacząć muszę od tego, że szykuje się długi wpis. Co mnie nie cieszy, bo jest 23:41, a wiadomo, że napisanie tego mi zajmie ze dwie godziny. Tak, kochani moi, tyle to trwa, jak się chce tydzień ogarnąć. No, ale cóż, jak żyć. Się chciało mieć bloga, to trzeba.

No właśnie, z tym blogiem to jest tak, że wszystkim – w tym i mnie – zaskoczyła popularność poprzedniego, około świątecznego wpisu. Nie wiem dlaczego nagle padł rekord ilości odwiedzin jednego dnia i dlaczego ludzie nagle zaczęli komentować jakoś z dupy to, co było tam napisane. To znaczy, jasne, mają prawo do tego i niech piszą do woli, bo to ich narracja. Ale jednak zaskakujące to było.
Już nawet miałam teorię, że przez przypadek blog mój trafił do tzw. debat na blog.pl. Bo mało kto wie, że wokół blog.pl powstaje coś jakby społeczność. I administracja portalu co jakiś czas rzuca hasło, które staje się tematem debaty. Coś w stylu „Czy święta są czasem radosnym?” albo „Czy warto mieć postanowienia noworoczne?” i potem ludzie o tym piszą na blogach, linkują się tam, komentują, coś tam. Ja nie ogarniam tego tak ogólnie, bo i nigdy nie chciałam członkiem jakiejś społeczności blog.pl być w tym sensie. Ale podejrzewałam, że w okresie świąt gdzieś ktoś tam wrzucił linka do mnie i tak poszło. Nawet chciałam to sprawdzić, ale się nie dało. W sensie, że nic nie było. Więc, prawdę mówiąc, nie mam pojęcia czemu na tamtą blotkę tak się rzucili nagle ludzie. Z drugiej strony… to mało istotne. I tak, jak powszechnie wiadomo, nikt tego bloga nie czyta. A swoją drogą, to ciekawe, że gdy ludzie mówią, że znają mojego bloga, to najczęściej mają na myśli bloxa, a nie duzyformat.blog. Z drugiej strony… ja wiem, tu jest dużo czytania i nie każdy ogarnia taką ilość tekstu. Przynajmniej taką mam na ten temat narrację.

No, ale zanim się stało to, co się stało, to ja musiałam jeszcze z rodzinnego miasta do Warszawy wrócić. A to nie poszło tak łatwo, bo postanowiliśmy z Polą wpaść do Szczecina na bauns. Musieliśmy, bo Pola od kilku dni nie miała seksu i groziło jej, jak przy głodzie narkotykowym, jakieś niebezpieczeństwo. Więc poświęciłam się i mówię, jedziemy, maleńka. Zaczęło się nieciekawie, bo się okazuje, że wciąż postępuje marginalizacja stacji PKP w moim mieście i nadal nieczynna już jest 24 h na dobę, ale mniej jakoś. O jedną zmianę mniej chyba.
No i w związku z tym, nie udało się nam kupić biletów na pociąg. A że pospieszny, to inna sprawa. Poszliśmy do konduktora więc przed wejściem do pociągu. Ja, Pola, jakiś dres z dziewczyną. Pan konduktor okazał się megamiły. Zaprowadził nas do przedziału, wskazał miejsca, powiedział ile trzeba zapłacić… A potem zapytał ile chcemy zapłacić. No to my proponujemy, żeby nas liczył studencko, ulgowo… No i policzył. Zamiast 8 czy tam 9 zł za ulgowy na pospieszny, zapłaciliśmy wszyscy po 5 od głowy. No i tyle. Myślałam, że to koniec niespodzianek, ale nie. Się okazało, że dres powiedział: „No, ty masz fajnego bloga”, czym mnie zabił totalnie. Znaczy, że już koniec, jestem rozpoznawalna w chuj w swojej rodzinnej mieścinie. Czas uciekać totalnie.

W samym Szczecinie było miło. Z Polą powolutku poszliśmy sobie do klubu, gdzie grzecznie karty jednorazowe wzięliśmy (15 zł bilet + 10 zł za kartę jednorazową do zwrotu przy wyjściu) i udaliśmy się dalej. Ponieważ na barze chciałam kredytową płacić (niech żyje „Visa Radość Życia”!), pan powiedział, że od 30 zł można… No to się podłamałam, że będę lecieć do bankomatu czy coś, ale nie. Pan powiedział, że mi rachunek otworzy, jak mu zostawię kartę klubową na barze. No to spoko, sobie pomyślałem. I dopiero potem mnie naszło, że karta, gdybym jej nie zwróciła, kosztowałaby mnie 10 zł, a na barze wzięłam jednak więcej… Gdyby nie to, że na tę kartę w szatni były nasze rzeczy zostawione, to może i bym tak zrobiła :) Ale nie, nie, Ciocia jest uczciwa. Czy coś tam.
Bo ten pomysł ma sens tylko dla posiadaczy stałych kart, gdy jest zdjęcie, dane, te sprawy. A moja była jednorazowa, więc barman nie ogarnął chyba się ogólnie z tym. Za to my się wzięliśmy za ogarnianie ogólnie. Pola szukała sobie, szukała i… znalazła. Jakąś siedemnastolatkę, co jej imienia nie pamiętam (i Pola chyba też nie). Ogólnie się dobrze bawiły. Zanim jednak, to do Poli podszedł pasyw jakiś. Okazało się, że Mateusz z Poznania. No, nie powiem, nawet ładny, choć bez szaleństw. Dobrze ubrany, szczupły, blondyn. Z Poznania, choć uczy się za granicami naszymi we Frankfurcie nad Odrą. Sam przyjechał na spontanie do Szczecina, bo nigdy nie był. Odważnie. Bawił się jak tako, ale w pewnym momencie za bardzo. Umierał, więc jako opiekuńcza Ciocia, musiałam go ratować, żeby go ktoś z lokalu nie wyniósł. Dostał Burna i mu się poprawiło.
Przy okazji wyszło na jaw, że mnie rozpoznano w klubie. To mnie trochę, prawdę mówiąc, zaskoczyło. W sensie, że zazwyczaj poza znajomymi dawnymi nikt mnie nie poznawał w Inferno i czułam się anonimowo. Aż dziwnie czasem, prawdę mówiąc, bo zupełnie inaczej. A teraz słyszałem jak komentowali, rozmawiali, zwracali uwagę. Jasne, nie wszyscy – wręcz przeciwnie: nieliczni. Ale to aż dziwne.
A jak sama impreza? No cóż, Inferno idzie w stronę Tomba-Tomba muzycznie. Nie wiem czy dobrze, czy źle. Dobrze, o ile nie przesadzą, bo ja lubię takie cięższe granie. Nadal, wciąż i bez przerwy są błędy na tym wyświetlaczu nad DJem. Już pomijam to, że „New Year Eve”, bo to po angielsku i może ktoś nie ogarnął. Ale pełno literówek w polskich wyrazach. Więc dość dziwne dla mnie, że tego nie mogą zrobić, bo przecież te literówki są tam za każdym razem jak wpadnę raz na pół roku.
Impreza fajna, bo i znajomych trochę. W tym: Przemek, mój ostatni eks z zachodniopomorskiego. Miło znów zobaczyć, posłuchać jego złośliwości. Śmiesznie z Marcinem (z którym nadal jest po tym, jak ich poznałam kilka lat temu!), bo on nadal twierdzi, że się zmieniłem i że przez to nie może odnaleźć mnie we mnie. No, nic dziwnego. Kiedyś byłam m.in. gruba i było mnie co najmniej dwóch w jednym ciele ;)
Po imprezie zaliczyliśmy, tradycyjnie, kebaba jakiegoś. Pola SMSowała po seksie z tą całą młodą a potem w sklepie koło dworca kupiła mi serce, a pani lesbijka obsługująca nas, nawet jak do mnie mówiła, to na nią patrzyła. Skandal jakiś, jak to lesbijstwo się szerzy. Homoseksualna propaganda.
Poznański Mateusz też zaraz miał pociąg, więc szczęśliwie jakoś go wsadziliśmy do wagonu i poszliśmy na nasz. Potem taxi do domu (też nie bez przygód…) i ogólnie noc zakończona pozytywnie.

Ale pobyt w domu definitywnie się do końca zbliżał. Ukoronowaniem były, jak zawsze, zakupy z mamą. W sensie, że takie spożywczo-chemiczne. Mamusia płaci, ja biorę. Lubię to, wiadomo. Ale też sporo, muszę przyznać, dostałem mrożonek po świętach. Lubię to.
Nie lubię za to tego, że zważyłem się i wyszło na jaw. Przytyłem przez ostatnie 6-8 tygodni jakieś 6-7 kg. Skandal w sumie i ponieważ zima się skończy niedługo (co brzmi dziwnie, bo piszę te słowa w najzimniejszą noc tej zimy), więc będzie widać bardziej. Może nie w klubach, bo tutaj nadal jestem tak samo skąpo odziany, ale na co dzień.
Wracając na chwilę jeszcze do miasta mego rodzinnego – oddałem walizkę, co była do reklamacji i kupiłem nową, jeszcze większą. W poniedziałek wieczorem brat odwiózł mnie na stację, odstawił do pociągu i pojechałem. Miałem, jak zawsze, rację jeśli idzie o planowanie podróży. Pociąg pusty w sumie. Bardziej nawet, niż jak jechałam na Święta. Sympatyczna podróż, trochę spania, trochę ogarniania jakiś spraw naukowych. Bo przecież do 4 stycznia deadline na to seminarium Kultura Pamięci i musiałam dwie prace poważne napisać. To ważne, bo na pewno będą w publikacji, a więc wpis w CV się przyda. Tym bardziej, że to obcojęzyczne też.

W mieszkaniu już czekał na mnie Michał z Michałem. W sensie, że współlokator z dziewiętnastolatkiem. I z winem, ma się rozumieć. Oni już jedno wypili, drugie czekało też na mnie. No i tak wieczór nam minął na błogim nic-nie-robieniu. Było tak miło, że nawet ani jednej fotki nie zrobiłem. A musicie przyznać, że to w sumie dość zaskakujące. I dlatego też nie do końca mogę odtworzyć co się tego wieczoru działo. W sensie, że to tydzień temu było i nie pamiętam najzwyczajniej, bo potem się jeszcze więcej wydarzyć miało.

We wtorek pojechałem do redakcji, jak było umówione. Wstępnie miałem jechać wcześniej niż zwykle we wtorki, ale jednak nie. Byłem na 14 zamiast na 14:30 :) Co prawda, też coś, ale to symbolicznie. Nie było zresztą po co jechać, bo nic się zasadniczo nie działo. Nuda przedsylwestrowa czy raczej poświąteczna. A ja nie pojechałam wcześniej, bo mam ostatnio fazę na Olę_32. Szalejemy, nie powiem, szalejemy. Naprawdę poważnie. W domu rodzinnym się zaczęło, bo tam czasu dużo na to było a teraz jeszcze końcówkę wolnego chciałam wykorzystać. No i Maks, moja heteroseksualna miłość szesnastoletnia, wysłał mi nowe fotki. Boże, jaki on jest piękny! Cały!

Jakoś tak się złożyło wieczorem, że postanowiliśmy mieć sylwester wcześniej. Michał 19letni był, alkohol był, muzyka była… Czego chcieć więcej? No i się na tyle rozruszaliśmy, że naprawdę było ostro. O 3 nad ranem chciałem naleśniki robić, ale nie było chętnych wtedy. No i filmiki kompromitujące powstały. Są na YouTube, ale tylko dla znajomych dostępne. W sumie to nam tak nieplanowo ten sylwester dzień wcześniej wyszedł, co nie zmienia faktu, że było bardzo miło.
Zwłaszcza chłopcom po tym, gdy poszli do Michała do pokoju. I wszystko jasne. Podkreślam, wszystko.

Upragnione naleśniki zrobiłam ostatecznie 31 grudnia. Niewiele więcej w sumie tego dnia robiłam. Znów Ola_32, znów obijanie się, znów pisanie po łebkach jakiś prac. Więc nic specjalnego, ot dzień, jak co dzień. W sumie to jakoś tak wyszło, że z Michałem olaliśmy sylwestra. Ja zapowiedziałam, że nic nie piję… No i się wzięliśmy za spisywanie filmów. Michał – swoich zwykłych a ja swojej pornokolekcji. Ostatecznie mogę powiedzieć, że mam na płytach DVD 261 filmów porno. Większość gejowska, kilka hetero, kilka bi, jeden trans, ale coś płyta chyba uszkodzona i nie działa za bardzo. Ogarniemy jeszcze. Na razie zależało mi na spisaniu po prostu filmów i płyt. A potem się za opisanie ich wziąłem. Rok, wytwórnia, ocena, uwagi. Mnóstwo pracy, ale raz zrobiona będzie owocować potem. Ciekawostka: gdyby chcieć obejrzeć wszystkie moje porno, trzebaby spędzić na tym bez przerwy ponad 17 dni.
Michał 19letni przyszedł do nas po zabawie na pl. Konstytucji. Lekko, nie powiem, pijany. Michał poszedł po alkohol i ogólnie jakoś się znów impreza po 3 zrobiła. Potem na mnie chłopcy z pokoju obok już krzyczeli, żebym o 5:55 jednak ciut ściszył muzykę, ale moim zdaniem to było bez sensu, bo zaraz się cisza nocna kończyła i nie ma co się oszczędzać. Michał 19letni został na noc znów. Podkreślam, wszystko.

1 stycznia jest o tyle niefajny, że musiałam kalendarz Utopii zdjąć ze ściany. Z Lolą jest o tyle dobrze, że dodała kartkę na styczeń 2009 jeszcze. Chociaż tyle. Zamiast Utopii wisi teraz Cosmo. Też fajnie, ale – powiedzmy sobie szczerze – nie ten ogień w sumie.
Dzień miał byś spokojny, jak na Nowy Rok przystało, ale nie. Wpadły Iza i Ada, koleżanki Michała spoza Warszawy. To kolejna noc, gdy u nas w domu ktoś spał. Co więcej, od mojego przyjazdu do Warszawy, znów nie poszedłem spać trzeźwy i znów ktoś był u nas. Tak ma, kurwa, być.
Niech się cały czas coś dzieje. Jak u kolekcjonerów doznań przystało! Poszedłem spać o 4 a o 7:30 już na nogach byłem. Jasne, nie było łatwo, ale skoro jestem cyborgiem po przeglądzie, to nie ma co narzekać.

Po co wstałam tak wcześnie? Bo Carrefour chciałam zaliczyć. Musiałem rano, żeby do redakcji wpaść jeszcze. Tego dnia tylko ja miałem mieć dyżur tam. Dotarłem więc sobie, na luzie, z godzinnym opóźnieniem… a tam się okazało, że cały budynek zamknięty jest do 5 stycznia. No w sumie skandal. Gdyby nie to, że miałem służbowego laptopa ze sobą, to miałbym wymówkę, żeby nic nie zrobić tego dnia… Niestety jednak, wrócić musiałem do domu wziąć się do roboty jakiejś. Fakt, że niewiele jej było i mogłem spokojnie odpoczywać, pisząc pracę zleconą i tylko w przerwach zajmując się redakcyjnymi rzeczami. No i nie za długo, bo postanowiłem nareszcie iść na jakieś zakupy. Namówiłem Pasywa, bo on też tego dnia miał się wybrać i razem pojechaliśmy. Chociaż w sumie to nie razem, bo ja do Arkadii a on do Złotych… Nie zgadaliśmy się i musiałam czekać, aż do mnie dotrze. Dobrze, że nie zajęło mu to dużo czasu, a ja wtedy mogłem w Empiku młodych chłopców oglądać.
Rzeczywiście, zaczął się szał. Ludzie się rzucili, tłumy były. Pasyw miał sobie kupić jedną drobnostkę, ale ostatecznie wydał pół tysiąca na sporo drobnostek. Ja, po walce długiej, kupiłam tylko buty, spodnie i bluzę. Z czego spodnie chyba oddam, bo mnie wkurwiają, nie pasują mi i nie chcę ich. Ogólnie to ze spodniami mam tragedię, bo nie mogę nic znaleźć dla siebie. A prawda jest taka, że ponad 8 miesięcy chcę kupić jakieś.
Upewniłem się także, że nie lubię chodzić na zakupy. O ile samo chodzenie i oglądanie jest znośne, o tyle przymierzanie to tragedia i pewno minie znów rok zanim się wybiorę na takie długie kupowanie. Mam to, generalnie, w dupie. A propos, to dołączył do nas po jakimś czasie Natek, który nie chce, żeby o nim pisać.
W ostatniej chwili się skapnęłam, że już jest późno i czas do domu zapierdalać.

Szybko się przebrałem, ogarnąłem i do centrum. Tam czekał już Piotr, Tomasz i Asia. Pojechaliśmy do Kuby69 na bifor jakiś urodzinowy. Skandalem było, o czym się dowiedziałam, że Kuba nie chciał jednej osoby zaprosić i dwie inne, zaproszone, dzwoniły tego dnia w sumie 4 razy prosząc go, by zaprosił tę niechcianą osobę. Ogólnie, jestem na nie. Jednak to gospodarz i organizator mają decydujący głos co do tego kogo się zaprasza… Nie, no brak mi słów. Ja rozumiem, że można raz poprosić…
Davidek jakiś smutny i chory do tego, ale potem trochę ognia miał i nie było źle. Dziwni ludzie ogólnie byli. Zdziwiła mnie np. obecność Patryczka, ale już wiem, że Kubie zależało. Zdziwiła mnie obecność Krzyśka z Trójmiasta, ale już wiem, że on Kubę posuwa. Zdziwiła mnie obecność heteropary i tego nadal nie rozumiem. A najbardziej sama się zdziwiłam, że nie zapytałam przed przyjściem kto będzie na miejscu. To nie w moim stylu w sumie. Bardzo spokojnie za to ten bifor spędziłam.

Przenieśliśmy się potem do Utopii, gdzie musiałem jakieś tabuny ludzi (w sensie, że 3 osoby) wciągąć. A potem jeszcze pomóc z Patryczkiem, co to ma kartę, ale jej nie wziął. Grał Yoora, co ogólnie oznacza, że słabo, ale jak na niego, momentami miał ogień. No i pod koniec dał radę. On jest chyba po prostu nudny w piątkowym repertuarze. Chociaż… może nie można inaczej? Sama nie wiem…
Ludzi było nawet- nawet, co mnie dość zdziwiło, ale pozytywnie. Ja wiem, że dwa dni wcześniej był sylwester. No i co z tego? To było dwa dni temu, teraz znów można się bawić. Jest okazja, więc działajmy! Zresztą ten wieczór obfitował też w dziwnych momentami ludzi. Co nie znaczy, że negatywnie, bo znajomych bardzo dużo, młodych chłopców też trochę. Ogólnie: bardzo udane wyjście, jak dla mnie. Były tańce na barze (Krzysiu nie chciał koszulki zdjąć, a szkoda…), był RedBull, było dużo śmiechu. Intensywnie, fajnie. No i składanie życzeń noworocznych co chwilę.

Sobota mijała fajnie, pracowicie dość, co mnie cieszyło. No i ogólnie miło ten czas spędziliśmy, pizzę nawet udało się zjeść. Ale to tylko mała przerwa w imprezowaniu w sumie. Znów trzeba było do Kuby69 wpaść, bo okazało się, że jakieś kosmicznie duże ilości alkoholu zostały po wczorajszym dniu. A tym razem postanowiłam, że nie chce mi się ograniczać i jak mnie najdzie na szaleństwo, to dobrze.
Najpierw jednak trzeba było na miejsce dotrzeć, a to niełatwe w taką pogodę, jak nas spotkała. Nie wiem czemu uparliśmy się, że wczoraj taxi a dzisiaj ZTM. Naprawdę, nie wiem. Zmarzłam trochę a potem mieliśmy przygodę życia, gdy biegliśmy (!) w śniegu przy śnieżycy. Okej, to było nawet zabawne, ale chyba na długi czas mi wystarczy. Dobrze, że u Kuby się rozgrzaliśmy. Co śmieszne, tylko my. W sensie, że ja, Piotr i Tomasz. Reszta wymiękła. Davidek zjawił się pod koniec trochę, w nieco gorszym niż wczoraj humorze no i do Utopii nie poszedł. A szkoda. No i tak nam czas zleciał w miłym towarzystwie, na plotkach, gadaniu o duperelach i piciu drinków, aż trzeba się było zbierać dalej.
Ponieważ jest zimno, to aż się nie chce clubbingu robić i tylko do Utopii wpadamy. Fakt, nie ma na co narzekać, bo Dio i Licky, co grali tej nocy, dali radę. Zdecydowanie tak. Ludzie szaleli, sobotnio było bardzo. Mało znajomych, bo wymiękli po piątku i nadal po sylwestrze niektórzy, ale za to ci, co byli, dali radę.
Nadal mnie obserwują ten farbowany blondyn i gruby Grzegorz, co mi się z Jurkiem kojarzy, ale co mi Jurek powiedział, że mam tak nie kojarzyć. Blondyn nawet kogoś spił i do domu zabrał. Gruby Grzegorz – nadal sam.
Inni szaleli też. Kuba69 mocno. Tomasz, ostatnio często mu się to zdarza… Wyjątkowo grzeczny Piotr. Raz, że nadal mu organizm odmawia posłuszeństwa w kwestiach trawiennych po sylwestrze, a dwa że może znów miał seks? Bo w piątek po wyjściu z klubu, miał spotkanie. Nie wiadomo w jakim celu, ale miał. Wiadomo za to z kim.
Śmiesznie było, jak wychodziliśmy, bo już światło było, muzyka wyłączona i tam przy szatni jakieś awantury gwiazdek z Polsatu czy innego TVNu o kurtki. Szkoda gadać, żenujące.

Wróciłam do domu spokojnie, kupując sobie jeszcze świeże bułeczki rano. A najważniejszym wydarzeniem niedzieli nie było to, że skończyłam teksty naukowe, czy że Piotr wrócił, czy coś takiego… Nie, to był „Another Gay Sequel”. No coś pięknego. Mam wrażenie, że ten film powstał tylko po to, żeby Najwspanialszy Brent Corrigan mógł się w dwu scenach pojawić. Jest zapierającym dech aktorem. I ogólnie dla mnie jest bogiem. Dodałam go do znajomych na MySpace. Swoją drogą, polecam wszystkim naprawdę zajrzenie do mojej kategorii „BB goes for beautiful boys”. To jest hardcore na maksa.

No a od poniedziałku ćwiczę mięśnie brzucha. Zestaw na 4 tygodnie przygotowany przez instruktora fitness. Bardzo trudne się okazały, ale muszę dać radę. Będę informować na bieżąco. Tak jak o F-SP, które się zbliża. Poszło mnóstwo zaproszeń, choć z góry wiem, że część z nich będzie odrzucona. Tak jak zaproszenia na seks, jakie co chwilę dostaję na moim fake’owym profilu na fellow. Pamiętajcie, żeby zawsze kilka razy pomyśleć zanim podacie komuś hasło do nagich fotek. To mogę być ja…

No i się pochwalę na koniec, że dostałem maila od czasopisma naukowego uniGENDER, że mnie opublikują. Mój tekst o Utopii dostał dwie dobre recenzje (w tym jedną bardzo dobrą) i moja praca będzie miała premierę w czasopiśmie naukowym.

18,5 tys. znaków. Gratuluję ci.

Wypowiedz się! Skomentuj!
Podziel się z innymi:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email